czwartek, 25 września 2014

Parowar - przepisy dla mamy i bobasa

Ostatnio gotujemy w parowarze. Jest super, bo jedzenie się robi, a my zrelaksowani zalegamy przed telewizorem. Postanowiłam się Wam przyznać do kilku łatwych przepisów na dobre obiady. Dobre, głównie dlatego, że tanie i szybkie. A do tego ładnie się prezentują. No i najważniejsze - cokolwiek zostanie można zmiksować i dać dziecku - przepisy są przystępne zarówno dla mamy jak i dzidziusia.

Łosoś w sosie koperkowym 

Danie jest proste w przygotowaniu i przepyszne w konsumpcji. Dodałam tu paprykę, jako jarzynkę, ale spokojnie można zastąpić ją dowolnym innym warzywem - świetne będą brokuły. Całość jest dosyć dietetyczna (tylko sos jest zdecydowanie nie light, ale przecież jemy go tylko trochę!). Danie wystarczy na... tyle osób, ile używi się kupioną porcją łososia. Ja gotowałam dla 2 dorosłych i jednego niemowlęcia (ok 30g łososia i łyżeczkę koperku podgotowałam ze szklanką wody, zmiksowałam. Wyszła pyszna zupka rybno-koperkowa dla dzidziusia. Pyszna to, jak się okazało, pojęcie względne, gdyż Polka zdecydowanie łososia jeść nie chciała.)


Składniki:
- łosoś (dowolny: filet, dzwonko, ze skórą, bez skóry...)
- papryka (3 szt.)
- dodatki (kuskus, ryż - do wyboru)
- serek Mascarpone
- koperek (pęczek)










1. Paprykę kroimy w cienkie słupki i wkładamy do parowaru n 1-sze piętro. Nie przyprawiamy (papryka sama w sobie ma bardzo wyrazisty smak. Można połączyć kilka kolorów, wtedy połączymy też kilka smaków)
2. Łososia obieramy ze skóry, myjemy, wkładamy do parowaru na 2-gie piętro. Solimy szczyptą soli.
3. Nastawiamy parowar na 35 minut.
4. W trakcie parowania można: obejrzeć serial, poczytać książkę, przygotować dodatki, np,: kuskus (5 minut roboty) czy ryż (20 minut z gotowaniem).
5. Na patelni rozpuszczamy 1/3 serka Mascarpone, dodajemy pęczek koperku.
6. Gotowego łososia przekładamy na talerze, układamy obok paprykę. Rybę polewamy sosem i gotowe!

The Left Overs Risotto

Jak często zdarza się wam patrzeć z dezaprobatą na słynne "rosołowe", z którym nie ma co zrobić? Otóż... jest! Ja wkroiłam je do pysznego risotto. Dodałam tylko paprykę 3 colore, ale można pomieszać jarzyny i dodać (zamiast 3 papryk) trochę fasolki szparagowej pokrojonej w kostkę, groszku, cukinii, bakłażana, papryki czy brokułów i kalafiora. Smakuje rewelacyjnie w każdym zestawie warzywnym.

Składniki:
- mięso rosołowe
- papryka (3 szt.)
- ryż

1. Mięso rosołowe obieramy i kroimy w małą kostkę. Wsypujemy do parowaru na 2-gi poziom. Nie będziemy go gotować, tylko podgrzewać. Dodatkowo para sprawi, że stanie się bardziej wilgotne.
2. Ryż - ok. jednej torebki ryżu wysypujemy do plastikowej miseczki i umieszczamy na 3-cim piętrze parowaru. Parująca woda wsiąknie w suche ziarenka i ryż nabierze objętości. Solimy do smaku. Co 10 minut przemieszać.
3. Paprykę kroimy w kostkę i wrzucamy do parowaru na 1-sze piętro.


4. Ustawiamy parowar na 35min.
5. Wszystkie składniki przekładamy do miski, dodajemy łyżkę masła, mieszamy. Można doprawić do smaku, ale saute jest pyszne. Woda z papryki parując przeniknęła już do mięsa i zabarwiła smakiem ryż - nie ma sensu psuć tego dodatkowymi smakami. I tak krąży w tym wszystkim posmak rosołu.



Indyk z kalarepką i groszkiem cukowym z ziemniakami

Jak głosi tytuł - takie są składniki. Ilości są absolutnie dowolne. Groszek wkładamy do parowaru w łupinkach i parujemy razem z kalarepą i ziemniakami przez 35 minut. Mięso parujemy analogicznie przyprawione jedynie przyprawami suchymi (sól, pieprz itp.). Te same składniki (w mniejszych ilościach) gotujemy osobno i zupka dla towarzyszącego w obiedzie niemowlęcia - gotowa!
\
Zupka dla Polki: Ziemniak ok. 50g, kawałek kalarepy ok. 100g, 25g mięsa z indyka (lub królika),
kilka ziarenek groszku cukrowego (ja dałam z 10 mikro-małych.
Entuzjam Polki jest niewspółmierny do smaku zupki!

Dla doroślaków: gotujemy groszek cukrowy w strączkach. Rozgotowany łatwiej wyjąć. Dodatkowo jest to roślina o wyrazistym smaku, a taka pozwala innym składnikom czerpać od siebie pełnymi garściami - warto dodawać.

Wszystko pyszne, a przyprawione tylko solą morską!





poniedziałek, 22 września 2014

Krótki serial o mobilności Polki

Episode 1
Najpierw zdobyła pada...

Potem zabrała się za koszyk.

Zdecydowanie próbowała wyjąć Mortal Combat.

Nie akceptowała ponownego uporządkowania i...

... rozpoczęła zabawę od nowa.



Episode 2


Zainteresowała się brystolami...
... i butelką!
Szła dalej.



Episode 3

Dotarła do arcy niebezpiecznych wiklinowych siedzisk podrapanych przez kota. 
Nie przejęła się stanem faktycznym i macała dalej.


Episode 4

Wybrała się na zwiedzanie wcale nie aż tak czystego dywanu...

[tu widzimy, jak akurat przekracza granicę maty (bez dokumentów zezwalających na przemieszczenie!)]

....by na nim trochę... polatać. 


Episode 5

Dotarła do swojej ulubionej najwyraźniej półki na książki. Tu kontempluje magazyn krytyczno-literacki.

Tu autentycznie czyta Słownik Terminów Literackich. Marry Poppins jest kolejna!


Episode 6

Dała buzi misiowi...

... po czym padła wykończona przygodami.




Episode 7 (Season Finally)

Jadę do Ikeki po kosze do regału i inne zabezpieczenia mebli.







niedziela, 21 września 2014

Rybka zwana Polą!

Weekendowy deszcz wpisał się idealnie w nasze "mokre", niedzielne plany. Wybraliśmy się na basen.

Polka zaczęła swoje pierwsze zajęcia pozalekcyjne. Spokojnie, nie będziemy rodzicami w stylu "7 dni w tygodniu po kilka godzin dziennie zajęć dodatkowych". Chcieliśmy zapisać ją na basen ponieważ oboje uwielbiamy pływać i dobrze byłoby, gdyby i Pola polubiła taką rozrywkę. Pod czujnym okiem specjalisty nauczy się (mam taką nadzieję) nie bać wody i bawić się w radosne pluskanie bez strachu, obawy o głębokość czy wielkość basenu. Liczę, że dzięki takim zajęciom Polka przede wszystkim będzie się dobrze bawiła (bo średnio wierzę, że w wieku kilku miesięcy będzie śmigać zawodową żabką). Przede wszystkim basen dla kilkumiesięcznego dziecka to rozrywka dla całej naszej rodziny. Podoba mi się, że wszyscy się przygotowujemy, jedziemy na zajęcia, razem pływamy i razem wracamy zmęczeni do domu. To znaczy - będziemy, bo dziś robiłam za fotoreportera. Na pierwszych zajęciach Pola była tylko z tatą.

Polka uczęszcza na zajęcia z pływania do Aquadromu w Rudzie Śląskiej. Prowadzą tam lekcje dedykowane różnym grupom wiekowym. Nasze (poza startowymi w niedzielę) będą odbywały się w środy po południu. Kurs uważam za stosunkowo tani - 350zł za 10 lekcji. W tej cenie dostajemy 30-minutową lekcję pływania z instruktorem, po której można jeszcze przez półtorej godziny zostać w obiekcie pełnym różnych basenów (oczywiście na tych najpłytszych), wodospadów, wielkiego bąbla (takiej jakby wodnej trampoliny), rzeki-basenu i innych cudów. Dostajemy też za każdym razem jednorazową pieluszkę do wody. W ramach karnetu, razem z Polą, na zajęcia wchodzi jeden opiekun. Dokupimy sobie drugi karnet, dla drugiej osoby, żeby na kolejnych zajęciach być już we dwójkę. Będzie też można trochę popływać - jedna osoba zostaje np. w jacuzzi z Polą, druga robi olimpijskie długości - tak to widzę.

Jak wyglądała dzisiejsza lekcja?

Zaczęła się w szatni. Dostałam w gratisie 20 minut na pomoc przy przebraniu Poli. Temperatura była zdecydowanie zadowalająca. Pola w samej tylko pieluszce i tak miała tam cieplutko i przyjemnie. Nie ma tam możliwości zawiania czy przeziębienia bobasa. W przebieralni są dwa stanowiska do przewinięcia maluszka (Ikea like), wszystko czyste i komfortowe, dobrze dostosowane do zajęć z dzidziusiem. W mailu poprzedzającym lekcję dostaliśmy jeszcze dodatkowe instrukcje, jak to wszystko zorganizować, żeby dla malutkiej było bezpiecznie. Jeśli jest się z dzieckiem solo organizatorzy zalecają przebrane dziecko umieścić w foteliku samochodowym, po czym samemu się przebrać. Niby to logiczne, ale miło, że pomyślano za nas o organizacji wszystkiego.

Przebieralnia przyjazna maluchom i pielucha do pływania na Polce


 Dalej mąż poszedł z Polką, a ja (z racji choroby i innych niedyspozycji) udałam się na galerię. No cóż,  za szybą, niewiele słyszałam, ale wiem od bezpośrednich uczestników, że całe zajęcia polegały na oswajaniu się z wodą: polewanie główki, zanurzanie boczków, płynięcie do zabawki (w formie niesienia bobasa w wodzie w kierunku zabawki w pozycji "jakby płynął"). Dzieciaki wyglądały na zachwycone - nie płakały, uśmiechały się, zawodowo chlapały wodą.

Oczywiście podczas pełnienia obowiązków fotoreportera... padła bateria w aparacie, więc cały foto-reportaż sponsoruje nie aż tak dobry (jak się okazało przy zbliżeniach) aparat z iPhone'a (ale i tak dobrze, że zdjęcia są, nie ma co!)

Pani instruktor pomogła Poli wejść do basenu odbierając ją od męża i powoli zanurzając w ciepłej (32 stopnie) wodzie. Ta temperatura będzie teraz stopniowo obniżana, żeby dzieci uczyły się właściwej temperatury wody. Przecież jak na wakacjach wejdą do jeziora czy morza to nie będzie tam modelowej temperatury dedykowanej niemowlętom. 

Wielkie wejście!


Pani pokazywała, jak należy wykonywać poszczególne ćwiczenia na lalce, a później pomagała poszczególnym dzieciom przy okazji demonstrując pozostałej grupie, jak bezpiecznie wykonać któreś z zadań. Raz nawet Pola była jej małą asystentką i moim matczynym zdaniem poszło jej fenomenalnie. Talent pedagogiczny ma w genach, nie ma co!

Zajęcia odbywają się na basenie z ruchomym dnem. Nie do końca wiem, co to oznacza, ale ponoć jest to dostosowane do maluszków (czy raczej ich rodziców.

Część ćwiczeń wykonywana była w kółku tak, żeby bobasy mogły się widzieć, ba - bawić ze sobą! Jedną z zasad jest tam chyba dobra integracja - dzieciaki mają się lubić. Od czasu do czasu rodzice ustawiali się w kółku tak, żeby dzieci mogły się dotknąć, uśmiechnąć do siebie, "pogadać" po swojemu.

Na koniec wszyscy przeszli na pozostałe baseny, których już z galerii nie widziałam, więc tylko z opowieści wiem, że i tam zabawa trwała w najlepsze. Nie ma co się dziwić - Pola w miarę czasu tylko nabierała animuszu. Najpierw była tym wszystkim trochę zaskoczona (bo w aucie ucięła sobie relaksacyjną drzemkę), ale jak tylko się porządnie rozbudziła to zaczęła się śmiać i energicznie machać w wodzie rączkami i nóżkami. Była zachwycona, bo z basenu wyszła do mnie zmęczona, ale uśmiechnięta ta mała dziewczynka. Odetchnęłam z ulgą, bo bardzo mnie ten pomysł z basenem niepokoił. Bałam się, że będzie tego wszystkiego dla niej trochę za dużo: wielki basen, obcy ludzie, zimna woda, zamoczona głowa, brak mamy, a tu proszę - mam dzielną i rządną przygód córeczkę! I męża, który całkiem nieźle sobie dzisiaj poradził (jako jedyny w basenie bez asysty drugiego rodzica).

Moja marcowa rybka czuje się w wodzie... jak w wodzie.

Mnie rozsadza duma, Polkę radość, męża zmęczenie. Już nie mogę się doczekać środy, kiedy razem z tą dwójką weteranów wejdę do wody! W skrócie - JARAM SIĘ!

piątek, 19 września 2014

Raport o stanie badań

Do tej pory myślałam, że potrzebuję dwóch laptopów. Na jednym mogłabym oglądać seriale, na drugim pisać na bloga, sprawdzać Internety i pracować nad doktoratem (koniecznie w tej konieczności). Trzeci sezon Scandal wciągnął mnie tak intensywnie, że nie jestem w stanie zrezygnować z kolejnego odcinka, kiedy przychodzi chwila wolnego do Polki.

"Wolne" to dobre określenie. Jak to trafnie dzisiaj ujęła moja gastrolog: "Przychodzi taki moment, kiedy macierzyństwo staje się dla matki uciążliwe, a nie powinno tak być". Miała na myśli nasze karmienia - co godzinę po 30 mililitrów. Karmienia posiłkowe po kilka łyżeczek. Podobnie sprawę widziała nasza pediatra - coś tu nie gra i trzeba to zmienić.

Cały tydzień biegałyśmy z małą po lekarzach - gastrolog, który skierował nas do neuro-logopedy, pediatra, która znów odesłała nas do Centrum Pediatrii. Do tego badania krwi (nie tak bezproblemowe, jak ostatnio). W końcu ci wszyscy lekarze i specjaliści osiągnęli wspólny front. Mam zrezygnować z permanentnego dokarmiania Polki. Do tej pory strasznie się spinałam, że mała nie je za dużo. Przy każdej okazji próbowałam jej dawać coś do jedzenia, żeby wyrobiła jakąś rozsądną dawkę. Przez to Polka nauczyła się jeść często i mało. A teraz, kiedy jest szalenie zainteresowana całym otaczającym ją światem - jest jej to wybitnie na rękę. Trzeba jej to wyperswadować i przyzwyczaić do stałych por posiłków co 3, 2,5 godziny. Bez względu na jej protesty w okresie przystosowawczym. Obawiam się tylko, że będzie to trudniejsze dla mnie, niż dla niej.

Niektóre matki przeżywają traumę ucząc swoje dzieci zasypiać solo - te płacze w łóżeczku i zasada, żeby np. przez kwadrans nie przychodzić do dzidziusia. Nie dałabym rady przeprowadzić takiego treningu. Nie wiem, czy wytrzymam też, kiedy Pola wypija np. 30 mililitrów przekonana, że za godzinkę znów dostanie tyle samo. A potem będzie się domagać jedzenia przez kolejne 2,5 godziny! I znów zje mikro ilość i tak w kółko, aż zgłodnieje na tyle, żeby wypić porządną porcję i dalej iść cyklem opracowanym przez gastrologa.

Polkę sprawdzono dokładnie pod każdym chyba względem:
Waży 7700g (no, solidny, przyrost, stabilny od 2 miesięcy 50-ty centyl - rewelacja!!);
mierzy 71cm (ładnie!).
Obwód główki - 42cm, obwód klatki piersiowej - 41cm.
Pediatra stwierdziła, że dziecko jest zdrowe i silne, cyt.: "Jeszcze ze dwa tygodnie i będzie siadać!" (to znaczy posadzona, bo zanim sama siądzie jeszcze sporo czasu minie).

Neuro-logopeda najpierw stwierdziła, że malutka ma bardzo silny odruch wymiotny, co może powodować nasze problemy z karmieniem. No, ale ja też tak mam (a jem nieźle!), więc samo w sobie nie stanowi to większego problemu. Polka ma też odruch kąsania (zamiast ssania) i należy go stymulować, by przeszedł w gryzienie. Robi się to... jedzeniem. Mogę dawać jej chupka od czasu do czasu (czego absolutnie nie chcę!), podawać jedzenie w gryzaku silikonowym (bo siateczka jest za miękka) i wkładać tam coraz większe i twardsze kawałki jedzenia. Mogę też dawać jej cząstki jedzonka, ale tylko takie miękkie, którymi się nie zadławi - cukinię, brokuła. Do gryzienia skórkę od chleba (bo ta z kolei jest za twarda i Pola jej nie odgryzie kawałka). Dziś na kontroli doprecyzowano, że Pola ślicznie potrafi jeść: zbiera z łyżeczki, zaczyna jakby gryźć po bokach (a nie na środku), więc wszystko w normie (no cóż... jadła o 5:00 rano, kontrola była o 12:00 i w między czasie nie chciała zjeść nic więcej, no to nie dziwota, że ładnie jadła. Ja też nie nalegałam, nie dawałam jej kaszki, owocków, mleka w małych porcjach - no bo kazali mi przynieść córkę głodną). Zjadła w gabinecie logopedycznym 3/4 obiadku. Kolejną porcję dostała dopiero 2,5h później i o dziwo wypiła duszkiem ok. 120ml mleka! Kolejna porcja o 17:00 i będzie to mleczko. Potem 19:30 (co może się nie udać, bo mała zasypia wcześniej), ale spróbujemy! No i przede wszystkim jesteśmy wszyscy dobrej myśli. Skoro dziecko mam w 100% zdrowe, stabilnie siedzi na 50-tym centylu od blisko 2 miesięcy to czas zastosować się do pradawnej zasady, że "dopóki w domu jest jedzenie... dziecko z głodu nie umrze" (co dedykuję mojej Rzeszowiance!).

czwartek, 18 września 2014

Zakupy planowane

No i stało się, kilka rzeczy mi się spodobało, będę na nie zbierać i kupować!

Śpiworek zimowy
Zazzu, foto stąd.


La Millou, poprzedni sezon. Foto stąd
 Śpiworek - trudny wybór. Kupić z renomowanej formy (La Millou), mojej ulubionej (Lela Blanc), czy z tej, która ma najładniejsze grafiki (Zazzu)? Ostatecznie zdecyduję, kiedy zimowe kolekcje faktycznie trafią na rynek, bo chwilowo wszędzie jeszcze wieje wiosną.

Wiosennie zaś być przestaje, mimo słońca na dworze i zdradliwych 22 stopni w słońcu. Tak na prawdę jest podstępnie chłodno i przenikliwie wietrznie. Świadczy o tym nasz (Poli i mój) katar (i Zuzy i Mill też!). Kiedy zmarznięta siedzę przed komputerem i zawijam się we własne bluzy i swetry  - to oczywiste, że myślę o zimowym ciepełku dla Poli.

Prognozy pogody na zimę 2014/2015 zgodnie twierdzą, że nie wiadomo jak będzie, a najprawdopodbniejsza diagnoza to klasyczne fifty-fifty. Czy w przypadku ciepłej zimy śpiworek będzie mi potrzebny? Otóż - będzie.

To nie tylko ochrona przed mrozem, ale też przed jesiennym zimnem, wiatrem i podwiewaniem pod kocyk. Kupię śpiworek dla Poli na 100%. Waham się tylko co do wzoru, choć nowy Chick Pink na brązie czekoladowym od La Millou przekonuje mnie i to bardzo!! Zwłaszcza, że reklamowana przeze mnie wkładka do wózka została wymieniona na pięknego Angel Wingsa w tych kolorach (który idzie do nas kurierem, post o tym również idzie...).




Do kompletu mufka

... a jeszcze lepiej designerskie rękawice. Już widzę, jak powożę Polkę po śnieżnym parku, ona siedzi i cieszy się oglądając jelonki i kozice, a ja z dłońmi w cieplutkich mufeczkach trwam przy sterach wózka. Czy to aby nie zbędny wydatek? Lekka ekstrawagancja? Może trochę, ale trochę też praktyczny pomyślunek. Wyobrażam to sobie tak: Pola, ubrać, kombinezon, czapka, rękawiczki, być może jakieś buty. Wózek, śpiworek do wózka, mleko - co zrobić, żeby na spacerze zimą nie zamarzło!? Do tego jeszcze zabawka, aparat, telefon, cuda niewidy. I nagle w pół drogi orientuję się, że swoich rękawiczek nie mam. Zapominałam ich całe życie, to nagle przestanę? Mufki, coś tak czuję, są dla mnie!

Te są stąd. Marka: La Millou. Wybiorę je takie same, jak pozostałe tekstylia do wózka.

Kurtka

Zakochałam się w stylizacji z Zary

Foto
Obawiam się tylko, że kurteczka może być za bardzo przejściowa. Ufam podszewce z baranka, śpiworkowi, który przecież będzie ją ochraniał. Na jesień i wczesną zimę powinna wystarczyć. 

Kombinezon

W zasadzie nie mam tu nic upatrzonego. Podobają mi się ciuchy zimowe z porządnych firm typu BURTON, bo sama wolę mieć na sobie sprawdzone i ciepłe ubrania. Dziecku też chcę coś takiego sprawić: ciepłe, dobre jakościowo, fajne kolorystycznie.

Foto stąd. To kombinezon BURTONA właśnie z poprzednich edycji (zwany także spodniami narciarskimi).

Pościel do łóżeczka

Nie wiem, jak Wasze pociechy, ale moja córeczka kręci się przez sen jak szalona. Mała (phi! 70x100cm) kołderka powoli robi się za mała. Planuję, wraz z nastaniem mrozów, kupić małej Poli porządną pościel (ktoś coś poleca?), a do tego piękne poszewki. Udało mi się już kupić słonie (do kompletu z ochraniaczem na łóżeczko w Wiśle), ale jeden zestaw to za mało. Potrzebuję 3 - do łóżeczka, w praniu i na zmianę.

Spodobała mi się ta: firma Leotti, sprzedają na daWandzie. Przyznam jednak, że ok. 150zł za pościel - no ja śpię pod tańszą (z Ikei za 50zł max!). Może jako wyjątkowy zakup się zdecyduję, albo przyjmę w prezencie gwiazdkowym?

Ta też jest fantastyczna, a kosztuje jakieś 25zł (na Allegro). Mają też inne wzory i kolory, więc warto przeszukać frazę "pościel do łóżeczka" ;)

Skarpety antypoślizgowe i kapcie

Ach, kapcie! Co tu dużo pisać - nie znam się! Myślałam, że temat będzie prosty, a tu istnieje tyle zagrożeń ortopedycznych, że wybór kapci urasta do rangi prezydenckiej rozgrywki między Stanami a Iranem! Kiedyś, na Pikniku Śniadanie w Katowicach, zakochałam się w papciach marki Titot. No, popatrzcie sami:


Zd

jęcia pochodzą z ich Facebooka i koniecznie musicie obejrzeć tam galerię
Papcie / Slip-on baby shoes.



Księga dźwięków

Książeczka, która ma stymulować poznawanie nowych dźwięków przez moją córeczkę. Opis publikacji głosi: "Samochód robi brum brum, kaczka - kwa kwa, a zegarek - tik tak. Świat jest pełen dźwięków, a ich naśadowanie to dla maluchów świetna zabawa. Ta książka aż kipi od najróżniejszych odgłosów. Bim bom, apsik, kum kum, gul gul, dzyń dzyń, eoeoeo! Są tu dźwięki wydawane przez zwierzęta, przedmioty i ludzi: łatwe do powtórzenia, zabawne, a czasem zupełnie zaskakujące. Pomyślcie sami: czy wiecie, jak robi szpinak, a jak - gniazdko elektryczne? "Księga dźwięków" zaskoczy Was objętością: to prawdopodobnie najgrubsza książka kartonowa na rynku. Sto dwanaście odpornych na uszkodzenia stron zapewni dzieciom rozrywkę na długie godziny!" - generalnie jestem pewna, że nie ma tu (w przypadku Poli) mowy o długich godzinach nad jedną tylko zabawką, ale i tak chcę ją mieć. Wlepianie małych oczek w aplikację w telefonie imitującą dźwięki świata uważam za niestosowne w tym wieku i książkę kupię. Np.w Złej Buce na katowickim Rondzie za ok 33zł (foto ze strony Złej Buki)

Drewniana książeczka Skip Hop Safari

Książeczka ma formę puzzlo-podobną. Można ją składać i rozkładać na wiele sposobów, bawić się w przemieszczanie obrazków i tworzenie nowych kompozycji. Jestem pewna, że Poli się spodoba.

Książeczka do kupienia na Wafelkach za 59zł


Apaszka, zagłówek podróżny, ochraniacze na pasy z Lela Blanc 

Maniakalnie chcę skompletować cały zestaw, a tych rzeczy tylko mi brakuje!

Liczę, że poduszka usprawni nieco nasze podróżowanie, bo chwilowo łatwo nie jest. Może to kwestia wygody?

Ochraniaczy potrzebujemy, bo te z Luca, Quinny czy fotelika samochodowego są ze sztucznego tworzywa, nieprzyjazne dla buzi maluszka. Te z Lela Blanc wykonane są z bawełny i polaru. Oby się sprawdziły!
(Zdjęcia pochodzą ze strony Lela Blanc)

Jeszcze coś by się znalazło... na pewno musi mieć Pola strój elfka lub Mikołaja. Chciałabym też kupić jej więcej interaktywnych zabawek. Obym znalazła na to wszystko finanse! Na to, i na kilka innych rzeczy, o których tu zapomniałam pewnie.

A Wy? Jakie robicie zakupy na Fall Autumn/Fall Winter? Czy są jakieś sezonowe must have?


poniedziałek, 15 września 2014

Małe jedzonko

Wszędzie na blogach albo o ząbkowaniu, albo o rozszerzaniu diety. Chciałam być oryginalna i puścić posta o konieczności drzemek matki niemowlęcia, ale ostatecznie o oczywistościach pisać nie będę. Mniej oczywiste, choć wszechobecne, jedzonko maluszka - to temat na dziś.

Nie da się zignorować zagadnienia-rzeki, nie sposób nie wypowiadać się, prowadząc bloga rodzicielskiego (bo zwrócono mi dziś na Uczelni uwagę, że z racji zawodu polonistce nie wypada chwalić się "parentingowym" anglicyzmem). Z drugiej strony, poprzedni post dotyczył awersji Polki do jedzenia, szumnych kilkudziesięciu wypitych mililitrów (rozszerzonych w komentarzu do kilkuset), więc - o czym ja w ogóle mogę pisać?

BLW
Bobas Lubi Wybór? Mój bobas lubi święty spokój. Polka, moja cudna kula energii i szczęścia nie ma czasu na jedzenie? Wybór? Jeśli jej dać, wybierze zabawę, podskakiwanie na czworakach, przewroty i zacieszanie z mamą. Wybierze wodę - bo płynie szybciej niż mleko, wypicie zajmuje mniej czasu, nic wtedy nie traci i dalej może "biec" zachłystywać się życiem. Nie pozwalam jej więc na takie wybory - na samodzielność przyjdzie jeszcze czas.

Nie zgadzam się też z głównym założeniem metody BLW - że dziecko to taka miniaturka doroślaka, która sama najlepiej wie kiedy i co będzie jadła. No nie wie przecież! Bobas jak będzie gotowy to wpakuje sam do buzi z rodzicielskiego talerza - głosi naczelna zasada metody. Mój bobas jest najwyraźniej gotowy, bo pakuje sobie do buzi WSZYSTKO, co znajdzie na moim talerzu - kawałek chleba z masłem i dżemem, ser feta, a wczoraj - ciasto jogurtowe. Ja nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy kawałek sałaty znalazł się w jej małej buzi. A nie jest jeszcze na to gotowa, bo urodziła się z niedorozwiniętą chrząstką w krtani, o czym zdaje się "nie pamiętać". Zachłystuje się i krztusi jak tylko uda jej się cokolwiek "zjeść" metodą samowolnej kradzieży. A podjadać lubi (co kłoci się z moją naczelną zasadą, zapożyczoną z Przyjaciół, która głosi, że "JOEY DOESN'T SHARE FOOD!" - z tym, że zamiast JOEY'A występuję ja). W związku z tą małą wadą (która ponoć samoczynnie zaniknie do 2-go roku życia i nie ma się czym martwić*) Pola dostaje jedzenie zmiksowane na gładkie puree i takie jest chwilowo dla niej bezpieczne. Mimo, że garnie się do próbowania nowych pokarmów i zgodnie z BLW powinnam zacząć coś jej tam dawać "do zabawy" jedzonka, zwyczajnie nie jest na to gotowa. Nie jest też gotowa na zaufanie matki, że zje tyle, ile potrzebuje. Jej rejestry wagowe mówią same za siebie - decyzje mojej córki do najlepszych nie należą. Jeśli pilnuję jej posiłków, dbam, by wypiła i zjadła (i tak mniej niż powinna, ale co tam!), a ta i tak nie przybiera tyle, ile powinna - po raz kolejny stwierdzam, że BLW nie jest dla nas. Gdybym czekała, aż Pola sama zacznie jeść całe pokarmy i nie podawała jej już od 4-go miesiąca życia (zgodnie z zaleceniem lekarzy) małego co nieco od czasu do czasu teraz byłaby chyba poniżej siatki centylowej. Nie każde dziecko jest więc odpowiedzialne na tyle, by samemu decydować o swojej diecie.

Co więc jemy?
Jemy dużo i pisałam o tym już tu. Jadłospis nieco się zmienił, bo kaszkę Sinlac zaczęłam robić jej na mleku modyfikowanym. Do diety włączyłam jej mięso podając je w zupkach warzywnych. Zmieniłyśmy też mleko na Nutramigen, bo po zwykłym Hippie pojawiła się wysypka alergiczna, Hipp HA powodował biegunkę, trzeba było zmienić. Pijemy już 2-kę i chyba jej mniej smakuje (stąd poprzedni post). Posiłki jemy zmiksowane (A w zasadzie zblendowane), bo takie tylko Pola przyswaja.

Niemniej jednak staram się jej dawać czasem "prawdziwy" (jakby zmiksowane było jakieś wybitnie kłamliwe!) kawałek cukinii czy innego ziemniaczka, bardziej chyba dla zabawy i zajęcia, niż dla chęci nakarmienia jej. Ubabrze się Polka, bo miękkiego, gotowanego na parze warzywka nie jest w stanie dobrze chwycić. Palce umorusane jedzeniem oblizuje. Bardziej pochłania ją grzebanie w talerzu niż jedzenie z racji siadania. Cieszy się tym, że chwyta się tacki i podciąga do siadania, nie tym, że może coś zjeść. Woli podkradać, kiedy nie patrzymy i pakować jedzenie do buzi - jak absolutnie WSZYSTKO wokół siebie (pstrąg czy pieluszka, jeden sort!).

Zainteresowanie jedzeniem przypisuję tu głównie kolorowemu talerzykowi ze Skip Hop. Do kompletu mamy jeszcze miseczkę.

A na talerzu: cukinia, kawałek pstrąga łososiowego (ewenement Biedronki) i ziemniak. Efekty? Ryba na spodniach, cukinia na krzesełku, ziemniak rozdrobniony na kawałeczki i rzucony kotu (chyba). Polka zachwycona!


Przykładowe dania Polki (które już je, i które planuję dla niej na ten i kolejne tygodnie):

- Zupa jarzynowa z mięsem i cukinią
- Zupka z dyni i indyka
- Zupka brokułowa z żółtkiem
- Słodka buraczana zupka jarzynowa
- Królik w kalarepie
- Krem z brokułów
- Risotto z warzywami
- Puree z warzyw (dynia, cukinia, marchewka, pasternak, ziemniak, szpinak)
- Owoce saute lub z biszkoptem (jabłka, śliwki, brzoskwinie, banany, gruszki, melon)

Gotuję jeden posiłek dla całej rodziny, Polce odlewając jej porcję zanim jeszcze dobrze przyprawię resztę. Często gotuję w parowarze (paruję raczej).

Pola je... różnie. Czasem wprost zajada się i otwiera buzię szeroko gaworząc z zadowolenia. Innym razem odmawia współpracy i zaciska usteczka. Wtedy próbuję ją zabawić czy raczej skoncentrować na jedzeniu (no bo bawi się szelkami od fotelika z większym zainteresowaniem). Zjada wtedy kilka zaledwie łyżeczek (swoich małych łyżeczek) i kończymy posiłek. Chcę zawsze, żeby spróbowała posiłku (choćby oszukana filmikiem czy samolocikiem). Racjonalnie przecież jej nie wytłumaczę, że wypada sprawdzić, jak coś smakuje. Jeśli mimo to nadal nie chce jeść to nie, trudno. Czasem próbuję znów (może za dwa, trzy dni zmieni zdanie - zazwyczaj jednak nie zmienia), albo inaczej. Tak było np. z jabłkiem. Surowego nie chciała, przegotowane zjadła całkiem chętnie.

Tu Polka zawzięcie zjada brzoskwinię w kawałku przez siateczkę Canpol'a. Jej mina mówi chyba za tysiąc słów. Czysta determinacja!

Ale walkę i tak wygrała stopa ;)


Kiedy czegoś nie chce zjęść ważne, że przynajmniej spróbuje. Ważne też, że się tego nauczyła i zawsze zjada choćby cztery łyżeczki "na spróbowanie". Jeśli dobre to je dalej, jeśli nie ma wyjątkowo ochoty - nie je, dziecka z zamkniętą buzią nie zmusisz!. Uczy się przez to, że siada w foteliku tylko do karmienia, o stałych porach, że wtedy się nie bawi, tylko zjada, że owszem, ma wybór, ale w zakresie danym jej przez rodzica. Trochę to wyszło na wzór W Paryżu dzieci nie grymaszą i w sumie Polka nie grymasi. Nie krzyczy, nie rzuca jedzeniem. Jej "nie" jest zazwyczaj subtelną ignorancją, co w niej cenię, bo histerii nie znoszę. Pisałam ostatnio, że urządziła nam histeryczną odmowę picia mleka przez cały dzień  (tu). Muszę się wycofać z tej diagnozy i własną córkę przeprosić za swój brak zrozumienia. Za radą Rzeszowianki (która bloga nie ma, a powinna!) upewniłam się dziś, czy to aby nie zęby. Otóż  - zęby. Po posmarowaniu dziąsełek Calgelem Pola znów zabrała się do jedzenia (nie tak dużo, jak bym chciała, ale za to bez krzyków, protestów i bólu - najwyraźniej). Ruchy górotwórcze w buzi, do tego przeziębienie (zaraziła i mnie, więc jeśli moje maleństwo czuło się tak, jak ja teraz - rozumiem i pokornie przepraszam), a ja głupia dziwiłam się braku apetytu!

Na wyżynanie się ząbków jeszcze poczekamy, ale pierwszy, faktyczny napad ząbkowania mamy właśnie "na stanie". Nie sprzyja to karmieniu ani butelką, ani łyżeczką, więc chwilowo zadowalam się kilkoma łyżkami zjedzonego obiadku i pokornie czekam na lepsze czasy. A przyjdą. Muszą, bo przecież przy apetytach rodziców i Polki zamiłowanie do jedzenia musi się kiedyś uaktywnić. A jak patrzę na jej jadłospis to jestem spokojna, że je zdrowo, dobrze i smacznie, że wychowam dziecko przyzwyczajone do dobrej kuchni, ciekawych smaków, otwarte na nowości. A jak nie wyjdzie to trudno, marudę żywieniową też dam radę wychować bez stresu i dla niej, i dla mnie. W końcu moja siostra przez całe dzieciństwo jadła tylko śledzie, paluszki i kawior, a teraz nie widać śladu po jej wybiórczej i szkodliwej dla niemowlęcia diecie. Kuzynka jadła przez całe przedszkole i podstawówkę tylko drób - do tego stopnia, że wołaliśmy na nią "Kurczak". Obie mają się dobrze. Ja jadłam wszystko, dużo i chętnie. Podobnie siostra kuzynki. A przecież jedna rodzina, te same metody żywieniowe matek, tak samo zdrowe dzieci - koniec końców.

A jak malutka siedzi z nami przy stole, to zamiast pustej tacki dostaje substytut z Ikei ;) tak dla estetycznego żartu matki i ku uciesze Polki! I z radością jej tylko powtarzam: "Mama Cię nie uczyła, żeby nie bawić się jedzeniem?". Dodam tylko, że mąż patrzy na mnie wtedy z całkowitą dezaprobatą.

Pola w warzywniaku Ikei. Na zdjęciu prezentuje się w swoim krzesełku firmy Baby Mix. Super sprzęt, jestem z niego bardzo zadowolona. Stabilne, lekkie, fajnie i szybko się składa. Łatwe w utrzymaniu czystości. Rozkłada się do pozycji leżącej, regulowana wysokość, dwu warstwowa tacka, pasy bezpieczeństwa w dwóch wariantach - full i bazic (czyli sam dół, jak na zdjęciu, bez ramion). Kolory całkiem fajne - stonowane, ale dziecięce. Dobry stosunek ceny do jakości (ok 300zł).

*Nie ma się czym martwić? Cóż, post factum, bo dopiero niedawno, uprawiając samowolny research w złowrogich i potępianych przez lekarzy Internetach odkryłam, że tej niewielkiej wadzie zawdzięczamy blisko trzymiesięczny horror karmienny, Polki krzyki, niechęć do piersi, awersję do butelki i cały ten żywieniowy hardcore (tak a'prophos makaronizmów...). Niedorozwój chrząstki krtani może powodować u niemowląt trudności z przełykaniem, zwłaszcza szybko płynącego mleka (np. z piersi mamy, butelki), może powodować też refluks przełykowo-żołądkowy (czyli problem Poli z okolicy 4-go miesiąca) i kolki (same here). Objawy nasilają się od 4-go do 9-go miesiąca, w okresie największej, fizycznej aktywności niemowlęcia, czyli dokładnie wtedy, kiedy zaczęły się nasze problemy. Cieszę się, że znalazłam rozwiązanie zagadki, ale irytuje mnie, że nikt w szpitalu nie przygotował mnie na problemy, które mogły się pojawić i nikt nie wytłumaczył, jak sobie z nimi radzić. A można było, bo wystarczyło np. przed karmieniem odpuszczać mleko, od razu przejść na butelkę ze smoczkiem o bardzo wolnym przepływie (a nie po 5-ciu miesiącach dopiero itp.), przerywać karmienie na odbijanie w trakcie jedzenia. Stosując te trzy proste zasady od początku karmienia uniknęłabym Poli krzyków, bóli brzuszka, mojej histerii i dalej sielsko karmiłabym ją piersią! Magia polskiej służby zdrowia - brak informacji. Bo matka to, jak wiadomo, ekspert wszechrzeczy i precyzować nie ma co.