Po piątkowej wizycie w szpitalu znów jesteśmy w domu. W kwestii porodu nic się nie zmieniło - stoimy w miejscu. Badanie wykazało, że nie nastąpił żaden postęp. A to już 5 doba po terminie! W związku z powyższym w poniedziałek zostanę przyjęta na oddział. Lekarze będą czynić swoje czary mary i inne działania z zakresu indukowania porodu. Jeśli się nie powiodą - zrobią cesarkę. Nie jestem fanką tego typu rozwiązania, ale jak mawiają starożytni Rzymianie: Whatever works. Najważniejsze, żeby Pola była bezpieczna.
Zastanawiam się cały czas co z jej domowej garderoby przygotować na wielkie wyjście ze szpitala. Pogoda ni to wiosenna, ni to zimowa. Kalendarzowa zima niewiele zmienia, krokusy kwitną przed śląskim planetarium. Ja biegam bez kurtki, w samym tylko swetrze i nadal mi ciepło. Czy to ciążowa forma, czy realne odczuwanie temperatury? Gdybym miała małą ubrać w jedną zaledwie warstwę więcej niż siebie wychodziłaby ze szpitala w body, półśpiochach i owinięta w kocyk. Nie za mało? Zdecydowanie za mało. Kupiłam więc zestaw w HM (ostatnie zakupy, przysięgam!) i wezmę do szpitala cały. Wespół z położną, mężem, pediatrą i całym sztabem dobrych duszków zdecydujemy co z niego Pola ma mieć na sobie:
Jak dla mnie to body, pajac, czapeczka i kocyk. Za mało? Dociśniemy jeszcze spodenki pod pajac, albo wymienimy go na jakiś z pluszowych, których pełno w szafie.
Tymczasem weekend powoli, w ślimaczym tempie sunie do przodu. Poniedziałku wypatruję niczym boskiej interwencji. Nie jestem w stanie dłużej gapić się na seriale telewizyjne. Książki mnie usypiają. Kiedy śpię boli mnie wszystko, później nieprzespana noc. Sprzątam - bolą mnie plecy. Prasuję - również. Gotuję - tak samo. Lekarz zalecił nam praktyki seksualne na pobudzenie akcji porodowej. Mimo niewątpliwych zdolności mojego męża w 42-gim tygodniu ciąży chęć do baraszkowania równie mała, co po wyprawie wspinaczkowej na obozie dla otyłych.
Próbujemy wszystkiego: spacery, atrakcje, seks, porządki. Jutro chyba umyję okna i jeszcze może przearanżuję pokoik dziecięcy, a co tam!
sobota, 1 marca 2014
piątek, 28 lutego 2014
List do Poli
Kochana Polu,
Jest duża szansa, że już dziś będziesz z nami. Choć przyznam, że obserwuję, jak dobrze Ci w brzuszku u mamy i mam wątpliwości, czy zechcesz już dziś do nas zawitać. Przez pełne 9 miesięcy noszę Cię w sobie i nasłuchuję każdej zmiany. Śledzę Twoje ruchy, sprawdzam czy Ci wygodnie, biegam do lekarza, który pokazuje mi Cię na USG. Jestem najszczęśliwszą mamą na świecie, kiedy pod prawym żebrem wystaje mi Twoja nóżka, kiedy wiertusisz się niemiłosiernie przed moim pójściem spać. Każdy Twój ruch uspokaja mnie, świadczy, że wszystko w porządku, że rozwijasz się dobrze.
Kiedy odczytałam wynik pierwszego badania hormonalnego i dotarło do mnie, że jestem w ciąży poczułam obezwładniające ciepło rozpoczynające się na czubku głowy, odbierające mi logikę postrzegania świata. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to największa radość, jakiej do tej pory doświadczyłam. Twój tata dowiedział się o ciąży kiedy jechał do domu busem. W ściśniętym, malutkim pojeździe, pośród innych pasażerów też poczuł podobne ciepło rozlewające się gdzieś w okolicach jego serduszka. Żadne z nas nie bało się tego, co wiązać się ma z Twoim przyjściem na świat. Choć lekarze mówili, że wynik jest jeszcze niepewny i że powinniśmy poczekać z entuzjazmem przynajmniej 3 tygodnie - my już wiedzieliśmy, że za 9 miesięcy pojawisz się Ty i nie akceptowaliśmy żadnej zmiany. Powiedzieliśmy o tym dziadkom i pozwoliliśmy im cieszyć się razem z nami od początku. Był 12 czerwca 2013 roku.
Teraz, 28 lutego 2014 i oto stoimy w obliczu porodu. Nie wiem co mnie czeka ani jak ten dzień się zakończy (ten, a może za kilka kolejnych), ale wiem, że równie mocno (o ile nie mocniej!) będę się cieszyła trzymając Cię pierwszy raz w ramionach. I przyznam szczerze - jestem przerażona wszystkim tym, co wiąże się z macierzyństwem. Już teraz chciałabym dać Ci wszystko to, co najlepsze: radość, spokój, bezpieczeństwo. Chciałabym, żebyś wyrosła na osobę lepszą niż ja, czy twój tata (tu akurat będzie ciężko), żebyś wierzyła w swoje siły i możliwości, żebyś była osobą dobrą i uczciwą. Niby to niewiele, ale jak bardzo dużo! Chciałabym przekazać Ci swoją ciekawość świata, dążenie do nowości, do odkrywania wszystkiego, moją samodzielność i odwagę. Chciałabym, żebyś przy tym wszystkim nie miała moich wahań i ograniczeń, żebyś nie miała chwil zwątpienia, żeby lenistwo nie odbierało Ci przygód i tego, co przynosi działanie. A przede wszystkim chciałabym, żebyś kiedyś, spotkała na swojej drodze dobrych ludzi, żeby ktoś kiedyś kochał Cię tak mocno jak Twój tatuś kocha mnie (Ciebie zapewne bardziej i nie mam nic przeciwko!). Ojciec będzie najważniejszym mężczyzną w Twoim życiu. To on nauczy Cię siły i odwagi. Tak zwykło się mówić. Twój tata nuczy Cię dużo więcej i musisz pilnie go słuchać, bo to najmądrzejszy człowiek, jakiego życie postawiło na mojej (i Twojej) drodze. Wie co to cierpliwość i dobro. Weź od niego to, co najlepsze: wytrwałość, sumienność, szacunek dla innych ludzi, miłość. Ucz się od niego pasji odkrywania tego, co w książkach, słowach, innych ludziach. Ciesz się razem z nim światami, które razem odkryjecie. Poznaj pod jego okiem rośliny, zwierzęta, trudną sztukę żeglowania. Pamiętaj, jak trudno jest znaleźć pasję w życiu i podobnie jak tata miej swoją. Jego życiem jest literatura i to jak jest skonstruowana. Wbrew pozorom to wcale nie takie monotonne. Tata i jego praca są po to, by innym objaśniać świat, by prowadzić ich przez zakamarki języka i metafor, by uczyć ludzi mądrości, spostrzegawczości, by dawać wiedzę, a to największy skarb. Bo musisz Polu wiedzieć, że Twój tata jest poszukiwaczem małych skarbów. Od dzieciństwa, kiedy to odnalazł Smurfną Dolinę, aż do teraz, kiedy szuka szczęścia u mojego boku. Wie, co jest prawdziwą wartością i znajduje te swoje skarby w codziennych przyjemnościach. Weź zatem od niego co najlepsze. Ale pamiętaj, nie bierz od nasz wszystkiego!
Najważniejsze to być sobą, mieć własne marzenia, cele. Musisz zawsze chcieć więcej, dążyć bardziej, pragnąć mocniej. W takiej właśnie chęci życia kryje się cały sekret szczęścia. Nie ma tu, na świecie, jednej, wielkiej tajemnicy do odkrycia. Znalezienie tego ogólnie poszukiwanego sensu wszystkiego nie da Ci Kochanie satysfakcji. Poszukiwanie zaś sprawi, że będziesz bogatsza, lepsza i mądrzejsza. Nie zrażaj się, nie przestawaj, kiedy Ci nie wychodzi. Nie smuć się zbyt długo. Wszystko jest poprzeplatane porażkami i to normalne, że z niektórych ciężko Ci będzie się podnieść. Leż przygnieciona niepowodzeniami jak długo będziesz tego potrzebowała, a później wstań z jeszcze większą energią i zapałem. A ja i tata będziemy tam, żeby pomóc Ci się podnieść. Ciężko przewidzieć jak długo będziemy na świecie, żeby patrzeć jak rośniesz, jak stajesz się cudowną, pełną osobą, jak wyrastasz z bycia dzieckiem i robi się z Ciebie kobieta. Chcemy być tu jak najdłużej, to chyba jasne. Gdyby nas jednak zabrakło pamiętaj, że oprócz nas masz resztę rodziny, która bardzo na Ciebie czeka. Jestem pewna, że dziadkowie całkowicie oszaleją na Twoim punkcie. W Dziadku Piotrze upatruję tego słabego ogniwa, które nie będzie mogło Ci się oprzeć. Wykorzystuj to z umiarem. Pamiętaj o swoich rodzicach chrzestnych. Moja siostra, Agata, będzie Ci zawsze służyła radą i pomocą. Zawsze Cię ochroni i będzie pomagać w trudnych chwilach. To do niej możesz dzwonić, kiedy ja będę dla Ciebie niewystarczająca. Bo z kim lepiej obgaduje się własną matkę niż z jej siostrą? Agata ma w sobie dużo dorosłości i pragmatyzmu. Nie pozwól by to przyćmiło jaką cudowną i kochającą jest osobą. Ma swoje momenty i potrafi dać w kość, ale jednego jestem pewna - kocha swoją rodzinę bardziej niż siebie i zrobi dla nas więcej niż potrafisz sobie wyobrazić. Nie wykorzystuj tego, ale korzystaj, kiedy będzie Ci to dane. Twój tata chrzestny, wujek Krzyś jest zupełnie inny i szczerze mówiąc ciężko mi napisać jaką jest osobą. Bardzo chowa się w sobie i broni przed światem, innymi ludźmi, czasem przed nami. Odkąd dowiedział się, że będziesz na świecie bardzo się zmienił. Częściej u nas bywa, dopytuje o Ciebie, poprawił kontakt ze swoim bratem i pokazuje nam ciągle, że jako rodzina jesteśmy dla niego ważni. Cenię to bardzo i Ty też powinnaś. Mam nadzieję, że okaże się wspaniałym chrzestnym. Z pewnością będzie dosłownie traktował swoją funkcję i dbał o Twoją wiarę i miłość do Boga. Nie pozwól nigdy, by bunt młodości czy inne szaleństwa pozbawiły Cię szacunku dla religii i ucz się od Krzysia jak we współczesnym świecie nie zapominać o sprawach metafizycznych, jak ich nie wyśmiewać i nie spłycać. Osobiście mam nieco inne zdanie niż wujek na te sprawy, o czym z pewnością nie raz będziemy rozmawiać. Nie powinnaś jednak kierować się ani tym, co myślę ja, ani tym, jak Boga pojmuje Krzyś. Wybierzesz sama, w którą drogę skręcisz i jak Twoje życie się potoczy.
Masz dużą rodzinę, nie wymienię wszystkich. Pamiętaj jednak o nich, o tym ile dobra mogą wnieść w Twoje życie. Bądź częścią zarówno mojej jak i taty strony i wszystkich obdarz kredytem zaufania. Bądź bardziej uważna wobec obcych, bo przecież nie mogę Ci zagwarantować ich szczerości czy uczciwości. Wybieraj przyjaciół z rozwagą i ucz się w tym od nas. Spójrz na Mizię, Agatę, wujka Szczura, ciotkę Isię, Paulinę. Obserwuj nasze z nimi relację, czemu tak bardzo trzymamy się razem, co te przyjaźnie wnoszą w nasze życie i jak bardzo stajemy się rodziną dzięki zaufaniu, poświęceniu i przede wszystkim dzięki wspólnym przyjemnościom. Nie bój się tego, co w życiu dobre (a często i kaloryczne). Miej skłonność do czerpania pełną garścią. Otaczaj się pięknem i celuj w to, co najlepsze, a gwarantuję - kiedyś będziesz to wszystko miała. A jeśli nie to, to coś zupełnie innego, lepszego. Jeśli życie obdarzy Cię swoimi dobrami tak bardzo jak mnie czy tatę - będziesz bardziej niż szczęśliwa. I jeśli my nigdy nie będziemy mieli swojego mieszkania, większego samochodu czy więcej pieniędzy - i tak będziemy z tatą najszczęśliwsi na świecie. Kiedy już będziesz z nami niczego więcej nie będziemy potrzebowali. No, może trochę więcej snu, ale podejrzewam, że uda nam się kiedyś zdrzemnąć na chwilkę, kiedy babcie wezmą Cię w obroty.
Bądź dzielna, moja mała córeczko, i przychodź na świat bez wahania. Byłam bardzo ambiwalentna w tej ciąży. Często płakałam, denerwowałam się, było mi smutno. To wszystko ze względu na mnie, nie Ciebie. Ty, od pierwszej kropeczki na USG, stałaś się centrum mojego świata. Czekamy na Ciebie z miłością i gotowi do stawienia czoła wyzwaniu, jakim będziesz. Nie bój się tego, co na Ciebie czeka. To tylko mama i tata. I najwięcej miłości na świecie.
Mama
czwartek, 27 lutego 2014
Tłusty czwartek
Moja babcia piekła najlepsze pączki. Mnie przeraża gar rozgrzanego tłuszczu i wolałam dziś kupić zwykłe, drugorzędne pączusie w ogólnospożywczym na osiedlu. Babcine pączki były malutkie i tak słodkie, że nie potrzebowały już ani lukru ani cukru pudru. Jadło się je garściami, bo babcia zawsze szła na ilość. Jak robiła - to w setkach, tysiącach!
Dziś na świecie ogólnopolska radość pączkowa. A te przestały być dostępne już tylko w dwóch wariantach. Kiedyś jedynie z lukrem lub pudrowane dziś roztaczają swe uroki w najróżniejszych formach. Ja nadal uwielbiam te z różą albo konfiturą obficie polukrowane. Dałam sobie dziś dyspensę i zjadłam ich aż 6 (i pewnie jeszcze jakieś się trafią). Małą taka ilość cukru pobudziła i to bardzo, kto wie - może się z wrażenia urodzi? Spacer do spożywczego i na pocztę też nie należał do najprostszych - może zadziała konglomerat wysiłku i cukru?
A Wy? Jakie pączki lubicie najbardziej? Amerykańskie, policyjne doughnuts dostępne np. w Lidlu, czy może czekoladowe od pani Danusi z budki na osiedlu?
Dziś na świecie ogólnopolska radość pączkowa. A te przestały być dostępne już tylko w dwóch wariantach. Kiedyś jedynie z lukrem lub pudrowane dziś roztaczają swe uroki w najróżniejszych formach. Ja nadal uwielbiam te z różą albo konfiturą obficie polukrowane. Dałam sobie dziś dyspensę i zjadłam ich aż 6 (i pewnie jeszcze jakieś się trafią). Małą taka ilość cukru pobudziła i to bardzo, kto wie - może się z wrażenia urodzi? Spacer do spożywczego i na pocztę też nie należał do najprostszych - może zadziała konglomerat wysiłku i cukru?
A Wy? Jakie pączki lubicie najbardziej? Amerykańskie, policyjne doughnuts dostępne np. w Lidlu, czy może czekoladowe od pani Danusi z budki na osiedlu?
![]() |
| Klasyczne, moje ulubione! |
![]() |
| Zestaw dziecięcy :) |
![]() |
| Upudrowane jak Maria Antonina! Jedzone na wietrze zapewniają niezapomniane wrażenia wirującego cukru pudru tuż przed nosem... |
![]() |
| Mini-doughnuts upstrzone na kolorowo |
![]() |
| Różowe i eleganckie pączusie :) |
poniedziałek, 24 lutego 2014
24 lutego 2014 - termin porodu został osiągnięty
Mimo osiągnięcia terminu porodu - Pola nadal w środku. Jej mama w zniecierpliwieniu przemierzała dziś odmęty Silesii celem ruchu i pobudzenia funkcji skurczowej. Nic z tego. Mimo niezwykle uczynnej ekspedientki w Douglas, która chciała odbierać mój poród - sytuacja nadal w miejscu.
Tymczasem poza ciążo-landem sporo się dzieje. Ojca problemy w firmie osiągnęły absurdalnie wysoki poziom skomplikowania. Podziwiam go za spokój i opanowanie, z którym próbuje wykaraskać się z problemów finansowo-osobowych. Wspólnicy zawiedli na całej linii doprowadzając firmę do niejasnego w okolicznościach upadku. Odpowiedzialności (jak to w Polsce) nikt nie jest skłonny wziąć na siebie. Tuła się zatem biedna firma na rynku zbytu niczym średnio atrakcyjna 50-ka po rozwodzie i próbuje wpakować się w korzystny mariaż. Wszyscy wiemy jak żenujący makijaż musiałaby taka konkurentka przywdziać, żeby udało się jej upolować zdobycz. Ojciec zatem dba o fikcyjny róż na policzkach pracowników, wytuszowane rzęsy sprawozdań ekonomicznych, korektorem maskuje cienie pod oczami tabeli z należnościami. Wszyscy liczymy, że uda mu się wyjść z tego bez botoksu. Szanse są z dnia na dzień mniejsze. Jako pracownik jego firmy martwię się tym jeszcze bardziej, gdyż los mój (przynajmniej finansowy) zależny jest od jego starań i awansów względem innych budowlańców. Gdyby tak niewypłacalność firmy po raz kolejny skazała mnie na pensję męża i własne (nieregularnie wypłacane) stypendium naukowe - marzenia i plany trzeba by odłożyć na znacznie później.
Jakież to plany! Przeprowadzka do Pszczyny i remont mieszkania po dziadku zaprząta mi myśli. W pozytywny sposób świeci ta opcja dobrym i spokojnym życiem w miłej okolicy. Wyobrażam sobie jak z wózkiem przemierzam arystokratycznie alejki parku królewskiego, jak robię zakupy w małych, lokalnych sklepikach, jak chodzimy z mężem do klimatycznego, post-peerelowskiego kina wieczorami, jak dzieci śpią w swoim pokoju, jak piętro niżej nie mamy rodziców wsadzających nos w nie swoje sprawy. Przy całej mojej dla nich miłości uważam, że najwyższy czas na wyprowadzkę. Przy tym, jak deprecjonują naszą pozycję względem kota nie mogę oczekiwać, że przy dziecku diametralnie zmienią nastawienie. Doraźna pomoc mamy będzie z pewnością super, ale jej osądzający sposób bycia - już nie. Liczę się z tym i nie narzekam, ale wiem, że za rok będę chciała od tego odpocząć. Dlatego perspektywa remontu w Pszczynie i wyprowadzki tam tak bardzo mnie pociąga. Koszty całego przedsięwzięcia - mniej. Mieszkanie, mimo iż przestronne, jest bardzo zaniedbane i wymaga gruntownego odświeżenia. Łazienka i kuchnia - kapitalnego remontu. Marzy mi się jasna, widna sypialnia. W tej obecnej króluje mroczny komandor sprzed 10 lat w kolorze "dębowych paneli". Pięknym pokoikiem dziecięcym (czy też jego perspektywą) władają złowrogie meblościanki z czasów komitetu centralnego. We wszystkich niemal kątach dużego pokoju ukrywają się kryształy i kredensy - marzenie (jak wiadomo) każdej, nowoczesnej pani domu. W obecnej sytuacji całe mieszkanie należałoby potraktować gładzią gipsową i porządnym malowaniem. A to tylko wierzchołek góry lodowej! Koszt przystosowania łazienki do moich leniwych upodobań (wszystko pod ręką i dobrej jakości) jest niewyobrażalny. Remont kuchni, a raczej jej zrobienie od początku to kolejne dziesiątki tysięcy złotych. Same działania podstawowe pochłoną nasze wszystkie oszczędności czy ślubne datki sprzed roku. A co z fanaberiami i detalami, na które mam ochotę? Jak już remontować to lepiej wszystko na raz! Nie wyobrażam sobie przerabiania co rok innego pokoju. Nie wyobrażam sobie też mieszkania tam teraz, aż zgromadzimy potrzebne środki. W przypadku wstrzymanej wypłaty czy to z konta firmowego, czy też zus-owskiego nie mamy z mężem szans na odłożenie choćby grosza na "ładną sypialnię" czy "porządny stół do jadalni". Zamiast za rok, za remont trzeba będzie wziąć się za dwa lata. To oznacza kolejną ciążę pod okiem rodziców i jeszcze jedno załamanie nerwowe. Gdyby tak podsumować ile kosztowała mnie toksyczna relacja z rodzicami okazałoby się, że koszty ostatniej terapii sfinansowałyby meble do nowej sypialni! Cóż, takie życie. Mam nadzieję, że mała Pola wybije mi z głowy mrzonki o remoncie, mieszkaniu, niezależności i separacji od rodziców. Gdyby przyszło mi myśleć o tym non stop przez cały kolejny rok - szaleństwu memu nie byłoby granic (i ceny). Jakże kosztowna jest niedyspozycja emocjonalna!
Tymczasem poza ciążo-landem sporo się dzieje. Ojca problemy w firmie osiągnęły absurdalnie wysoki poziom skomplikowania. Podziwiam go za spokój i opanowanie, z którym próbuje wykaraskać się z problemów finansowo-osobowych. Wspólnicy zawiedli na całej linii doprowadzając firmę do niejasnego w okolicznościach upadku. Odpowiedzialności (jak to w Polsce) nikt nie jest skłonny wziąć na siebie. Tuła się zatem biedna firma na rynku zbytu niczym średnio atrakcyjna 50-ka po rozwodzie i próbuje wpakować się w korzystny mariaż. Wszyscy wiemy jak żenujący makijaż musiałaby taka konkurentka przywdziać, żeby udało się jej upolować zdobycz. Ojciec zatem dba o fikcyjny róż na policzkach pracowników, wytuszowane rzęsy sprawozdań ekonomicznych, korektorem maskuje cienie pod oczami tabeli z należnościami. Wszyscy liczymy, że uda mu się wyjść z tego bez botoksu. Szanse są z dnia na dzień mniejsze. Jako pracownik jego firmy martwię się tym jeszcze bardziej, gdyż los mój (przynajmniej finansowy) zależny jest od jego starań i awansów względem innych budowlańców. Gdyby tak niewypłacalność firmy po raz kolejny skazała mnie na pensję męża i własne (nieregularnie wypłacane) stypendium naukowe - marzenia i plany trzeba by odłożyć na znacznie później.
Jakież to plany! Przeprowadzka do Pszczyny i remont mieszkania po dziadku zaprząta mi myśli. W pozytywny sposób świeci ta opcja dobrym i spokojnym życiem w miłej okolicy. Wyobrażam sobie jak z wózkiem przemierzam arystokratycznie alejki parku królewskiego, jak robię zakupy w małych, lokalnych sklepikach, jak chodzimy z mężem do klimatycznego, post-peerelowskiego kina wieczorami, jak dzieci śpią w swoim pokoju, jak piętro niżej nie mamy rodziców wsadzających nos w nie swoje sprawy. Przy całej mojej dla nich miłości uważam, że najwyższy czas na wyprowadzkę. Przy tym, jak deprecjonują naszą pozycję względem kota nie mogę oczekiwać, że przy dziecku diametralnie zmienią nastawienie. Doraźna pomoc mamy będzie z pewnością super, ale jej osądzający sposób bycia - już nie. Liczę się z tym i nie narzekam, ale wiem, że za rok będę chciała od tego odpocząć. Dlatego perspektywa remontu w Pszczynie i wyprowadzki tam tak bardzo mnie pociąga. Koszty całego przedsięwzięcia - mniej. Mieszkanie, mimo iż przestronne, jest bardzo zaniedbane i wymaga gruntownego odświeżenia. Łazienka i kuchnia - kapitalnego remontu. Marzy mi się jasna, widna sypialnia. W tej obecnej króluje mroczny komandor sprzed 10 lat w kolorze "dębowych paneli". Pięknym pokoikiem dziecięcym (czy też jego perspektywą) władają złowrogie meblościanki z czasów komitetu centralnego. We wszystkich niemal kątach dużego pokoju ukrywają się kryształy i kredensy - marzenie (jak wiadomo) każdej, nowoczesnej pani domu. W obecnej sytuacji całe mieszkanie należałoby potraktować gładzią gipsową i porządnym malowaniem. A to tylko wierzchołek góry lodowej! Koszt przystosowania łazienki do moich leniwych upodobań (wszystko pod ręką i dobrej jakości) jest niewyobrażalny. Remont kuchni, a raczej jej zrobienie od początku to kolejne dziesiątki tysięcy złotych. Same działania podstawowe pochłoną nasze wszystkie oszczędności czy ślubne datki sprzed roku. A co z fanaberiami i detalami, na które mam ochotę? Jak już remontować to lepiej wszystko na raz! Nie wyobrażam sobie przerabiania co rok innego pokoju. Nie wyobrażam sobie też mieszkania tam teraz, aż zgromadzimy potrzebne środki. W przypadku wstrzymanej wypłaty czy to z konta firmowego, czy też zus-owskiego nie mamy z mężem szans na odłożenie choćby grosza na "ładną sypialnię" czy "porządny stół do jadalni". Zamiast za rok, za remont trzeba będzie wziąć się za dwa lata. To oznacza kolejną ciążę pod okiem rodziców i jeszcze jedno załamanie nerwowe. Gdyby tak podsumować ile kosztowała mnie toksyczna relacja z rodzicami okazałoby się, że koszty ostatniej terapii sfinansowałyby meble do nowej sypialni! Cóż, takie życie. Mam nadzieję, że mała Pola wybije mi z głowy mrzonki o remoncie, mieszkaniu, niezależności i separacji od rodziców. Gdyby przyszło mi myśleć o tym non stop przez cały kolejny rok - szaleństwu memu nie byłoby granic (i ceny). Jakże kosztowna jest niedyspozycja emocjonalna!
niedziela, 23 lutego 2014
KTG, USG i inne badania, czyli sobota w CSK w Ligocie
To już chyba faktycznie ostatnie chwile z Polą w brzuchu! Wczoraj byliśmy w Ligocie na zapisie KTG. Mimo, że do terminu pozostały dwa dni, pani doktor poprosiła o skontrolowanie parametrów naszej małej dziewczynki. Najpierw badanie nie szło zbyt dobrze bo dziecinka spała. Zmiany w tętnie nie były aż tak wyraźne i powoli zaczęłam oswajać się z myślą, że zostanę przyjęta na obserwację. Dopiero powtórny zapis i zwiększona aktywność córeczki przekonały lekarkę, że wszystko jest jednak w porządku.
Leżenie 40 minut w jednej pozycji, podpięta do aparatury - nie tak wyobrażałam sobie swoje sobotnie popołudnie. Celem odwrócenia uwagi mąż zabawiał mnie rozmową i sytuacji lasów państwowych, a położna (niewiele myśląc) denerwowała mnie co chwilę uwagami na temat niskiej aktywności płodu. Po badaniu oboje z mężem odetchnęliśmy, że z małą wszystko w porządku. Już zbieraliśmy się do wyjścia ze szpitala, gdy nagle zauważyłam krwawienie. Wróciliśmy zatem na górę do pani doktor, która na spokojnie zbadała mnie i zleciła dla pewności USG. Na szczęście okazało się, że to tylko pęknięte naczynia w szyjce po badaniu ginekologicznym i z dzieckiem wszystko w porządku. USG potwierdziło, że bobas bryka w najlepsze, wód ma jeszcze na dwa tygodnie zimowania, a przepływy są niemal książkowe.
Wszystko skończyło się po 3 godzinach strachu i niepokoju. Wróciliśmy do domu. Nadal niepokoją mnie lekkie plamienia, ale podobno to dobrze. Rozmiękanie szyjki postępuje do przodu, a to tylko zbliża mnie do porodu naturalnego. Zewsząd spływają tylko opinię o tym jak negatywne skutki ma poród wywoływany. Oksytocyna, leki zwiotczające mięśnie szyjki itp., itd. Kilka dni temu byłam przekonana, że lepiej rodzić pod ścisłą kontrolą lekarza, który ten poród wywołuje i prowadzi od początku do końca. W międzyczasie naczytałam się o powikłaniach i skutkach ubocznych takich akcji - już nie jestem przekonana. Oczywiście, jeśli do krytycznej daty 3-go marca Pola nie ruszy w kierunku wyjścia to ją stamtąd wywabimy wszelkimi możliwymi sposobami (żeby tylko była bezpieczna). Kolejny zapis KTG mam mieć robiony w piątek 28-go lutego. Po cichu liczę, że skończy się porodem (skoro pierwszy zapis opatrzony był tyloma emocjami, co będzie się działo przy następnym!).
W szpitalu, mimo zdenerwowania, epatowałam spokojem. Może to magnetyzm miejsca pełnego lekarzy działał uspokajająco? W domu jednak nerwy zaczęły działać na własną rękę. Padłam na łóżko bojąc się poruszyć. Krwawienie zadziałało na mnie jak znak STOP, jakby coś Poli groziło. To niedorzeczne, ale nadal tak myślę i boję się podejmować cięższe wyzwania: spacer, podnoszenie kota czy rzeczy z podłogi, sprzątanie - a to wszystko może przecież tylko przyspieszyć akcję porodową - czy nie o to chodzi mi od kilku dni? Żeby już etap rozwiązania mieć za sobą? Do tej pory nie kojarzyłam porodu z drugą fazą całego tego przedsięwzięcia - z córką. Kiedy wczoraj na oddziale zobaczyłam małego bobaska, nie większego niż miara mojego łokcia, nie mogłam uwierzyć, że za kilka dni Pola będzie właśnie takim oseskiem całkowicie pod moją opieką! Chyba przez ostatnie 9 miesięcy zapomniałam się przygotować do tego, co nastąpi niebawem - do macierzyństwa. Mówią: hormony, to przychodzi naturalnie, poczujesz to. Ufam, że tak będzie. A co, jeśli mimo tej cudownej istotki na świecie nadal pozostanę myślącą o sobie, egoistyczną wygodnisią, która lubi się wysypiać do południa? Jeśli zwyczajnie nie będę potrafiła zająć się swoim dzieckiem i latać będę jak poparzona po rady do mamusi? No, i czym tu się martwić? Zbliżającym się koszmarem porodu czy widmem nieudolnego macierzyństwa?
Leżenie 40 minut w jednej pozycji, podpięta do aparatury - nie tak wyobrażałam sobie swoje sobotnie popołudnie. Celem odwrócenia uwagi mąż zabawiał mnie rozmową i sytuacji lasów państwowych, a położna (niewiele myśląc) denerwowała mnie co chwilę uwagami na temat niskiej aktywności płodu. Po badaniu oboje z mężem odetchnęliśmy, że z małą wszystko w porządku. Już zbieraliśmy się do wyjścia ze szpitala, gdy nagle zauważyłam krwawienie. Wróciliśmy zatem na górę do pani doktor, która na spokojnie zbadała mnie i zleciła dla pewności USG. Na szczęście okazało się, że to tylko pęknięte naczynia w szyjce po badaniu ginekologicznym i z dzieckiem wszystko w porządku. USG potwierdziło, że bobas bryka w najlepsze, wód ma jeszcze na dwa tygodnie zimowania, a przepływy są niemal książkowe.
Wszystko skończyło się po 3 godzinach strachu i niepokoju. Wróciliśmy do domu. Nadal niepokoją mnie lekkie plamienia, ale podobno to dobrze. Rozmiękanie szyjki postępuje do przodu, a to tylko zbliża mnie do porodu naturalnego. Zewsząd spływają tylko opinię o tym jak negatywne skutki ma poród wywoływany. Oksytocyna, leki zwiotczające mięśnie szyjki itp., itd. Kilka dni temu byłam przekonana, że lepiej rodzić pod ścisłą kontrolą lekarza, który ten poród wywołuje i prowadzi od początku do końca. W międzyczasie naczytałam się o powikłaniach i skutkach ubocznych takich akcji - już nie jestem przekonana. Oczywiście, jeśli do krytycznej daty 3-go marca Pola nie ruszy w kierunku wyjścia to ją stamtąd wywabimy wszelkimi możliwymi sposobami (żeby tylko była bezpieczna). Kolejny zapis KTG mam mieć robiony w piątek 28-go lutego. Po cichu liczę, że skończy się porodem (skoro pierwszy zapis opatrzony był tyloma emocjami, co będzie się działo przy następnym!).
W szpitalu, mimo zdenerwowania, epatowałam spokojem. Może to magnetyzm miejsca pełnego lekarzy działał uspokajająco? W domu jednak nerwy zaczęły działać na własną rękę. Padłam na łóżko bojąc się poruszyć. Krwawienie zadziałało na mnie jak znak STOP, jakby coś Poli groziło. To niedorzeczne, ale nadal tak myślę i boję się podejmować cięższe wyzwania: spacer, podnoszenie kota czy rzeczy z podłogi, sprzątanie - a to wszystko może przecież tylko przyspieszyć akcję porodową - czy nie o to chodzi mi od kilku dni? Żeby już etap rozwiązania mieć za sobą? Do tej pory nie kojarzyłam porodu z drugą fazą całego tego przedsięwzięcia - z córką. Kiedy wczoraj na oddziale zobaczyłam małego bobaska, nie większego niż miara mojego łokcia, nie mogłam uwierzyć, że za kilka dni Pola będzie właśnie takim oseskiem całkowicie pod moją opieką! Chyba przez ostatnie 9 miesięcy zapomniałam się przygotować do tego, co nastąpi niebawem - do macierzyństwa. Mówią: hormony, to przychodzi naturalnie, poczujesz to. Ufam, że tak będzie. A co, jeśli mimo tej cudownej istotki na świecie nadal pozostanę myślącą o sobie, egoistyczną wygodnisią, która lubi się wysypiać do południa? Jeśli zwyczajnie nie będę potrafiła zająć się swoim dzieckiem i latać będę jak poparzona po rady do mamusi? No, i czym tu się martwić? Zbliżającym się koszmarem porodu czy widmem nieudolnego macierzyństwa?
piątek, 21 lutego 2014
Mama w Katowicach
Moja mama, choć tu chyba stosowniej nazywać ją Lady Mamą postanowiła spędzić ze mną urocze przedpołudnie w Katowicach. Zachodziłam w głowę po cóż jej jestem niezbędna u fryzjera (zważywszy na mój kulostan), ale zgodnie z poleceniem wstałam rano i pojechałam z nią do centrum miasta. Odstawiłam ją do salonu i zostawiłam pod opieką najlepszych fryzjerów, jakich znam, sama zaś udałam się do Galerii Katowickiej, gdyż perspektywa snucia się po mieście w niedopasowanych spodniach i 9-tym miesiącu ciąży - nie była zachęcająca.
Swoją drogą, po firmie Happymum spodziewałam się lepszej jakości. Tymczasem spodnie, które kupiłam jakiś czas temu, zupełnie się popsuły. W sklepie leżały idealnie. Po pierwszym praniu ich elastyczność wzrosła o 100% i zaczęły spektakularnie zjeżdżać ze średniego jeszcze wówczas brzucha. Próbowałam ratować sytuację agrafkami - porobiły się dziury w cieniutkim materiale. Zrobiłam w tych miejscach zaszewki i spodnie trzymały się do czasu, aż brzuch nie urósł. Teraz przyszło mi zaszewki zlikwidować. Po wielokrotnych praniach spodnie rozciągnęły się tak, że czuję się w nich szczupło i subtelnie - zjeżdżają z brzucha, tyłka i wszystkiego innego. Ponieważ zaś jeansy (ze względów elastyczności i tego, że zabrała je ciężarna siostra) nie wchodziły w grę postanowiłam na prędce coś podszyć i mimo to w tych spadających spodniach pojechać do Katowic. Skończyło się na zdenerwowaniu i obietnicy, że "wyrzucę je, jak tylko wrócę do domu!". Leżą chwilowo na podłodze łazienki, a ja obrażona na niczemu winne tkaniny - ignoruję ten problem.
Poranek w Starbucks okazał się zaskakująco tani! Za cappuccino (oczywiście bezkofeinowe) i gofra zapłaciłam mniej niż 10zł (co w Starbucks jest rzadkością). Zaraz potem przyszedł do mnie mail z informacją, że kawiarnia oferuje mi darmową kawę. Mama wypiła ją z radością po powrocie od fryzjera. Zadowolona, w dobrze przyciętych i świetnie zafarbowanych włosach zmusiła mnie do podboju świata ostatnich przecen. Tak oto skończyłyśmy w Reserved, gdzie tym razem ja, silną represją, zmusiłam Lady Mamę do przymierzenia kontrowersyjnej, pikowanej spódnicy i ekstrawaganckiego sweterka ze srebrną aplikacją. Mama chodzi ostatnio smutna, z inflacją w portfelu i notorycznie powtarza "Jak będzie więcej pacjentów w tym miesiącu to kupię sobie coś ładnego na tę wycieczkę do Rzymu...". Na pacjentów się nie zanosi, bo ostatnio choroby skóry jak insekty - czekają z okresem wylęgania do wiosny. Rzym zaś (prezent urodzinowy od siostry) za kilkanaście dni. Postanowiłam interweniować i ów wspomniany zestaw spódnica + sweter zakupiłam dla mamy. Skoro ona przez lata dbała o moją garderobę (co ja z kolei zaczynam uskuteczniać względem Polki) mogę spokojnie odwdzięczyć jej się od czasu do czasu. Lady Mama była zachwycona.
Radość rodzicielki była tak duża, że udało mi się namówić ją jeszcze na obiad w Złotym Ośle. To zaś było błędem o tyle, o ile później już nie byłam w stanie dojść do samochodu (zaparkowanego 4 metry od wege baru). Ociężałość, obrzęki, zmęczenie - wszystko to ścięło mnie z nóg. Po powrocie do domu padłam zmęczona i przespałam bite dwie godziny z kotem wtulonym w brzuch z Polą. Dopiero po przebudzeniu dotarło do mnie, że ów młodzieniec mówiący mi "dzień dobry" na ulicy to mój student. Również wówczas uświadomiłam sobie, że stał się on świadkiem reprymendy udzielanej mi przez Lady Mamę: "Dlaczego znów nie masz swetra! To nieodpowiedzialne, jesteś w ciąży. Proszę natychmiast się ubrać!" - wykrzykiwała w moim kierunku przy 12 stopniach Celcjusza. Oj, młodzieniec z pewnością miał dzięki temu o wiele lepszy dzień!
Swoją drogą, po firmie Happymum spodziewałam się lepszej jakości. Tymczasem spodnie, które kupiłam jakiś czas temu, zupełnie się popsuły. W sklepie leżały idealnie. Po pierwszym praniu ich elastyczność wzrosła o 100% i zaczęły spektakularnie zjeżdżać ze średniego jeszcze wówczas brzucha. Próbowałam ratować sytuację agrafkami - porobiły się dziury w cieniutkim materiale. Zrobiłam w tych miejscach zaszewki i spodnie trzymały się do czasu, aż brzuch nie urósł. Teraz przyszło mi zaszewki zlikwidować. Po wielokrotnych praniach spodnie rozciągnęły się tak, że czuję się w nich szczupło i subtelnie - zjeżdżają z brzucha, tyłka i wszystkiego innego. Ponieważ zaś jeansy (ze względów elastyczności i tego, że zabrała je ciężarna siostra) nie wchodziły w grę postanowiłam na prędce coś podszyć i mimo to w tych spadających spodniach pojechać do Katowic. Skończyło się na zdenerwowaniu i obietnicy, że "wyrzucę je, jak tylko wrócę do domu!". Leżą chwilowo na podłodze łazienki, a ja obrażona na niczemu winne tkaniny - ignoruję ten problem.
![]() |
| Body ze Starbucks dostępne na cafepress.com za całe 18,99$ |
Radość rodzicielki była tak duża, że udało mi się namówić ją jeszcze na obiad w Złotym Ośle. To zaś było błędem o tyle, o ile później już nie byłam w stanie dojść do samochodu (zaparkowanego 4 metry od wege baru). Ociężałość, obrzęki, zmęczenie - wszystko to ścięło mnie z nóg. Po powrocie do domu padłam zmęczona i przespałam bite dwie godziny z kotem wtulonym w brzuch z Polą. Dopiero po przebudzeniu dotarło do mnie, że ów młodzieniec mówiący mi "dzień dobry" na ulicy to mój student. Również wówczas uświadomiłam sobie, że stał się on świadkiem reprymendy udzielanej mi przez Lady Mamę: "Dlaczego znów nie masz swetra! To nieodpowiedzialne, jesteś w ciąży. Proszę natychmiast się ubrać!" - wykrzykiwała w moim kierunku przy 12 stopniach Celcjusza. Oj, młodzieniec z pewnością miał dzięki temu o wiele lepszy dzień!
czwartek, 20 lutego 2014
Wyprawka dla Jagienki
Ostatnie arcydzieło robótek ręcznych, bo chyba dłonie odpadną mi z nadmiaru wody, obrzęków i bólu! Mimo wsparcia maszyny do szycia zrobienie dwóch kompletów w dwa dni to niemały wysiłek dla ciężarówki. Z dumą prezentuję efekty z dnia dzisiejszego:
| Pełen zestaw: metkownik, struś pędziwiatr, gęś, poduszka, kocyk |
| To coś wygląda na strusia pędziwiatra. Projektowane było jako wiewiórka. Niestety efekt końcowy rozminął się z zamierzeniem... |
| Piękny ptaszek-wróbelek stał się ewidentną gęsią! |
| Metkownik bez większych kontrowersji. |
| Kocyk z bawełny Robert Kaufman i poraru Minky w odcieniu fuksji. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)








