Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Doświadczeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Doświadczeń. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Instytut Doświadczeń

Jest chyba taka tradycja na blogach, że kiedy dzidziuś kończy rok matka publikuje manifest swojego blogowania. Przyszła pora i na mnie. Co prawda urodzinki Poli dopiero za dwa tygodnie, ale malutka przenoszona o te czternaście dni, więc piszę już dziś.

Po co mi ten blog był do szczęścia potrzebny?

Jak się okazuje po nic, bo szczęśliwa jestem i bez bloga. Szczęście daje mi Pola, mąż, rodzina, znajomi, którzy są zawsze - a nie tylko raz od wielkiego, postowego dzwonu. Zaczęłam pisać z potrzeby wygadania się, o tym, jaka trudna była dla mnie ciąża, jakie ekscytujące macierzyństwo. 

Przyznaję, otwarcie, że komercyjne blogowanie to nie dla mnie. Wpakowałam się, na własne życzenie, w kilka akcji promujących. I choć całym sercem jestem  z producentami, których zachwalałam i zdania co do produktów nie zmieniam, to pozycja pisania pod dyktando sponsorów czy finansjery gadżetów dziecięcych mnie nie jara i zwyczajnie nie lubię, kiedy ktoś mi ogranicza przecinki czy ortografię.

Bo choć kończę w tym roku studia doktoranckie na filologii polskiej są to studia z zakresu literaturoznawstwa, nie zaś językoznawstwa, jak mylnie interpretowali autorzy kilku uprzejmych komentarzy. Nie obrażając absolutnie nikogo (bo każdą krytykę sobie cenię, i za każdą dziękuję szczerze, bez ściemy) - to na serio w dupie mam biernik w funkcji dopełniacza czy inne deklinacyjne sensacje. Nie planuję kariery w poradni językowej. Wolę za Hemingwayem "w końcu pisać, niż ciągle poprawiać". A skupianie się na ortografii, kiedy przed oczami dobry tekst na blogu (a nie w periodyku naukowym po wielu korektach) uważam za najwyższy komplement, bo najwyraźniej do niczego innego nie można było się przyczepić. Tak piszę i albo to czytacie, albo nie - nikt Was nie zmuszał do zaglądania na mojego bloga, a zaglądacie, widzę po statystykach i oczom nie wierzę, jak one szybują w górę, ile osób tu wchodzi, jak użyteczne (bo często odwiedzane) są moje recenzje gadżetów dziecięcych. Zatem za każdą wizytę serdecznie dziękuję - miód na moją klawiaturę.

Niestety swojej funkcji terapeutycznej blog nie spełnił. Blog ma to do siebie, że jest anonimowy, że w zasadzie to, co na nim wykreuję będzie tylko moje. Nie w tym przypadku. Anonimowość wyparowała przy chyba czwartym poście i od tamtej pory pisałam z ciągłą autocenzurą w głowie. Absolutnie nie wytrzymam tego ani jeden dzień dłużej. 

Co dalej z moim blogiem?

Obawiam się, że nic. Nie dołączę do grona koleżanek na własnych domenach, nie pojawi się u mnie zakładka o współpracy. Ba! Nie pojawi się ani jeden post więcej. Bloggerki, które nie leją w swoich postach hipokryzji mogę na palcach ręki policzyć. Laski cisną ściemy, że blog to ich życie a po kilku miesiącach nie ma u nich na stronach nic więcej, niż tylko produkt za produktem i na siłę pisane posty o domowym kolorycie. Są panie, które na blogach się obłowiły i szczerze im tego gratuluję. Cenię jednak tylko te, które nie czyniły wcześniej fałszywych manifestów, jakie to one są anty-komercyjne, i że wszystko dla samej przyjemności pisania. A potem bam - cennik na blogu i bitwa na lajki na facebookowych fanpage'ach. A u mnie ani zapędu do kariery blogowej nie ma, ani chęci uczestniczenia w bitwie na blogi. Bo tak na dobrą sprawę, po cholerę ten blog? Ani nie dla kasy, ani to mój zawód. Hobby mogłoby być, ale nie jest, bo cenzurowane - to jakie to hobby? Opiniotwórcza matka ze mnie żadna, bo dziecko mam jedno i w gadzetsferze dopiero się odnajduję. Są już świetne blogi recenzyjne, matek wielodzietnych (albo przynajmniej dłużejdzietnych), gdzie wszystko już padło i mogę to teraz tylko powtarzać. Po co? No pytam się po co?

Mój blog jest super

Moim subiektywnym zdaniem. Jedna lasia ostatnio mi zwróciła uwagę, że nie mam za dużo komentarzy pod postami - peszek. Mam te, które są szczere i wypływają z potrzeby skomentowania, od dziewczyn, które znam i lubię. Dla mnie wystarcza. Do tego mój blog jest śliczny - jest absolutnie śliczny. Mam fantastyczne nowe logo, piękne "Polka Dots" w tle - czego chcieć więcej? No więc na tym poprzestanę.

Czy usuwać bloga?

A po co? Skoro już to napisałam, niech się gawiedź Internetowa cieszy i korzysta. Może komuś pomogą recenzje, przeboje brzuszkowe Poli i inne nasze wpisy. Jestem zadowolona z każdej literki, więc zostawiam ku potomności, a szczególnie ku potomności Poli - kiedyś, gdy będzie usypiać swoje maleństwa przeczyta z pewnością chętnie, jak to mama panikowała pierwszego dnia w domu z malutką, pierwszą córeczką. Mam nadzieję, że znajdzie tam wiele otuchy - że nie jest sama ze swoimi emocjami. Mam nadzieję, że nadal będę wtedy, żeby jej pomagać, wspierać i dawać do zrozumienia jaka jest cudowna i silna, że da sobie radę. Ale gdyby nie daj Boże mnie zabrakło - to niech zostanie tych kilka skreślonych słów o naszym pierwszym roku razem. 

Nie będę na koniec pisać wielkich peanów na cześć bloggerek, które cenię i lubię - wiedzą o tym (i wiedzą pewnie, że nie do nich piję, bo jakże to tak). Blogi będę dalej czytać, komentować w miarę możliwości na blogach lub prywatnie. Wolę wybrać się z dziewczynami na spacer niż tracić czas przed monitorem, więc z blogosfery powoli się ulatniam. A jeśli kiedyś jeszcze założę bloga - cóż, zobaczymy, ale będzie wtedy tylko mój. O ile pozwoli mi na to czas - planujemy z mężem drugą dzidzię, od października wracam na studia, zmieniamy miejsce zamieszkania i zaczynamy nowe życie. Ten blog jest ważnym rozdziałem, ale tego poprzedniego, trzeba zamknąć.

Dziękuję wszystkim za super przygodę razem!


niedziela, 25 stycznia 2015

Home sweet home

Lubię urlopy, ale powroty do domu lubię jeszcze bardziej. Pewnie, nie miałabym nic przeciwko kilku miesiącom na Bali czy w innym ustroniu sielskich tropików, z widokiem na morze, z piaskiem pod stopami i Polką śmiejącą się do fal (hm, czyżbym już szukała ofert na wakacje?). Ale tydzień w Alpach - świetny właśnie tydzień. Bo jednak warunki wszędzie dobre, ale w domu najlepsze - mimo sterty prania, rozpakowywania (nie wiem, jak u was, ale u mnie trwa prawie tyle, co urlop), pustej lodówki i ogólnej tendencji do nicnierobienia (a roboty sporo).



Tym domem, w którym właśnie mieszkamy, muszę nacieszyć się tą przestrzenią zanim się wyprowadzimy. Mieszkanie tata dobudował na poddaszu rodzinnego domu jakieś 10 lat temu. Pojechałam nad morze do zatłoczonego kurortu zarobić pracą w kebabie na panele i kilka mebli. Kupiłam dwa regały, szafę, biurko i łóżko. Mieszkałam tam całe studia. Później na krótko wyprowadziłam się do Włoch (oh, la vita e bella), do kawalerki w centrum miasta, do hotelu studenckiego. Wprowadziliśmy się z mężem na nasze już poddasze trzy lata temu. Od tego czasu rozbudowaliśmy bibliotekę, dorobiliśmy się części stołowej z prawdziwego zdarzenia i świetnej kanapy. Za jakiś miesiąc mam zamiar wkroczyć do Pszczyny z całą zamaszystością remontu. Wyniesiemy się z naszego poddasza, a razem z nami meble, i miejsca, w których żyjemy. Na przykład kuchnia, w której właśnie gotuje się obiad, w której przed chwilą parzyłam kawę, w której permanentnie miotam się na 10m2 i ciągle walę głową w uroczy i klimatyczny skos.



Przestrzeń dodatkowo ogranicza mi tam kojec, w którym Pola aż tak dużo nie siedzi. Ciężko tam funkcjonować, bo powierzchni roboczej niewiele. Dlatego tak bardzo mi się pali do nowej kuchni, jasnej, bez skosów, z wieeeeelkim blatem. A na tym blacie z kieliszkiem dobrego wina. Z miejscem na kojec i z dziećmi w tym kojcu spokojnie się bawiącymi.

A tymczasem swoją kuchnię lubię mimo jej mankamentów. Pamiętam, jak mąż własnoręcznie skręcał szafki z Castoramy, jak próbowaliśmy dopasować blat do nierównych skosów, jak ze zdziwieniem odkryliśmy, że kupiona bateria nie pasuje do zlewu. Jak głowiliśmy się, czy dwa palniki nas urządzą, no ale jak zmieścić większą płytę? Jak codziennie kucam przy lodówce, bo pod skosem nie ustoję. W końcu lubię w kuchni naszej gotowanie, które (jak mawia mój mąż, a wiadomo, że mąż najlepszą wyrocznią jest) idzie mi całkiem nieźle. Lubię też leniwe śniadania (zanim jeszcze zaczęliśmy jeść w jadalni).



 





Zdjęcia na ścianie też bardzo lubię, bo sama je robiłam, każe jest z innej naszej podróży: Barcelona, Vall di Fassa, Paryż, Rzym, Florencja, Kotlina Kłodzka, Frankfurt, Jeziora Plitwickie, chorwackie wybrzeże, Gdynia i nasz lokalny Muchowiec. Brać je do Pszczyny czy wieszać tam już nowe (Oxford, Alpy i inne małe podróże z Polą)?




Ciekawe, jakie wspomnienia będę miała z nowej kuchni, takiego tętniącego życiem, kipiącego obiadem, z zapachami poranka - serca domu. Miejsca, w którym co rano kotłujemy się i kłócimy przy śniadaniu, w którym tworzę swoje małe arcydziełka kulinarne, w którym patrzę na bawiącą się Polę, czy Polę pomagającą (jak wczoraj) rozpakować zakupy (dwa nadgryzione pomidory, jedno całkiem sprawnie ugryzione jabłko).




Kuchnia - magiczne miejsce. Niby taki urobek codzienny, kobieta tam zlana potem, przesiąknięta zapachem rosołu, z rękami po łokcie w mące. Z drugiej strony kuchnia to dla mnie miejsce całkowicie moje, codziennych wspólnych chwil, brojącej Poli, męża wracającego z pracy, gotującego się obiadu (bo przepisy 10-cio minutowe opanowałam do perfekcji), z radiem grającym w tle i kawą na blacie. Ważne, żeby była, dobrze, jeśli jest przemyślana (o tym będzie też post przy okazji remontu - planuję taką serię w sukurs PPD - jak zaplanować poszczególne pomieszczenia w domu wg. Instytutu Doświadczeń), ale najważniejsze, że tętni życiem. A czasem spokojem, kawą z wyszczerbionego kubka ze Starbunia (drodzy przyjaciele bliżsi i dalsi - zbliżają się moje urodziny, także ten, no...), najlepiej taka zrobiona przez męża - smakuje rewelacyjnie.


Pozdrawiamy rodzinnie
O & Co.

P.S.

Ekspresowe Instytutowe Ragu (ze zdjęcia powyżej):

Składniki: mięso mielone (wieprzowe lub wieprzowo-wołowe), czosnek (4 ząbki), dwa pomidory, 2 kieliszki Sherry (albo pół butelki czerwonego półwytrawnego wina), sól i pieprz do smaku, dwie łyżki oliwy.

Podgrzewamy oliwę i podsmażamy czosnek. Dodajemy mięso, lekko przyprawione i podsmażamy. Dodajemy pomidory, najlepiej bez skórki, dusimy, aż rozmiękną i puszczą sos. Dolewamy alkoholu i podgrzewamy, aż wyparuje. Jeśli za mało płynne - dolewamy ciut wody. Podajemy z makaronem (zdrowym, pełnoziarnistym, albo mniej zdrowym, klasycznym), posypujemy od góry parmezanem i pietruszką. Voila!

czwartek, 1 stycznia 2015

1 stycznia, czyli tradycyjnie: Happy New Year

Co patrzę na blogi to jakieś podsumowanie roku. A ja tak patrzę na swoje foldery zdjęciowe i myślę sobie, że wszystko już było. Daliśmy kalendarz z "Polką na każdy miesiąc" dziadkom i pradziadkom, to było dla nas, jak podsumowanie roku (zakładając oczywiście, że rok zaczyna się w marcu). Bo chyba w marcu ten nasz rok dopiero się rozpoczął. Wcześniej, w końcówce ciąży, kiedy toczyłam się przez świat niczym wielka orka, niespecjalnie miałam ochotę na przeżywanie: urodzin, rodzinnych spotkań, celebrację początku roku. Wypełniałam papiery dotyczące macierzyńskiego, odwiedziłam ostatnie targi rękodzieła przed porodem i utknęłam na porodówce. To było najdłuższe chyba radosne oczekiwanie w historii CSK w Ligocie. A potem poszło z kopyta i nie chce się zatrzymać. Z miesiąca na miesiąc jestem coraz bardziej zachwycona macierzyństwem. Moja córeczka rozwija się wprost książkowo. Perturbacje z jedzeniem chwilowo zawieszone, więc nie mam specjalnie na co narzekać. Tyle podsumowań.



Nie przepadam za wracaniem do tego co było. Wspomnienia są piękne i magiczne przy trzaskającym w kominku ogniu, kiedy z mężem oglądamy albumy i przypominamy sobie nasze, prywatne pierwsze zachwyty małymi rączkami, uśmiechami, nieporadne zmiany pieluchy, wchodzenie w to rodzicielstwo. To takie nasze chwile. Mimo ich niewątpliwego uroku bardziej cieszy mnie zawsze to, co niewiadome, co dopiero ma nadejść. W związku z czym nowego, 2015-go roku upatruję z niecierpliwością, mimo, że już jest, ciągle czekam, aż się rozhula. Wiele się będzie działo: Pola skończy pierwszy rok życia i planuję w związku z tym pierwszy, absolutnie kolorowy dziecięcy bal! Mnie stuknie kolejny rok, planujemy z mężem kolejne dziecko (czego nieco się obawiam, ale mniej, niż się tym ekscytuję na maksa!). W przyszłą środę mam o 8 rano stawić się w pracy, czego obawiam się najbardziej na świecie. Nie samej roboty, bo praca jak praca i do póki nie jest to inżynieria kwantowa to chyba sobie poradzę. Przeraża mnie zostawienie Poli w domu - z Lady Mamą, teściową, mężem. Wiem, że będzie bezpieczna i szczęśliwa, ale nie będzie miała obok siebie mamy, którą woła ostatnio na potęgę (choć czasem nazywa mnie tatą). Zdecydowanie nie jestem gotowa na taki dystans i powrót do pracy (zwłaszcza, że mój macierzyński kończy się dopiero za 2 miesiące, a praca będzie zupełnie inna, nowa). Ufam jednak, że przy wsparciu rodziny dotrwamy jakoś do czerwca. Potem planuję dłuuuugie, szkolne wakacje tylko z Polą. Może pojedziemy gdzieś z rodziną, może zamelinujemy się w Wiśle na trochę, może odwiedzimy Bachledówkę (w końcu chcieliśmy wybrać się w tatry wiosną, latem)?

Cieszę się na remont Pszczyny i nowe mieszkanie, pierwsze na 100% własne, w którym pomieszkamy dobrych kilka lat, a nie tak jak do tej pory: kątem u rodziców, w akademiku, w kawalerce (za drogiej). Nawet nie chodzi o mieszkanie o nie wiadomo jakim standardzie, designerskie wnętrza i leżenie na szezlongu pod kryształowym żyrandolem. Myśląc o Pszczynie przed oczyma mam wspólne śniadania, swobodę, nieporządek bez oceniających spojrzeń reszty domowników. Leniwe weekendowe poranki, snucie się po domu w szlafroku  (którego jeszcze nie mam, ale mam za to urodziny w lutym, więc mężu drogi...), zbieranie skarpetek, kłótnie o porozrzucane po domu kubki i chusteczki (ja) albo ciuchy, książki i papiery (mąż). Widzę, jak Pola spokojnie śpi w swoim nowym pokoiku a ja sprzątam jej zabawki z podłogi w salonie i zasiadam na kanapie z kieliszkiem dobrego wina albo herbatką na zgagę (jak już uda się ta ciąża). Widzę jak przygotowujemy się na nowe maleństwo, skręcamy kołyskę, jak przynoszę do domu nowe ubranka w rozmiarze 56 (i kilka nowych dla Poli w rozmiarze 86+). Na to wszystko cieszę się jak dziecko.

Na nowy 2015-ty rok planuję ponadto: wyprzedaże!! Wymianę wiosennej garderoby mojej córki (kolekcja H&M na wiosnę podoba mi się chyba w całości!). Fajnie byłoby też skończyć ten cały doktorat, bo temat powoli robi się Niekończącą się opowieścią i niechciałabym, żeby jedynym nawiązaniem stało się W poszukiwaniu straconego czasu (swoją drogą czytałam ostatnio, że we francuskim stylu jest mówienie tylko W poszukiwaniu, jakbym z Proustem znała się od podstawówki). Moja paryska obsesja nadal trwa i zanosi się na nową lekturę przewodnią na nowy rok. Rezygnuję z dziecięcych poradników na rzecz tych dla dorosłych i zamawiam już teraz Bądź Paryżanką gdziekolwiek jesteś czyli książkę o wdzięcznym podtytule Miłość, szyk i złe nawyki. Taki planuję mieć 2015-ty rok.

Źródło: Empik.pl


A wszystkim moim czytelnikom (którym dziękuję za każde z ponad 50 tys. wyświetleń!) życzę równie inspirujących, a przy tym lekkich i możliwych do realizacji postanowień noworocznych. Życzę Wam (a pośrednio i sobie), żeby ten blog był też dla Was miejscem relaksu i dobrej zabawy. No i przede wszystkim życzę Wam wszystkim nowych, doświadczeń ;)

A Pola (jak zrozumiałam z jej lakonicznej wypowiedzi) wszystkim życzy wymiennie kota bądź konia. Czasem też mamy i taty.


sobota, 20 grudnia 2014

ZOL dla dzieci

No i skończył się mój raczkujący projekt pt. Zimowy Ogród Literacki zwany w skrócie ZOL. Event przedni w idei, początkujący w organizacji. Mimo dużego wysiłku (głównie mojego) było kilka niedociągnięć (najchętniej napisałabym, że nie moich, no ale...). Na fanpag'u festiwalu dziękowałam już współorganizatorom, bo co charyzma profesorska zarekomenduje to gawiedź idzie oglądać i swój wkład kadra uniwersytecka w wydarzenie miała ogromny, ale coś mi się wydaje, że największe podziękowania należą się mojemu mężowi.

Gdyby nie siedział w formie wahadła w domu i rotacyjnie nie zajmował się Polką (wspólnie z moją teściową i Lady Mamą, którym podziękowania też się należą, a jak!) festiwal odbyłby się, ale tylko w mojej głowie. Wiadomo, że z dziewięciomiesięcznym niemowlęciem ciężko o aktywne działania w branży kulturalno-eventowej. Gdyby nie wsparcie rodziny nie miałabym jak realizować swoich pomysłów. Siedziałabym w domu w wyciągniętym swetrze i z obłędem w oczach piastowałabym niemowlę patrząc desperacko na zegarek.

Festiwalu opisywać nie będę, wszystkie informacje są na profilu facebookowym wydarzenia, niedługo na zol.us.edu.pl pojawi się tekstowa relacja z wszystkich spotkań. Tu kilka słów poświęcę jedynie wydarzeniom około-dziecięcym. Wszystkie odbyły się w cudownej przestrzeni Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej, gdzie dzielna ekipa od lat urządza już cykle warsztatów, spotkań i zajęć dla dzieci. Warto trochę lepiej poznać to miejsce, bo imperatywy mają zacne. W wielkim, modernistycznym molochu, na pierwszym piętrze, w nieco post-peerelowskiej stylistyce przestrzeni wciśnięto nagle jasną, ciepłą czytelnię pełną nie tylko rewelacyjnych książek (a już książek dla dzieci w szczególności). Dom Oświatowy Biblioteki ma za zadanie nie tyle ładnie układać książeczki na półkach i ganić za brak zwrotów w terminie, ile działać i aktywizować społeczność w każdym chyba wieku pod kątem literatury, sztuki, muzyki, czyli ogólnie pojętej kultury.



W czytelni, która w zasadzie jest Czytelnią Sztuk, można znaleźć albumy, reprodukcje, słowem wszystko, co oferuje zaplecze artystyczne Katowic i Śląska (a także innych, znanych wydawnictw). W sektorze dziecięcym znajduje się szeroki zasób książek dla maluchów, w szczególności tych pięknie ilustrowanych, stanowiący jakby galerię grafiki dziecięcej. Tuż obok znajduje się Galeria Intymna, która stała się przestrzenią stricte muzealną, konferencyjną, estradową. Rewelacyjne miejsce. Właśnie tam zorganizowaliśmy trzy wydarzenia dla dzieci, żeby literatura w Katowicach nie stała się tylko domeną dorosłych, rozprawiających z powagą o krytyce literackiej czy fantastyce.

Dla dzieciaków wystąpił Teatr Kamishibai. To taka forma obcowania z literaturą oparta na ilustracji (świetnej) i narracji opowiadającego, połączona z interaktywnym przeżywaniem fabuły. W prostych słowach pisząc - gdy pojawia się ilustracja dzieci wspólnie z panią Zosią (w tym przypadku była to pani Zosia, choć może równie dobrze robić za figurę narratora dla idei Kamishibai) opowiadają, co dzieje się na obrazku. Robią to nie tylko werbalnie,  ale też poprzez ruch. Piękne wydarzenie, zdecydowanie.





Drugim pomysłem była akacja Blogosfera czyta dzieciom. Miałyśmy być tam we trzy: ja, Zuza (z Millyme2014) i Ruby Soho (lifestajlababy). Ostatecznie byłyśmy tam tylko z Zuzką, ale i tak czytanie bajek dla dzieci zajęło nam blisko godzinę. Ja porwałam się na XVI-to wieczną klechdę domową o piernikach toruńskich, Zuzia czytała dzieciom o zającu grajku. Niesamowite, jak różnie dzieci reagowały na te dwa typy bajek. Moja, klasyczna, napisana trudnym językiem, wymagała od maluchów (6-7 lat) skupienia i uwagi. Dlatego później dużo czasu poświęciliśmy na odtworzenie fabuły i zrozumienie treści bajki. Zadawałam im pytania a one (dzieci) słodko odpowiadały. Zupełnie inne dzieciaki zaktywizowała natomiast bajka o zającu, rymowana, bardziej melodyjna. Też technika opowiadania była inna, bo Zuzia jakby włączyła dzieci we wspólne czytanie pozwalając im dopowiadać co bardziej oczywiste rymy, przerywając lekturę na pytania o to, co będzie dalej. Wyobraźnia szalała (dzieciaki też, więc obie oficjalnie drżymy przed dorośnięciem Mill i Poli do tego wieku).

Fot. Biblioteka Śląska
Fot. Biblioteka Śląska
Ostatniego dnia festiwalu zrobiłam dla maluchów (4-5) warsztaty z bajką o choince Chip'a i Dale'a. Dzieci zapewniły mi doświadczenia dydaktyczne, których tabuny nawet najlepszych studentów nigdy nie dadzą. Po wszystkim stanęły przede mną i powiedziały zgodnym chórem: JESZCZE. Kiedy zaczęła czytać im bajkę siedziały naokoło. Po chwili poczułam, jak jedna mała główka opada na moje ramię, inna pupa gramoli się na moje kolana. Jeszcze jakaś rączka przewracała strony. Przedszkolne czułości roztopiły mnie jak masło na patelni. I trwały przez całe warsztaty, a ja miałam ochotę ryczeć z miłości, kiedy niepewnym głosikiem chłopiec powiedział, że on nie potrafi narysować Mikołaja, a tak by chciał. Co ja robię w przestrzeni akademickiej, skoro takie akumulatory na podorędziu, w każdym chyba przedszkolu są?

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska
No, ale skończyło się. Festiwal dobiegł końca i nareszcie mogę cieszyć się własnym dzieckiem i tym, jak przez ten tydzień wyrosła, a wyrosła, że hej! Już sama stoi! Nie trzyma się niczego, w związku z czym po kilku sekundach spektakularnie upada, ale nie zrażona ćwiczy dalej. Włosy jej tak mocno spadają już na oczy, że chyba jeszcze przed świętami wybierzemy się do dziecięcego fryzjera. Albo do mojego i Polkę obetniemy przy okazji, bo niby byłam na dniach, ale coś mi się nie układa, poprawiałabym. A jest okazja, bo 10zł muszę im donieść. Poza tym Polka nauczyła się robić... hm, jak to opisać? Wykonuje takie śmieszne blablabla językiem, jak dorośli, kiedy chcą zabawić malucha. Komiczna jest i rozczula mnie tym na maksa! A poza tym jest moja i w końcu już się mogę jej naprzytulać za cały tydzień.

środa, 26 listopada 2014

Konkurs - wyniki

No i przyszły zdjęcia na konkurs! Tak się martwiłam, wszystkie na ostatnią chwilę były (no dobra, dwa były wcześniej). Niniejszym publikuję listę zwycięzców. Proszę o przesłanie na instytutdoswiadczen@gmail.com adresów do wysyłki. Wesołych Mikołajek niniejszym życzę:

Kocyk i poduszkę ode mnie, czyli z Instytutu Doświadczeń otrzyma bohaterka powyższego zdjęcia: Matylda 
Tymek dostanie śliczne paputki, skórzane od MamaZen.pl Wszystkie wzory i kolory dostępne tu.

Apaszka od Lela Blanc powędruje do takiego urwisa!

A rabacik -15% na zakupy u Titot.pl otrzymuje mały Antoś.

To jednak nie koniec niespodzianek. Mamy jeszcze kilkoro wyróżnionych. Mamy też proszę o dane adresowe, będą upominki świąteczne dla:

Surfującej Elizki

Zawadiackiego Ignasia
 I bliźniąt Pani Iwony - Laury i Mateusza. Zdominowali naszą galerię, nie ma co!




Wszystkim zwycięzcom gratulujemy razem z Polką!



wtorek, 25 listopada 2014

#love

Cały, boży dzień w Katowicach. Dzielnie pracowałam (swoją drogą, znalezienie miejsca z wi-fi i dobrym żarciem graniczy z cudem!). Latałam gdzie popadnie, bez szalika, czapki i rękawiczek. Z miejsca na miejsce: tu zajęcia, tam pismo, tu rozmowa, znów pismo, telefon za telefonem.

W końcu wróciłam do domu. Spojrzałam na moją "rozgadaną" córeczkę, która przyraczkowała do mnie z prędkością światła, swoim dziecięcym głosikiem powiedziała "mama" i wdrapała się na moją nogę. Dopiero wtedy poczułam, jak okropnie było mi zimno przez cały dzień.

niedziela, 23 listopada 2014

List do św. Mikołaja

Pola była bardzo grzeczna w tym roku, święty Mikołaju. W zasadzie mam wrażenie, że ma to wpisane w geny - taką jakąś szlacheckość zachowania, arystokratyczny cug do dystyngowanej postawy i powściągliwości w emocjach. Słowem - jest spokojna. Nie płacze, nie awanturuje się. Dopiero wchodzimy w etap nieodkładalności i permanentnego mamowania, więc jak na razie nie ma się na co poskarżyć. Wręcz przeciwnie, Polki się nachwalić nie mogę - rozwija się świetnie, chętna do nauki i zdobywania nowych sprawności. Cudowne uśmiechy (jak co wieczór całuję ją w stopy przed kąpielą), cudowne chichranie się z mamą przed pójściem spać (takie na pełen głos), absolutnie rozbrajające dzięki, odgłosy, preludia mówienia. Jej charakterek, wyjątkowy i jedyny - taka niby spokojna i delikatna, a widać psotnika w oczach, oj widać. Szelmowskie miny śle jak tylko uda jej się dostać tam, gdzie nie powinna. No, jak tu nie kochać? Worem prezentów trzeba obdarować. Mamy w tej kwestii kilka sugestii.

1. Wózek/pchacz rodem z Ikei

Pchaczy wszędzie pełno i gdyby nie moja patowa ostatnio sytuacja finansowa (życie, koniec stypendium ma swoje konsekwencje, trudno) szarpnęłabym się na coś turbo ekskluzywnego (albo przynajmniej z innej półki cenowej). Chciałam najpierw kupić jakiś używany, na Olx albo Allegro. Chciałam drewniany i to cały, bo piękne są, ale zmieniłam zdanie. Polka wszystko gryzie i gryzłaby pewnie też wózek. I inne dzieciaki też. A drewna nie domyjesz, więc najbardziej higieniczna zabawka świata to nie jest i używanej nie polecam. Ikea zachęca, choćby dlatego, że rączka jest właśnie metalowa - łatwa do wyczyszczenia, później - łatwiejsze do odsprzedania.




Dwa sposoby montażu uchwytu, dwie prędkości kręcenia się kółek, wszystko regulowane, ładny, prosty design. Nie ma klocków (co uważam za zaletę, bo mamy już swoje, i dodatkowe klocki byłyby mi nie na rękę). Posłuży także jako miejsce do przechowywania zabawek. Jestem na tak.

2. Księga dźwięków - do obejrzenia tu (znaczy się stąd zdjęcia); a do kupienia np. tu. Cena to 30-35zł.


Książeczka zawiera obrazki zwierząt i rzeczy oraz nazwy onomatopeiczne ich czynności, jak widać na załączonym obrazku. Ułatwienie dla rodzica/opiekuna, frajda dla dziecka. Chcemy od dawna, a jakoś się nie składało wcześniej.

3. Książeczki i jeszcze więcej książeczek! Co tu będę się rozpisywać, po prostu wypisuję i linkuję:

Wesołe rodzinki. Nasze zwierzaki (stąd)
Wesołe rodzinki. Zwierzęta na wsi (stąd)

Wesołe Rodzinki to seria książeczek dwuczęściowych. Takie dwa w jednym: mała książeczka w dużej. Mała jest o szczeniaczkach i kociaczkach, duża o psach i kotach. Książki uczą nie tylko zależności mama-dziecko, ale przy okazji gatunków zwierząt no i samodzielnego przeglądania stron - bo małe paluszki idealnie pasują do małych kart. Mamy z tej serii sprezentowane nam niedawno Zwierzęta świata i dobrze się przyjęły.

Encyklopedia dla malucha. Pory roku (stąd)

Pisałam o niej w poprzednim poście - piękna jest (a niepozorna).

Chcemy kultową już Biedronkę (stąd) i podpatrzoną ostatnio Bardzo głodną gąsienicę (stąd). Przydadzą się też Jazzowanki (takie) i na chwilę obecną to tyle. Ale lista się rozrasta z dnia na dzień.



4. Zabawki do kąpieli, na przykład takie, albo pełną gębą - takie



5. Pościel

Choć podobają mi się szalenie komplety rękodzielniczej pościeli z daWandy czy my baze (i innych) to jednak rozsądnie chciałabym dla Poli pościel z Allegro za 26,50zł/komplet (stąd). Wzory są bardzo ładne, dziecięce, ale nie turbo infantylne. Podobają mi się.



6. Puzzle drewniane z uchwytami (Lidl)

Wiem, że już tam na Polę czekają. A do tego piękne ciuszki, więc rozpisywać się nie będę. Szał klockowy rozumiem, bo to genialne wprost prezenta na święta.

7. Ciuszki

No, wiadomo, że ciuszki! Nie wiem tylko jakie... to znaczy wiem, i mam całą masę pomysłów, tylko, czy za miesiąc nie lepiej już kompletować coś na lato? A na lato to trzeba spokojnie siąść i przemyśleć, więc nie wiem, doprawdy, nie wiem.

Takie mam pomysły dla Polki:

Koszulka, Next, 40zł (dużo!), dla nas rozm. 80/86 (tu)

Tu został tylko nasz rozmiar, Next - 68zł (tu)

Mothercare, ok120zł

Lindex 59,90zł (tu)

Next (nasz rozmiar już wyprzedany, ale gdyby był dałabym za to 102zł) - tu

Rozm 80-86 (12-18 m-cy) za 68zł (tu)

Komplet ze Smyka (29,99zł) - tu - coś mi mówi (np. pudło w salonie), że ten akurat do nas trafi ;)

Lindex, kombinezon 69,90zł (tu)

Sukienka absolutne, Next-owe cudo. Znów nasz rozmiar wykupione, ale może innym się przyda, do kupienia za 114zł w kompelecie z rajtuzkami (tu)


Mama też była w tym roku bardzo grzeczna! Napracowała się (ach ten poród, trudy macierzyńskiego, festiwal literacki - in progress, doktorat się pisze). Co tu będę wyliczać sobie zasługi, wiadomo wszem i wobec, żem obrotna i robotna, niech już sobie Mikołaj i Gwiazdka wespół debatują, czy zasłużyłam na świąteczne prezenty, czy rózgę (bo swoje za uszami też mam, wiadomo). Niemniej jednak oceniam się na 2 przynajmniej dary. Ja, jak ja, ale każda mama powinna zrobić sobie taką listę życzeń na Święta. Nie wyobrażam sobie nic gorszego, niż po całym roku opieki nad niemowlęciem, trudnej bądź co bądź opieki, po moich nieudanych urodzinach (ciąża, końcówka - wiadomo), po tych wszystkich prezentach dla Poli, po takim wpisanym jakby w umowę pominięciu mamy w całym tym wczesnym macierzyństwie - i co, dostać po tym wszystkim kolejny szalik czy inny must have świątecznej cioci? No nie. Lepiej dostać coś małego  nawet, albo dużego (obojętne), ale coś, czego chcemy i o czym marzymy. Bo przeglądając cuda dla niemowląt wpadamy co chwila na własne zachciewajki: 

O tak, mufka dla mnie to niezbędnik. Jaka? Ach, no, Lela Blanc i ich magnolia (ofkors) - nie ma zdjęć na stronie, peszek! A jeśli się uda, i Mikołaj uzna, że mi się należy, to może rękawice do wózka typu rogi (Quinny) w muffiny z białym polarem (ach, marzę...)

Szalona cena: ok 100zł. Do kupienia (to znaczy byłyby do kupienia, gdyby były na stanie) tu 


Ta jest wskazana ze względu na analogiczny w barwie ochraniacz na pałąk. Chcę! 89zł (tu)
(Oh wait, czy ja chcę obie?! No tak, mam przecież dwa wózki. W razie, gdyby się jednak miało nie udać obrobić tym Mikołajek i Gwiazdki, to lepiej tą kolorową chyba... eh, sama nie wiem... TAK, KOLOROWĄ POPROSZĘ)

2. Mela Koteluk Migracje


Do kupienia w mekce świątecznych zakupów: Empiku (tu). Polska płyta na święta? That't a first. Ale dobrze świadczy o naszej scenie muzycznej.


3. Czas na czytanie (no dobra, na trzy prezenty się oceniam ;)

Jest jeszcze sporo, oj dużo w zasadzie, rzeczy, które ostatnio polubiłam:
- obrus świąteczny w ciasteczka z Home&You
- zestaw filiżanek do herbaty, świąteczny (a jakże) z DUKA
- serwetki ecru, bawełniane, proste z Home&You (sztuk 6-12)
- książki (jak zawsze książki, wiadomo): Szczepan Twardoch Drach, Philip Roth Kompleks Portnoya, Patric Modiano Perełka, więcej Adriana Mole!!!
Ale... bez szaleństwa, no bez proszę :)

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą jak jest:


Więc chyba nie muszę nic więcej sugerować?

Christmas Love!
O.