Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Owieczka? A może gąsienica?

Dużo w blogosferze ostatnio wpisów o zajęciach dla dzieci, o tym co robić z nimi (dziećmi) w domu, co poza nim, jakie zabawki i tak dalej. A wszystko to dlatego, że dzieciaki dorastają i z niemowlęcych zabawek wchodzą w te bardziej interaktywne. Kiedyś, nietrafiona grzechotka po prostu wydawała słaby dźwięk. Przy niespełna rocznym dziecku i zabawkach mu dedykowanych nie ma już szansy na taką pobłażliwość bo kwestie edukacyjne mają być pierwszorzędne, a estetyczne dostawać Oscary za role drugoplanowe. Nie oznacza to oczywiście, że już trenuję Polkę do MENSY. Nie oznacza to również, że nie wpuszczam do domu wszechobecnego w sklepach plastiku (który obowiązkowo gra i świeci - wiadomo). Wpuszczam!

Pierwsze, świadome pojmowanie świata, responsywność, aktywność inna niż skupiona na własnej motoryce - wszystko to pozwala nie tylko na nowe, edukacyjne zabawki, ale też na nowe książeczki. Te, którymi teraz się bawimy są większe, cięższe, mają edytorskie bajery w postaci otwieranych okienek albo jakichś fazowych diwajsów. Pisałam ostatnio o serii Wesołe Rodzinki, która właśnie taka jest, a ostatnio hitem jest u nas książka Gdzie jest owieczka - wydawnictwo Wilga, seria Pokaż paluszkiem. Tak jak przy udziale mojego telefonu Pola opanowała pokazywanie paluszkiem do perfekcji, tak tu jakoś pomija najbardziej nominalny aspekt książeczki. Czemu wiec ją lubi?




Bo w książeczce bardzo dużo się dzieje. Grafika nie należy do moich ulubionych, ale skoro Polce się podoba to najważniejsze. Wbrew pozorom (tytuł), głównym bohaterem książeczki jest piesek, nie zaś owca. Pies sam w sobie też jest mylący, bo biały w czarne łaty, na pierwszej stronie występuje w towarzystwie krowy, no i impas, Pola pieska nie jest w stanie znaleźć i patrzy na mnie pytającym wzrokiem "O co chodzi?". Zadaniem dziecka jest tu pójście od pieska (paluszkiem) do aktywnego elementu, odkrycie go (krzaczek, zagroda) i z radością odnalezienie zwierzątka schowanego za kartonikiem. To Polunia uwielbia.



Ukryty jest byczek (Muuuu), kaczuszka, konik (przy okazji dodam, że Pola nauczyła się wydawać onomatopeiczny dźwięk kląskania!), króliczki i w końcu owieczka! Poza tą ostatnią stroną owca występuje już na pierwszej, więc tytułowe pytanie "Gdzie jest owieczka" oficjalnie uważam za idiotyczne w tym kontekście. Niemniej jednak książeczkę polecam, bo dziecku daje bardzo dużo radości.






Moja córeczka nadal pomija fabułę i skupia się tylko na plastyczno-technicznych aspektach książki, ale trudno. Jak zrobi karierę w edytorstwie i tak będę z niej dumna.

Cieszy mnie bardzo ten zwrot literacki - ciągle jeszcze nie bawi jej sam akt czytania (chyba, że byłby w ruchu), ale już w widzi w książeczkach ciekawy obiekt do zabawy. Jej przyjemność obcowania z lekturą jest zatem bardzo fizyczna, a przez to chyba najpiękniejsza. Zanim wejdzie w sferę językowej wyobraźni i zawsze już będzie widziała swoje własne reprezentacje poszczególnych znaczeń, zanim zacznie myśleć kalkami fabularnymi czy śledzić rytmy w rymowankach - teraz namacalnie dotyka literatury (która na szczęście tak jest skonstruowana) i chłonie ją całą sobą (podniebieniem, rączkami, nóżkami też ostatnio).

Chyba najwięcej przyjemności sprawia Poli Bardzo Głodna Gąsienica - hit blogowy i księgarniany ostatniego roku - wszyscy mają (więc niczym Mambę, ma i Polka). Dostała na Gwiazdkę i bardzo sobie chwali - nie całą jednak. Zaczyna przygodę z gąsienicą od strony z jedzeniem. Nie skupia się na poznawaniu ilości, rozpoznawaniu owoców, kolorach czy nawet na tytułowej gąsienicy. Nie widzi w tym nic interesującego, nawet opozycja duża-mała (jakże jej bliska) nie robi na Poli wrażenia. Ale dziurki! O tak, dziurki to coś, czym zajmuje się z pełną, dziecięcą radością. Ja podkładam palec od spodu a ona ten mój palec goni. Piszczy, kiedy chwytam jej malutką opuszkę palca wskazującego, kiedy próbuje przecisnąć go przez "Dwie gruszki". I bez ten dodatkowej animacji Gąsienicy nie chce nawet oglądać.





A przecież książeczka przednia, grafika cudna (matkę obezwładnia), ojca cieszy szczególnie spożywczy aspekt całości. Oboje lubimy i cieszy nas, że Pola również, choć ja osobiście wolałabym, żeby doceniła feerię barw, piękną kreskę, oryginalny skandynawski koloryt, minimalistyczną estetykę.




Przy całym moim uwielbieniu nie uważam, żeby Bardzo Głodna Gąsienica była jakoś wybitnie genialną pozycją literacką. Z fabularnego punktu widzenia jest nawet uboga! Bo co tam się dzieje? Przeżywamy w pięknym anturażu proces rozwojowy gąsienicy, obserwujemy jej przemianę w pięknego motyla, a przy tym dostajemy lekcję dietetyki (po obżarstwie dzień postu i wyjdzie na zero). To także egzemplifikacja słynnego porzekadła, że "apetyt rośnie w miarę jedzenia", ale w zasadzie... książka o tym nie mówi. Tylko pięknych ilustracji nie zaśmieca tekstem, co przekłada się na a) dowolność interpretacyjną, b) krótki cykl wzrostu gąsienicy.

Ostatecznie lubi chyba te książeczki, bo przecież co chwila się o nie potykam. Żałuję, że nie są tak dobrze przemyślane, jak książki dla starszaków (i mówię tu o klasycznych baśniach), bardzo mnie drażnią mankamenty edytorskie (bo jak już coś robić to porządnie, nie ważne, że dla kilkumiesięcznego bąbla). Wkurza mnie, że są zwyczajnie trudne - obrazki często zaśmiecone tekstem, brak wyraźnych linii, grafika nie jest przyswajalna. Ale co zrobić, dziecko się cieszy, kiedy oglądamy w kąpieli książeczkę o krówce i razem z główną bohaterką radośnie ryczy. Dobrze, że te dwie dziś wspomniane pozycje wydawnicze znacząco odbiegają od ogólnodostępnej tandetki literackiej. Bo moim skromnym, acz fachowym zdaniem, w dziale z literaturą dziecięcą też jest sporo "grającego, plastikowego badziewia" - książek, które niczego nie uczą, są zwyczajnie durne i brzydkie. Ale takie też mamy, bo nie zawsze trzeba wszystko mieć/robić na 100% i tak, jak ja zmęczona po pracy zasiadam przed serialem, tak i Pola może z powodzeniem przeglądać sobie pstrokaciznę bez przesłania.

A Wy? Jakie macie swoje, dorosłe przemyślenia na temat książeczek dziecięcych? Zło konieczne, cudeńka edukacyjne, piękne arcydziełka?

sobota, 31 stycznia 2015

Wesołe rodzinki

Dziś trochę o literaturze. Bo skoro matka powoli wycofuje się z obiegu zawodowego (na korzyść regularnego prania i profesjonalnego mopowania podłogi), to braki w fachowej lekturze nadrabiam nad książeczkami dziecięcymi.

Nasza córka niespecjalnie lubi czytać. Poogląda, a i owszem, ale fabuła jej nie interesuje, rymowanek nie znosi. Moje czytanie na głos uważa za przeszkadzanie w zabawie. Wyrywa książeczki, odwraca się tyłem, w ekspresowym tempie je przegląda i biegnie dalej zajmować się krzesłem, próbami chodzenia, wspinaczką na suszarkę - słowem widzę dla niej miejsce na AWF a nie na Uniwersytecie.



Niemniej jednak chciałam Wam pokazać dwie książeczki z serii Wesołe rodzinki. Jedna to Zwierzęta w ZOO i Zwierzęta Świata. W zasadzie tematyka bardzo się pokrywa, bo te z ZOO z powodzeniem wystąpią jako reprezentanci światowych sław (i odwrotnie). Pierwszą książeczkę Pola dostała w prezencie od Ruby Soho, drugą kupiła Poli chrzestna, a moja siostra, w gwiazdkowej paczce znalazłyśmy. Obie książeczki Pola bardzo polubiła bo są dla niej wystarczająco dynamiczne. Kartonowe wydawnictwa, które może i mają wysublimowaną artystycznie szatę graficzną po prostu nudzą moją małą torpedę. Ta książeczka różni się od pozostałych dwoma połączonymi formatami. Ja przerzucam Poli duże strony, Polka sobie gmera w małym wariancie i przewraca je swoimi małymi paluszkami.


Ida książeczki jest taka: zaprezentować cechy charakterystyczne poszczególnych gatunków na przykładzie relacji rodzinnych. Dorosły zwierzak dokonuje autoprezentacji, jak tygrys na powyższym obrazku: "Mam ostre pazury i długi ogon. Jestem cały w paski. Lubię przechadzać się w wysokiej trawie. Trudno mnie wtedy zauważyć" i oznajmia triumfalnie na koniec: "Jestem tygrysem". Dziecko natomiast podkreśla te cechy, które młodzież popularnie uznaje za cool i prosi "Nauczysz mnie groźnie ryczeć, tato tygrysie?". Wiemy więc jak wygląda tygrys, jak się nazywa i jak dźwięczy.


Podobają mi się ogólne idee przesyłane przez tą lekturę: dzieci chcą uczyć się od swoich rodziców, zarówno od taty, jak i od mamy.



Generalnie co tu dużo pisać: przyzwoite książeczki, budzą zainteresowanie mojej córeczki. Moje zainteresowanie też wzbudzają - są śliczne, grafika całkiem niezła, pomysł ciekawy. Są bardzo solidne. Pola brudzi je non stop, a ja przecieram je na mokro i nadal są w bardzo dobrej formie. Wyraźne kolory pozwalają dziecku skupić się na konkretnych elementach. Zwierzątka mają przyjazne pyszczki i gdyby to był fejs Pola kliknęłaby "lubię to" :).

Pozdrawiamy,
O&P

czwartek, 15 stycznia 2015

Jedziemy na ferie!

Jedziemy na ferie. A dokładniej pakujemy się na ferie. Oczywiście w myśl mojej nowej lektury postanowiłam zrobić to z Małgosią Rozenek i jej rozdziałem o tożsamym z moim tytule Jedziemy na ferie.



Propozycja PPD odnośnie spakowania walizki jest rewelacyjna i zapewne niejednemu wczasowiczowi sporo ułatwi. Moje zamiłowanie do tworzenia list i wieloletnia w tym zakresie praktyka świadczą, że znam się na temacie i potwierdzam – da się na tym zestawie przetrwać podczas wyjazdu na narty:

· kurta puchowa i sportowa
· ciepłe spodnie narciarskie
· 2 swetry
· 4 koszulki pod sweter
· 1 bluza z polaru
· Czapka
· Szalik
· Rękawiczki
· Śniegowce
· zestaw bielizny (w tym sportowej)
· skarpety (jak są to narciarskie)
· kask
· gogle

Za przydatny uważam również fragment o tym, jak dbać o narty, sanki i łyżwy, bo zazwyczaj się o tym zapomina. Zamiast jednak bawić się w ostrzenie i smarowanie osobiście uważam, że lepiej oddać narty do serwisu, a jeszcze lepiej (co uczynię) wypożyczyć na miejscu. Specyfika sprzętu zmienia się z roku na rok, wypożyczenie nie jest już aż tak kosztowne jak kiedyś. Swoje warto mieć tylko buty i kask, bo wiadomo, że pożyczanie tychże nie bywa aż tak bezpieczne (z dermatologicznych względów).

Brakuje mi jednak u Rozenek stosownej porady na temat wyboru sanek, bo żeby je zakonserwować, warto je najpierw kupić, a sanek na rynku polskim (i zagranicznym) dostatek.

Jakie sanki wybrać?
Sanki – prosta sprawa – wydawałoby się. Nic bardziej mylnego. Mogą być drewniane, metalowe, z pianką, ze śpiworem, z oparciem, bez, plastikowe, z pchaczem, dwuosobowe, ze zdejmowanym oparciem – cała masa. Widziałam np. w Dechatlonie standardowe, drewniane saneczki za kosmiczną cenę ok 150zł. Jest też oczywiście wersja droższa, za 199zł. Nie zgłębiałam różnic, bo na pierwszy rzut oka różnią się nazwą. Do kompletu można jeszcze dokupić oparcie do sanek przykręcane (niepraktyczne rozwiązanie), odkręcane (ok 50zł). Jak na mój gust - za drogo. Okazuje się jednak, że rynek ma na ten temat inne zdanie, bo np ten sklep oferuje różne sanki w zbliżonych i wyższych cenach. Atrakcyjnie brzmiące drewniane sanki składane i cena 200-300zł może mylnie sugerować kupującemu, że dostanie kompaktowy produkt, który złoży się na płasko i zmieści w każdym aucie. Tymczasem za tą zawrotną cenę dostaniemy nic więcej, jak tylko zwykłe drewniane saneczki i oparcie, które od biedy będzie można położyć obok. Ciągle są to zwykłe drewniane sanki i ciągle zajmują pół auta. 

Identyczne sanki można kupić np. w Praktikerze za cenę ok 80zł (zdecydowanie lepsza opcja!). Natomiast zwykłe drewniane saneczki, jak te od Dzieci z Bullerbyn można dostać w sieci (Allegro) już za rozsądne 50zł. 

Sanki drewniane są śliczne, ale czy na pewno są praktyczne? 

Są dość bezpieczne, bo nie mają żadnych ostrych krawędzi. Oparcie zapewnia stabilizację dziecku (i moim zdaniem powinno być używane przynajmniej do wieku przedszkolnego, sanki bez oparcia zostawmy łobuzom z podstawówki) i spokój rodzicom. Sanki są lekkie a dziecko może też samo je pchać świetnie się bawiąc. Niestety nie jest to zakup na lata, bo bez konserwacji lakier może zacząć odpryskiwać, mogą łatwiej nasiąkać wodą. Mogą też łatwiej pęknąć podczas zderzenia, np. z innymi sankami, skoku na zaspie czy innych szaleństw, kiedy zostawi się dziecko samo z ojcem - wiadomo.

Można zawsze kupić sanki metalowe. Obawę o "przytulność" i wygodne siedzisko niweluje wszechobecna gąbka, która zapewnia miękki podpupnik każdemu maluchowi. Ceny metalowych sanek są o dziwo ciut niższe niż tych drewnianych (w Praktikerze 10zł mniej, w Smyku ok 100zł).Tu z kolei trzeba dbać o ostrość płóz i pilnować, żeby nigdzie nie wdała się korozja.



Są jeszcze sanki plastikowe, które ze wszystkich uważam za najmniej bezpieczne i najmniej wygodne dla takiego małego dziecka, jak np. Pola, ale za to świetnie zmieszczą się w bagażniku i kupimy je już za 30zł. W razie niskiego budżetu można takie kupić, ale należy pamiętać, żeby zapewnić maluchowi dodatkowe podparcie, nie jechać za szybko, a szaleństwa sankowe odłożyć, aż dzidziuś podrośnie. 

Wybierając sanki pamiętajmy też o własnym komforcie: czy chcemy je ciągnąć czy pchać? Jeśli mamy psa, który lubi ciągnąć taki sprzęt warto pomyśleć o sportowych sankach do psiego zaprzęgu, ale to koszt ok 2-3 tys. zł! Ale w sumie nie widzę przeszkód, żeby nasz Atosek pociągnął takie zwykłe (pod warunkiem, że nauczy się perfekcyjnie komendy STÓJ!). 

Zwykłe sanki z pchaczem, mimo, że wyglądają okazale, nie zajmują aż tyle miejsca w samochodzie, bo pchacz się odpina, podobnie oparcie. Sanki ze sznurkiem czy z pchaczem - różnica logistyczna niewielka. Za to duża, jeśli idzie o rozmiar i śpiwór. Jeśli chcemy wydać trochę więcej można kupić ze śpiworem, który zawsze później można przełożyć do wózka. Jeśli natomiast myślimy perspektywicznie - warto kupić sanki dwuosobowe. Nie zawsze trzeba ich używać w taki sposób - oparcia są odpinane. To koszt ok 170-200zł (np. takie), ale za to bez kłótni pojedziecie całą rodziną na niedzielny, zimowy spacer. Poza tym taki koszt rozłożony na dwójkę dzieci nie jest aż tak duży. To też świetny pomysł na prezent świąteczny, urodzinowy czy inny dowolny. 

My połączymy wiele z powyższych opcji i pożyczymy (najbardziej ekonomiczna wersja) sanki metalowo-drewniane z pchaczem od mojej siostry, a na kolejne święta kupujemy podwójne!

Wracając jednak do PPD: Małgosia pisze o konieczności przeglądu samochodu przed wyjazdem. Zgadzam się, bo hamulce zimą mają działać, jak żyleta, nie można utknąć nigdzie z niemowlęciem na pokładzie. Przegląd jest równie ważny, co odpowiednie zapakowanie samochodu. Bezpieczeństwo nie kończy się na wymianie płynów w aucie i zimowym spryskiwaczu. 

Jak przygotować auto do podróży?
Wiadomo - standardzik: zimowe opony (przypominam - wymieniamy, gdy temperatura spada do 6-7 stopni, nie poniżej zera!), wymiana piór w wycieraczkach (brudna szyba to bardziej zmęczone oczy i zmniejszony czas reakcji na drodze), zimowy płyn do spryskiwaczy. Jedziemy bezpiecznie, na śliskiej nawierzchni zmniejszamy obroty - te sprawy. 

Ale jest kilka rzeczy, o których lubimy zapominać, a mają ogromny wpływ na bezpieczeństwo. Przede wszystkim: czy wiesz ile ważą rzeczy podczas zderzenia? Komórka standardowej wagi (200g) przy zderzeniu ok 50km/h uderza z siłą 6 kg! Walizka - 900kg. Torba z laptopem - 45kg, zwykła butelka z piciem - 30kg. Pies (15kg) rozpędza się i uderza z siłą 450kg, a zwykły tablet z siłą 15kg. Więc mając to na uwadze pamiętajmy: kabina auta to nie bagażnik! Płyty przechowujemy w uchwytach, drobiazgi w kieszeniach na drzwiach bądź siatkach za siedzeniami. Dodatkowo przy pojazdach typu combi/SUV stosujemy maty na bagażnik lub siatki trzymające bagaże w ryzach, jeśli mamy kratkę to wystarczy. Najcięższe przedmioty wkładamy na spód, żeby w przypadku hamowania nie nabrały pędu i nie "wjechały" w pasażerów z dużą siłą. Pasażer przedniego siedzenia nie wiezie nic na kolanach (chyba, że marzy, by torba z kanapkami odbiła się od poduszki powietrznej i uderzyła go w twarz z prędkością 300km/h - co kto lubi). Jest więcej takich zasad, ale zamiast je wszystkie tu przytaczać odeślę do playfulskoda.com, gdzie znajdziecie ich więcej - nie wszystkie przydają się na wyjazdach zimowych - wiadomo.

Warto pamiętać jeszcze o bezpieczeństwie w razie wypadku/awarii: gaśnicę, trójkąt i apteczkę wyciągamy na wierzch, żeby mieć do nich dostęp (ludzie uwielbiają je przewozić w schowku na koło zapasowe). Narty przewozimy na dachu, przewóz w środku, kiedy jedzie z nami niemowlę, zostawmy miłośnikom ekstremalnych wrażeń. 

Nie wspominam o fotelikach (wiadomo, RWF, do poczytania tu), ale dodam tyko, że dziecko powinno jechać od strony pasażera. W razie wypadku łatwiej jest ratownikom dostać się do dziecka od strony pobocza. Poza tym - umieszczamy na szybie naklejkę, że jedziemy z dzieckiem. Wtedy, w razie wypadku, ratownicy najpierw szukają dziecka, potem dorosłych. 

Apteczka
Rozenek pisze jeszcze o apteczce. PPD radzi by wziąć: maść na stłuczenia (Voltaren, Altacet), środki przeciwbólowe, środki przeciwgorączkowe (teraz to to samo), opaskę elastyczną, kompres, bandaż podtrzymujący, środki do dezynfekcji (Octenisept), maść na odmrożenia (np. Cicaplast z La Roche Pose), środki na przeziębienie. My dorzucamy jeszcze leki na alergię (bo oboje mamy po kilka każdy) i osobną apteczkę dziecięcą, a w niej: paracetamol w syropie, woda morska do nosa (na wypadek kataru), plastry dziecięce (mają inny klej i ciekawe wzorki - warto kupić te dedykowane maluchom), lek na alergię dla maluszków (Ketotifen), sól fizjologiczna. Przed podróżą na wszelki wypadek przypominamy sobie zasady pierwszej pomocy i w drogę. 



My jedziemy na noc, bo Pola nadal protestuje w czasie jazdy. Dlatego nie potrzebujemy wypełniaczy czasu dla dziecka i będziemy się rzadziej zatrzymywać. Pytałam pediatry i mówi, że w naszej sytuacji niesubordynacji i buntu pasażerskiego mamy po prostu jechać ile się da. Pola jest też duża, więc zakładam, że na trasie 800-900km uda się z 2-3 przerwami dojechać. To nasza pierwsza, tak duża wyprawa autem, ale w sumie w najgorszym wypadku posiedzimy dłużej w jakimś austriackim auto-grill'u, Pola będzie się bawić do zmęczenia, a ja pochłaniać szarlotkę z sosem waniliowym na gorąco i zdawać relację na blogu z międzynarodowych wojaży naszej córy. 






niedziela, 28 grudnia 2014

Święta to stan umysłu

Goście świąteczni jeszcze snują się po domu. U rodziców świętowanie pełną parą, bo jeszcze wczoraj na kolację jedliśmy wszyscy wigilijnego karpia, ale u nas już nie, bo wpadliśmy z mężem w weekendowy nastrój i lenimy się po kątach. Ale z drugiej strony - choina przecież, śnieg na dworze. kot wygrzewa się na kaloryferze, pies łapie spadające płatki. Święta, jak nic. Kubek ze Starbunia, a w nim cieplutka kawa, makowiec na talerzu, wszystko jeszcze pachnie Bożonarodzeniowo. Słowem - Święta to stan umysłu.

Santa's little helper ;)

Christmas theme: ON

Świąteczny czil 

Prezenty Poli: pchacz z Ikei i zestaw małego filologa

Duuużo dobrej lektury. Mom approves!

Po wyjęciu baterii rolnik z trzodą jest naszą ulubioną zabawką

Kot i Koń (oba z dużej litery). Kiedy Polka odpakowała Konia... radość. Mała radość!

Święta w sypialni Poli

Let it snow towarzyszy nam od pierwszych chwil poranka...

... przez cały dzień...

...aż do wieczora!

sobota, 20 grudnia 2014

ZOL dla dzieci

No i skończył się mój raczkujący projekt pt. Zimowy Ogród Literacki zwany w skrócie ZOL. Event przedni w idei, początkujący w organizacji. Mimo dużego wysiłku (głównie mojego) było kilka niedociągnięć (najchętniej napisałabym, że nie moich, no ale...). Na fanpag'u festiwalu dziękowałam już współorganizatorom, bo co charyzma profesorska zarekomenduje to gawiedź idzie oglądać i swój wkład kadra uniwersytecka w wydarzenie miała ogromny, ale coś mi się wydaje, że największe podziękowania należą się mojemu mężowi.

Gdyby nie siedział w formie wahadła w domu i rotacyjnie nie zajmował się Polką (wspólnie z moją teściową i Lady Mamą, którym podziękowania też się należą, a jak!) festiwal odbyłby się, ale tylko w mojej głowie. Wiadomo, że z dziewięciomiesięcznym niemowlęciem ciężko o aktywne działania w branży kulturalno-eventowej. Gdyby nie wsparcie rodziny nie miałabym jak realizować swoich pomysłów. Siedziałabym w domu w wyciągniętym swetrze i z obłędem w oczach piastowałabym niemowlę patrząc desperacko na zegarek.

Festiwalu opisywać nie będę, wszystkie informacje są na profilu facebookowym wydarzenia, niedługo na zol.us.edu.pl pojawi się tekstowa relacja z wszystkich spotkań. Tu kilka słów poświęcę jedynie wydarzeniom około-dziecięcym. Wszystkie odbyły się w cudownej przestrzeni Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej, gdzie dzielna ekipa od lat urządza już cykle warsztatów, spotkań i zajęć dla dzieci. Warto trochę lepiej poznać to miejsce, bo imperatywy mają zacne. W wielkim, modernistycznym molochu, na pierwszym piętrze, w nieco post-peerelowskiej stylistyce przestrzeni wciśnięto nagle jasną, ciepłą czytelnię pełną nie tylko rewelacyjnych książek (a już książek dla dzieci w szczególności). Dom Oświatowy Biblioteki ma za zadanie nie tyle ładnie układać książeczki na półkach i ganić za brak zwrotów w terminie, ile działać i aktywizować społeczność w każdym chyba wieku pod kątem literatury, sztuki, muzyki, czyli ogólnie pojętej kultury.



W czytelni, która w zasadzie jest Czytelnią Sztuk, można znaleźć albumy, reprodukcje, słowem wszystko, co oferuje zaplecze artystyczne Katowic i Śląska (a także innych, znanych wydawnictw). W sektorze dziecięcym znajduje się szeroki zasób książek dla maluchów, w szczególności tych pięknie ilustrowanych, stanowiący jakby galerię grafiki dziecięcej. Tuż obok znajduje się Galeria Intymna, która stała się przestrzenią stricte muzealną, konferencyjną, estradową. Rewelacyjne miejsce. Właśnie tam zorganizowaliśmy trzy wydarzenia dla dzieci, żeby literatura w Katowicach nie stała się tylko domeną dorosłych, rozprawiających z powagą o krytyce literackiej czy fantastyce.

Dla dzieciaków wystąpił Teatr Kamishibai. To taka forma obcowania z literaturą oparta na ilustracji (świetnej) i narracji opowiadającego, połączona z interaktywnym przeżywaniem fabuły. W prostych słowach pisząc - gdy pojawia się ilustracja dzieci wspólnie z panią Zosią (w tym przypadku była to pani Zosia, choć może równie dobrze robić za figurę narratora dla idei Kamishibai) opowiadają, co dzieje się na obrazku. Robią to nie tylko werbalnie,  ale też poprzez ruch. Piękne wydarzenie, zdecydowanie.





Drugim pomysłem była akacja Blogosfera czyta dzieciom. Miałyśmy być tam we trzy: ja, Zuza (z Millyme2014) i Ruby Soho (lifestajlababy). Ostatecznie byłyśmy tam tylko z Zuzką, ale i tak czytanie bajek dla dzieci zajęło nam blisko godzinę. Ja porwałam się na XVI-to wieczną klechdę domową o piernikach toruńskich, Zuzia czytała dzieciom o zającu grajku. Niesamowite, jak różnie dzieci reagowały na te dwa typy bajek. Moja, klasyczna, napisana trudnym językiem, wymagała od maluchów (6-7 lat) skupienia i uwagi. Dlatego później dużo czasu poświęciliśmy na odtworzenie fabuły i zrozumienie treści bajki. Zadawałam im pytania a one (dzieci) słodko odpowiadały. Zupełnie inne dzieciaki zaktywizowała natomiast bajka o zającu, rymowana, bardziej melodyjna. Też technika opowiadania była inna, bo Zuzia jakby włączyła dzieci we wspólne czytanie pozwalając im dopowiadać co bardziej oczywiste rymy, przerywając lekturę na pytania o to, co będzie dalej. Wyobraźnia szalała (dzieciaki też, więc obie oficjalnie drżymy przed dorośnięciem Mill i Poli do tego wieku).

Fot. Biblioteka Śląska
Fot. Biblioteka Śląska
Ostatniego dnia festiwalu zrobiłam dla maluchów (4-5) warsztaty z bajką o choince Chip'a i Dale'a. Dzieci zapewniły mi doświadczenia dydaktyczne, których tabuny nawet najlepszych studentów nigdy nie dadzą. Po wszystkim stanęły przede mną i powiedziały zgodnym chórem: JESZCZE. Kiedy zaczęła czytać im bajkę siedziały naokoło. Po chwili poczułam, jak jedna mała główka opada na moje ramię, inna pupa gramoli się na moje kolana. Jeszcze jakaś rączka przewracała strony. Przedszkolne czułości roztopiły mnie jak masło na patelni. I trwały przez całe warsztaty, a ja miałam ochotę ryczeć z miłości, kiedy niepewnym głosikiem chłopiec powiedział, że on nie potrafi narysować Mikołaja, a tak by chciał. Co ja robię w przestrzeni akademickiej, skoro takie akumulatory na podorędziu, w każdym chyba przedszkolu są?

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska

Fot. Biblioteka Śląska
No, ale skończyło się. Festiwal dobiegł końca i nareszcie mogę cieszyć się własnym dzieckiem i tym, jak przez ten tydzień wyrosła, a wyrosła, że hej! Już sama stoi! Nie trzyma się niczego, w związku z czym po kilku sekundach spektakularnie upada, ale nie zrażona ćwiczy dalej. Włosy jej tak mocno spadają już na oczy, że chyba jeszcze przed świętami wybierzemy się do dziecięcego fryzjera. Albo do mojego i Polkę obetniemy przy okazji, bo niby byłam na dniach, ale coś mi się nie układa, poprawiałabym. A jest okazja, bo 10zł muszę im donieść. Poza tym Polka nauczyła się robić... hm, jak to opisać? Wykonuje takie śmieszne blablabla językiem, jak dorośli, kiedy chcą zabawić malucha. Komiczna jest i rozczula mnie tym na maksa! A poza tym jest moja i w końcu już się mogę jej naprzytulać za cały tydzień.

niedziela, 23 listopada 2014

List do św. Mikołaja

Pola była bardzo grzeczna w tym roku, święty Mikołaju. W zasadzie mam wrażenie, że ma to wpisane w geny - taką jakąś szlacheckość zachowania, arystokratyczny cug do dystyngowanej postawy i powściągliwości w emocjach. Słowem - jest spokojna. Nie płacze, nie awanturuje się. Dopiero wchodzimy w etap nieodkładalności i permanentnego mamowania, więc jak na razie nie ma się na co poskarżyć. Wręcz przeciwnie, Polki się nachwalić nie mogę - rozwija się świetnie, chętna do nauki i zdobywania nowych sprawności. Cudowne uśmiechy (jak co wieczór całuję ją w stopy przed kąpielą), cudowne chichranie się z mamą przed pójściem spać (takie na pełen głos), absolutnie rozbrajające dzięki, odgłosy, preludia mówienia. Jej charakterek, wyjątkowy i jedyny - taka niby spokojna i delikatna, a widać psotnika w oczach, oj widać. Szelmowskie miny śle jak tylko uda jej się dostać tam, gdzie nie powinna. No, jak tu nie kochać? Worem prezentów trzeba obdarować. Mamy w tej kwestii kilka sugestii.

1. Wózek/pchacz rodem z Ikei

Pchaczy wszędzie pełno i gdyby nie moja patowa ostatnio sytuacja finansowa (życie, koniec stypendium ma swoje konsekwencje, trudno) szarpnęłabym się na coś turbo ekskluzywnego (albo przynajmniej z innej półki cenowej). Chciałam najpierw kupić jakiś używany, na Olx albo Allegro. Chciałam drewniany i to cały, bo piękne są, ale zmieniłam zdanie. Polka wszystko gryzie i gryzłaby pewnie też wózek. I inne dzieciaki też. A drewna nie domyjesz, więc najbardziej higieniczna zabawka świata to nie jest i używanej nie polecam. Ikea zachęca, choćby dlatego, że rączka jest właśnie metalowa - łatwa do wyczyszczenia, później - łatwiejsze do odsprzedania.




Dwa sposoby montażu uchwytu, dwie prędkości kręcenia się kółek, wszystko regulowane, ładny, prosty design. Nie ma klocków (co uważam za zaletę, bo mamy już swoje, i dodatkowe klocki byłyby mi nie na rękę). Posłuży także jako miejsce do przechowywania zabawek. Jestem na tak.

2. Księga dźwięków - do obejrzenia tu (znaczy się stąd zdjęcia); a do kupienia np. tu. Cena to 30-35zł.


Książeczka zawiera obrazki zwierząt i rzeczy oraz nazwy onomatopeiczne ich czynności, jak widać na załączonym obrazku. Ułatwienie dla rodzica/opiekuna, frajda dla dziecka. Chcemy od dawna, a jakoś się nie składało wcześniej.

3. Książeczki i jeszcze więcej książeczek! Co tu będę się rozpisywać, po prostu wypisuję i linkuję:

Wesołe rodzinki. Nasze zwierzaki (stąd)
Wesołe rodzinki. Zwierzęta na wsi (stąd)

Wesołe Rodzinki to seria książeczek dwuczęściowych. Takie dwa w jednym: mała książeczka w dużej. Mała jest o szczeniaczkach i kociaczkach, duża o psach i kotach. Książki uczą nie tylko zależności mama-dziecko, ale przy okazji gatunków zwierząt no i samodzielnego przeglądania stron - bo małe paluszki idealnie pasują do małych kart. Mamy z tej serii sprezentowane nam niedawno Zwierzęta świata i dobrze się przyjęły.

Encyklopedia dla malucha. Pory roku (stąd)

Pisałam o niej w poprzednim poście - piękna jest (a niepozorna).

Chcemy kultową już Biedronkę (stąd) i podpatrzoną ostatnio Bardzo głodną gąsienicę (stąd). Przydadzą się też Jazzowanki (takie) i na chwilę obecną to tyle. Ale lista się rozrasta z dnia na dzień.



4. Zabawki do kąpieli, na przykład takie, albo pełną gębą - takie



5. Pościel

Choć podobają mi się szalenie komplety rękodzielniczej pościeli z daWandy czy my baze (i innych) to jednak rozsądnie chciałabym dla Poli pościel z Allegro za 26,50zł/komplet (stąd). Wzory są bardzo ładne, dziecięce, ale nie turbo infantylne. Podobają mi się.



6. Puzzle drewniane z uchwytami (Lidl)

Wiem, że już tam na Polę czekają. A do tego piękne ciuszki, więc rozpisywać się nie będę. Szał klockowy rozumiem, bo to genialne wprost prezenta na święta.

7. Ciuszki

No, wiadomo, że ciuszki! Nie wiem tylko jakie... to znaczy wiem, i mam całą masę pomysłów, tylko, czy za miesiąc nie lepiej już kompletować coś na lato? A na lato to trzeba spokojnie siąść i przemyśleć, więc nie wiem, doprawdy, nie wiem.

Takie mam pomysły dla Polki:

Koszulka, Next, 40zł (dużo!), dla nas rozm. 80/86 (tu)

Tu został tylko nasz rozmiar, Next - 68zł (tu)

Mothercare, ok120zł

Lindex 59,90zł (tu)

Next (nasz rozmiar już wyprzedany, ale gdyby był dałabym za to 102zł) - tu

Rozm 80-86 (12-18 m-cy) za 68zł (tu)

Komplet ze Smyka (29,99zł) - tu - coś mi mówi (np. pudło w salonie), że ten akurat do nas trafi ;)

Lindex, kombinezon 69,90zł (tu)

Sukienka absolutne, Next-owe cudo. Znów nasz rozmiar wykupione, ale może innym się przyda, do kupienia za 114zł w kompelecie z rajtuzkami (tu)


Mama też była w tym roku bardzo grzeczna! Napracowała się (ach ten poród, trudy macierzyńskiego, festiwal literacki - in progress, doktorat się pisze). Co tu będę wyliczać sobie zasługi, wiadomo wszem i wobec, żem obrotna i robotna, niech już sobie Mikołaj i Gwiazdka wespół debatują, czy zasłużyłam na świąteczne prezenty, czy rózgę (bo swoje za uszami też mam, wiadomo). Niemniej jednak oceniam się na 2 przynajmniej dary. Ja, jak ja, ale każda mama powinna zrobić sobie taką listę życzeń na Święta. Nie wyobrażam sobie nic gorszego, niż po całym roku opieki nad niemowlęciem, trudnej bądź co bądź opieki, po moich nieudanych urodzinach (ciąża, końcówka - wiadomo), po tych wszystkich prezentach dla Poli, po takim wpisanym jakby w umowę pominięciu mamy w całym tym wczesnym macierzyństwie - i co, dostać po tym wszystkim kolejny szalik czy inny must have świątecznej cioci? No nie. Lepiej dostać coś małego  nawet, albo dużego (obojętne), ale coś, czego chcemy i o czym marzymy. Bo przeglądając cuda dla niemowląt wpadamy co chwila na własne zachciewajki: 

O tak, mufka dla mnie to niezbędnik. Jaka? Ach, no, Lela Blanc i ich magnolia (ofkors) - nie ma zdjęć na stronie, peszek! A jeśli się uda, i Mikołaj uzna, że mi się należy, to może rękawice do wózka typu rogi (Quinny) w muffiny z białym polarem (ach, marzę...)

Szalona cena: ok 100zł. Do kupienia (to znaczy byłyby do kupienia, gdyby były na stanie) tu 


Ta jest wskazana ze względu na analogiczny w barwie ochraniacz na pałąk. Chcę! 89zł (tu)
(Oh wait, czy ja chcę obie?! No tak, mam przecież dwa wózki. W razie, gdyby się jednak miało nie udać obrobić tym Mikołajek i Gwiazdki, to lepiej tą kolorową chyba... eh, sama nie wiem... TAK, KOLOROWĄ POPROSZĘ)

2. Mela Koteluk Migracje


Do kupienia w mekce świątecznych zakupów: Empiku (tu). Polska płyta na święta? That't a first. Ale dobrze świadczy o naszej scenie muzycznej.


3. Czas na czytanie (no dobra, na trzy prezenty się oceniam ;)

Jest jeszcze sporo, oj dużo w zasadzie, rzeczy, które ostatnio polubiłam:
- obrus świąteczny w ciasteczka z Home&You
- zestaw filiżanek do herbaty, świąteczny (a jakże) z DUKA
- serwetki ecru, bawełniane, proste z Home&You (sztuk 6-12)
- książki (jak zawsze książki, wiadomo): Szczepan Twardoch Drach, Philip Roth Kompleks Portnoya, Patric Modiano Perełka, więcej Adriana Mole!!!
Ale... bez szaleństwa, no bez proszę :)

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą jak jest:


Więc chyba nie muszę nic więcej sugerować?

Christmas Love!
O.