Ja u Was zima? Bo u mnie książkowo: zapalenie oskrzeli, dziecko z mężem u teściowej, wcinam rosół i zastanawiam się, jak w takim stanie pójdę na pocztę, po książki z biblioteki czy zawieźć L4 do roboty.
A o spacerach z Polką mogę chwilowo zapomnieć. Wirusa albo przywieźli rodzice, albo zachorowałam od biegania po dworze bez szalika - czyli jestem zajączkiem z Misia Uszatka (filmik pod tym linkiem) - i pomyśleć, że puszczałam Poli ten odcinek do śniadania jeszcze kilka dni temu...
A potem poszłyśmy na spacer. Coś za dobrze nam to ostatnio szło. Opanowała wyprowadzanie dziecka w wózku (dodam dziecka chodzącego i nadmiernie ruchliwego) wespół z psem (jeszcze bardziej ruchliwym i również chodzącym). Atosek przy Poli sprawuje się bardzo dobrze - jest oszczędny w uczuciach, pozwala jej prowadzić się na smyczy (Pola w wózku, Atosek równa z bolidem, mała dziewczynka zachwycona dzierży w dłoni smycz, ja trzymam tę samą smycz przy kierownicy, ale Pola o tym nie wie. Atos też.). Wraca, kiedy go zawołam i epatuje radością z każdego centymetra swojego psiego, ponad 30-kilowego cielska. Obie z Polką uwielbiamy psa. Kot mniej.
Na spacery chodzimy do parku i osobom ze Śląska polecam park im. Jacka Kuronia w Kazimierzu Górniczym, bo jest tam chyba wszystko: mini zoo, stawy, las, place zabaw. W weekendy są też baloniki i wata cukrowa (za 3zł lub 3,50zł z nawilżaną chusteczką).
A czasem wychodzimy po prostu na ogród. Na sanki (w końcu własne, niepożyczone, kupione za 60zł w Makro - bo wszędzie już wykupili te tańsze).
Duży ogród i wolno biegający pies to coś, za czym będę najbardziej tęskniła w Pszczynie, ale trudno, nie można mieć wszystkiego. Ogródek jakiś tam będzie, będzie wielki park z zamkiem, żubry - fair enough.
A chwilowo spacerowanie zawieszone (pech, bo pogoda cudna). Ja obstawiona syropami, herbatą i rosołem próbuję szybko wydobrzeć, Pola świetnie bawi się z tatą u dziadków i wizytuje Park Śląski. Ach, nie znoszę chorować!!!!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat kota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat kota. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 lutego 2015
środa, 14 stycznia 2015
Pola i zwierzaki
Poszłam dziś z Polą na spacer - czego nie robiłam chyba z miesiąc albo i dwa. Spokojnie, bywała w terenie z innymi. Ja po prostu niecnie wykpiwałam się od tego jakże przykrego obowiązku. Z przyjemnością zauważyłam wyraźną zmianę w zachowaniu Poli.
Nadal nie jara się jakoś wybitnie, gdy przychodzi do spacerowania. Moja kochana dziewczynka noszona w ciepłych prysznicach i pod leniwym serduszkiem mamusi woli, jak jest jej ciepło i wygodnie. W wózku jej nie jest bo wierci się niemiłosiernie i ostatnie 10 metrów przejechała na syrenie. Ale przez resztę spaceru wykazywała bardzo duży entuzjazm. Pewnie dlatego:
Od jakiegoś czasu towarzyszy nam w domu Atos - pies przywieziony z firmy od Ojca. Pilnował na budowie, budowa się skończyła, zaczęła się za to zima. Ojciec pracował nad Lady Mamą, aż w końcu przeciągnęliśmy ją na naszą stronę i buda Atoska stanęła na ogrodzie. Pies wiedzie refleksyjny żywot pełny rozmarzonego wzroku zawieszonego nad horyzontem. Co jakiś czas niezmącony spokój zwierzęcia przerywa pojawienie się naszego kota, który to cichaczem próbuje polować na tym samym ogrodzie, po którym Atosek przechadza się majestatycznie. Albo na którym zwyczajnie śpi nieświadom kocich harców urządzanych tuż przed jego nosem. Korzystając jednak z każdej możliwej nadarzającej się okazji Atos ucieka chcąc posmakować jeszcze więcej tej wolności. Gradację ma niezłą - z kojca na ogród, z ogrodu na łąkę, z łąki na całą wieś. Nie martwimy się, wielki jest, jakby komuś przeszkadzał to by policja zadzwoniła. Daliśmy im numer w razie czegoś. Komenda z resztą pięć posesji dalej, więc widzę już jak władzom Atos wsadza swój uciekinierski nos do kanapek. Nie zdziwiłoby mnie to bo respektu dla autorytetu nie ma zbyt wiele. Siad, waruj, miejsce - ciągle pozostają dla niego niezrozumiałymi metaforami. Czasem mam wrażenie, że robi to wszystko specjalnie, bo ładnym w życiu łatwiej, jak rżną głupa. Swój psi nos ma i hierarchię rodzinną przykładowo skumał w jeden dzień. Głupi nie jest, zdecydowanie. Poza tym lubi moje dziecko: pozwala się klepać małym rączkom, ciągnąć za sierść, jeździć na sobie. Pokornie wstaje, kiedy Polka zasiada mu na grzbiecie i popędza oklepując łydkami jak konia. Chwilę później go przytula, bo myśli, że to misiu. Kota też tuli. Tego trzeba niestety przytrzymać mocniej, bo atencje nigdy nie były w jego obszarze zainteresowań. Pokornie czeka, aż wać panna skończy swoje umizgi i zluzuje uścisk wokół szyi. Malutka zupełnie bez wyczucia, w ramach miłości, kota: poddusza, szczypie, ciągnie, tarmosi, tłamsi. Czasem na nim siada. W akcie skrajnej desperacji kot jej się odwinie. Wtedy na małej rączce pojawia się charakterystyczna szrama a rączka... znika schowana za plecami, żeby "mama nie widziała, bo mnie przeniesie w miejsce bez kota" - jak mniemam, bo innego wytłumaczenia nie widzę.
Na taką jak powyżej poufałość z psem jej jeszcze nie pozwalamy. Atos jest kochany, ale mamy go dopiero od miesiąca, więc wiadomo, uważać trzeba. Poza tym na Polce pies robi największe wrażenie, kiedy widzi go w ruchu, albo przez szybę. Matka, czyli ja, i moja matka, czyli Lady Mama, podejrzewamy też, że w grę może wchodzić jakaś alergia. Oczka coś za bardzo czerwone, kichanie też wzmożone, wszystko po zabawach z psem. No, ale może to zwykłe przeziębienie.
Jak widać na załączonym obrazku - Polka karmi. Karmi kota (najczęściej plastikiem, co kot przyjmuje z obojętnością, pies natomiast plastik zjada), psa, rodziców przy obiedzie. Karmi lalę, kotka-pluszaka i resztę pluszaczków. Podaje rzecz (która jest jedzeniem bądź stanowi jego reprezentację) misiowi do buzi i robi "mlask, mlask". Dziś rozbroiła mnie całkowicie: założyła, że muszę być bardzo głodna, skoro jem swoje ręce (zadziorek) i bez słowa wsadziła mi do buzi butlę mleka, które właśnie piła. Kochana jest. Dzieli się z nami swoimi posiłkami, sztucznym jedzeniem z Ikei, wyimaginowanym jedzeniem. Na hasło dziadka "nakarm lalę" chwyciła bez wahania gumowego, fioletowego delfina i z determinacją przytknęła lali do ust. Awwwwww....
Dziś miałyśmy ciężki dzień. Do południa uziemiona byłam przy laptopie robiąc rzeczy projektowe do pracy. Nie przeszkodziło mi to zrobić szybkich porządków, pozmywać po śniadaniu, wypić kawy z Lady. Później drzemka (Poli), ergo mama w kuchni (ależ mi się nie chciało!). Potem spacer z psem i nadwyrężone oba barki bo nie włożyłam bydlęciu kolczatki i zwykłe szarpnięcia nie robiły na nim wrażenia (nie będę przecież przy dziecku krzyczała na zwierzę, a stanowczy ton właścicielki pies wsadził sobie między szumiące liście a mijaną kozę).
Mimo, że spacer piękny (cała wieś w Biedronce albo na poczcie), bo park pusty a zachód słońca rewelacyjny, to wróciłyśmy obie wymęczone. Ja bardziej, bo po uporządkowaniu kuchni, przekupieniu Polki portfelem (!), by usiedziała w ten czas w kojcu, miałam ochotę paść na pysk, a malutka wolała zrobić kurs zjazdowy na pupie dwa piętra w dół, sprawdzić czy nie ma dziadków, wspiąć się znów na nasze trzecie i ponownie wracać na dół (w sumie 3 kursy w każdą stronę). Udało mi się ją nakarmić w kwadrans, czemu przysłużyła się produkcja Disney'a z lat 30-tych Farmyard symphony. Widziałam to dzisiaj 4 razy - disneyowska wariacja na temat motywu muzycznego z opery Carmen w wykonaniu zwierząt wiejskich. Hit! Polecam dla takich maluszków bo akcja niezbyt wartka, postaci dobrze rozpoznawalne, dialogów nie ma, muzyka ładna, fabuła rozczula. Być może z musu, ale polubiłam tę produkcję:
Rozbijają mnie prosiaczki ssące mimo ewakuującej się matki, prosiak jako motyw przewodni, romans koguta, relacje na linii koń-krowa, kogut bonapartysta i maszerujące niczym armia szkocka - gęsi - wszystko piękne w tym filmie! Polka śmieje się na głos, podskakuje, myśli, że może dotknąć zwierzątek. A ja odsuwam laptopa jak najdalej się da, bo już między V i B mam sporo dżemu z owoców leśnych.
Nadal nie jara się jakoś wybitnie, gdy przychodzi do spacerowania. Moja kochana dziewczynka noszona w ciepłych prysznicach i pod leniwym serduszkiem mamusi woli, jak jest jej ciepło i wygodnie. W wózku jej nie jest bo wierci się niemiłosiernie i ostatnie 10 metrów przejechała na syrenie. Ale przez resztę spaceru wykazywała bardzo duży entuzjazm. Pewnie dlatego:
Od jakiegoś czasu towarzyszy nam w domu Atos - pies przywieziony z firmy od Ojca. Pilnował na budowie, budowa się skończyła, zaczęła się za to zima. Ojciec pracował nad Lady Mamą, aż w końcu przeciągnęliśmy ją na naszą stronę i buda Atoska stanęła na ogrodzie. Pies wiedzie refleksyjny żywot pełny rozmarzonego wzroku zawieszonego nad horyzontem. Co jakiś czas niezmącony spokój zwierzęcia przerywa pojawienie się naszego kota, który to cichaczem próbuje polować na tym samym ogrodzie, po którym Atosek przechadza się majestatycznie. Albo na którym zwyczajnie śpi nieświadom kocich harców urządzanych tuż przed jego nosem. Korzystając jednak z każdej możliwej nadarzającej się okazji Atos ucieka chcąc posmakować jeszcze więcej tej wolności. Gradację ma niezłą - z kojca na ogród, z ogrodu na łąkę, z łąki na całą wieś. Nie martwimy się, wielki jest, jakby komuś przeszkadzał to by policja zadzwoniła. Daliśmy im numer w razie czegoś. Komenda z resztą pięć posesji dalej, więc widzę już jak władzom Atos wsadza swój uciekinierski nos do kanapek. Nie zdziwiłoby mnie to bo respektu dla autorytetu nie ma zbyt wiele. Siad, waruj, miejsce - ciągle pozostają dla niego niezrozumiałymi metaforami. Czasem mam wrażenie, że robi to wszystko specjalnie, bo ładnym w życiu łatwiej, jak rżną głupa. Swój psi nos ma i hierarchię rodzinną przykładowo skumał w jeden dzień. Głupi nie jest, zdecydowanie. Poza tym lubi moje dziecko: pozwala się klepać małym rączkom, ciągnąć za sierść, jeździć na sobie. Pokornie wstaje, kiedy Polka zasiada mu na grzbiecie i popędza oklepując łydkami jak konia. Chwilę później go przytula, bo myśli, że to misiu. Kota też tuli. Tego trzeba niestety przytrzymać mocniej, bo atencje nigdy nie były w jego obszarze zainteresowań. Pokornie czeka, aż wać panna skończy swoje umizgi i zluzuje uścisk wokół szyi. Malutka zupełnie bez wyczucia, w ramach miłości, kota: poddusza, szczypie, ciągnie, tarmosi, tłamsi. Czasem na nim siada. W akcie skrajnej desperacji kot jej się odwinie. Wtedy na małej rączce pojawia się charakterystyczna szrama a rączka... znika schowana za plecami, żeby "mama nie widziała, bo mnie przeniesie w miejsce bez kota" - jak mniemam, bo innego wytłumaczenia nie widzę.
Na taką jak powyżej poufałość z psem jej jeszcze nie pozwalamy. Atos jest kochany, ale mamy go dopiero od miesiąca, więc wiadomo, uważać trzeba. Poza tym na Polce pies robi największe wrażenie, kiedy widzi go w ruchu, albo przez szybę. Matka, czyli ja, i moja matka, czyli Lady Mama, podejrzewamy też, że w grę może wchodzić jakaś alergia. Oczka coś za bardzo czerwone, kichanie też wzmożone, wszystko po zabawach z psem. No, ale może to zwykłe przeziębienie.
Jak widać na załączonym obrazku - Polka karmi. Karmi kota (najczęściej plastikiem, co kot przyjmuje z obojętnością, pies natomiast plastik zjada), psa, rodziców przy obiedzie. Karmi lalę, kotka-pluszaka i resztę pluszaczków. Podaje rzecz (która jest jedzeniem bądź stanowi jego reprezentację) misiowi do buzi i robi "mlask, mlask". Dziś rozbroiła mnie całkowicie: założyła, że muszę być bardzo głodna, skoro jem swoje ręce (zadziorek) i bez słowa wsadziła mi do buzi butlę mleka, które właśnie piła. Kochana jest. Dzieli się z nami swoimi posiłkami, sztucznym jedzeniem z Ikei, wyimaginowanym jedzeniem. Na hasło dziadka "nakarm lalę" chwyciła bez wahania gumowego, fioletowego delfina i z determinacją przytknęła lali do ust. Awwwwww....
Dziś miałyśmy ciężki dzień. Do południa uziemiona byłam przy laptopie robiąc rzeczy projektowe do pracy. Nie przeszkodziło mi to zrobić szybkich porządków, pozmywać po śniadaniu, wypić kawy z Lady. Później drzemka (Poli), ergo mama w kuchni (ależ mi się nie chciało!). Potem spacer z psem i nadwyrężone oba barki bo nie włożyłam bydlęciu kolczatki i zwykłe szarpnięcia nie robiły na nim wrażenia (nie będę przecież przy dziecku krzyczała na zwierzę, a stanowczy ton właścicielki pies wsadził sobie między szumiące liście a mijaną kozę).
Mimo, że spacer piękny (cała wieś w Biedronce albo na poczcie), bo park pusty a zachód słońca rewelacyjny, to wróciłyśmy obie wymęczone. Ja bardziej, bo po uporządkowaniu kuchni, przekupieniu Polki portfelem (!), by usiedziała w ten czas w kojcu, miałam ochotę paść na pysk, a malutka wolała zrobić kurs zjazdowy na pupie dwa piętra w dół, sprawdzić czy nie ma dziadków, wspiąć się znów na nasze trzecie i ponownie wracać na dół (w sumie 3 kursy w każdą stronę). Udało mi się ją nakarmić w kwadrans, czemu przysłużyła się produkcja Disney'a z lat 30-tych Farmyard symphony. Widziałam to dzisiaj 4 razy - disneyowska wariacja na temat motywu muzycznego z opery Carmen w wykonaniu zwierząt wiejskich. Hit! Polecam dla takich maluszków bo akcja niezbyt wartka, postaci dobrze rozpoznawalne, dialogów nie ma, muzyka ładna, fabuła rozczula. Być może z musu, ale polubiłam tę produkcję:
Rozbijają mnie prosiaczki ssące mimo ewakuującej się matki, prosiak jako motyw przewodni, romans koguta, relacje na linii koń-krowa, kogut bonapartysta i maszerujące niczym armia szkocka - gęsi - wszystko piękne w tym filmie! Polka śmieje się na głos, podskakuje, myśli, że może dotknąć zwierzątek. A ja odsuwam laptopa jak najdalej się da, bo już między V i B mam sporo dżemu z owoców leśnych.
niedziela, 28 grudnia 2014
Święta to stan umysłu
Goście świąteczni jeszcze snują się po domu. U rodziców świętowanie pełną parą, bo jeszcze wczoraj na kolację jedliśmy wszyscy wigilijnego karpia, ale u nas już nie, bo wpadliśmy z mężem w weekendowy nastrój i lenimy się po kątach. Ale z drugiej strony - choina przecież, śnieg na dworze. kot wygrzewa się na kaloryferze, pies łapie spadające płatki. Święta, jak nic. Kubek ze Starbunia, a w nim cieplutka kawa, makowiec na talerzu, wszystko jeszcze pachnie Bożonarodzeniowo. Słowem - Święta to stan umysłu.
| Santa's little helper ;) |
| Christmas theme: ON |
| Świąteczny czil |
| Prezenty Poli: pchacz z Ikei i zestaw małego filologa |
| Duuużo dobrej lektury. Mom approves! |
| Po wyjęciu baterii rolnik z trzodą jest naszą ulubioną zabawką |
| Kot i Koń (oba z dużej litery). Kiedy Polka odpakowała Konia... radość. Mała radość! |
| Święta w sypialni Poli |
| Let it snow towarzyszy nam od pierwszych chwil poranka... |
| ... przez cały dzień... |
| ...aż do wieczora! |
czwartek, 22 maja 2014
Indian Summer w maju
Ukrop straszny. Na dworze 34 stopnie, pod rozgrzaną blachą naszego poddasza jeszcze cieplej. Rano Pola budzi się zachwycona, bo mama obok, ta nowa pościel... tata krząta się już po mieszkaniu i wszystko wskazuje na dobrze zapowiadający się dzień. W okolicach 10:00 sytuacja diametralnie się zmienia. W samo południe obie jesteśmy już wykończone zaduchem i ciepłem. Wiatrak na pełnych obrotach. Ja działam niczym amerykańska kura domowa z lat 70-tych, prawdziwe indian summer.
Pola w sukience wentyluje się naprzeciw wiatraka niczym Marlin Monroe. Piszczy, kiedy podwiewa ją od pupy strony. Bawi się falbanką sukienki i jest zachwycona. Oczywiście do czasu. Po pół godzinie już jej się ta zabawa nudzi. Chce się przytulać z czego rezygnuje po pięciu minutach, bo za ciepło. Usnąć też nie może, budzi się co chwila. Kiedy drzemie przy wiatraku ja modyfikuję pajacyki ucinając stópki i robiąc z nich rompersy (czy jak to się tam fachowo zwie). W międzyczasie przychodzi przesyłka z NEXT i znów zdziwienie. W tym upale zamówiłam nie ten rozmiar co trzeba. Trudno, Pola będzie miała na jesień, nie na lato. Czyżbym miała wymówkę do kolejnego zamówienia? Mała ostatecznie zasypia nadzwyczaj wcześnie, bo ok. 7:30. Zobaczymy jak długo to potrwa...
Kot leży jak zbity pies (!). Wrócił kilka dni temu po strasznych walkach, nasze zajścia z próbami wychowania kota również mocno go poturbowały. Coś jest nie tak... kot próbuje miauczeć, otwiera pyszczek, ale nie dźwięczy. Czasem skrzeczy. Trzeba leczyć, nie ma co czekać. Zadzwoniłam do męża, żeby zamiast na niemiecki przyjechał ogarnąć zwierzę. Okazało się, że słusznie, bo kot w dużych tarapatach zdrowotnych. Powinien wyjść na prostą, ale chwilowo mamy go w kołnierzu plastikowym i obrażonego na cały świat.
Mąż odsypia kleszcza... tak, kleszcza. Gdy zobaczyłam to małe ochydztwo wbite w plecy mego lubego dostałam regularnego ataku paniki. Pola widząc moje spazmatyczne łkania nie wiedziała czy się dołączyć czy wyśmiać matkę. Ostatecznie patrzyła skonsternowana a mąż próbował mnie uspokoić. Kończyło się to fatalnie, bo gdy tylko zbliżał się do mnie zaczynałam łkać i uciekać. Mam chyba jakąś fobię do zdiagnozowania! Poszliśmy po Lady Mamę, która ze stoickim spokojem usunęła insekta, zdezynfekowała ranę i wydała zalecenia medyczne. Tylko po drodze z kuchni na górę spytała mnie, czy aby mąż nie obrazi się, jeśli wyciągnie tego kleszcza pensetą... psa. No bo to w końcu kleszcz, nie drzazga, swojej do depilacji brwi nie da.
Swoją drogą Lady Mama przechodzi teraz intensywny cykl badań. Coś tam powyłaziło na usg tego i owego. Trzeba teraz doprecyzować co to i skąd to, więc siedzimy wszyscy jak na szpilkach. Wszyscy, poza Lady Mamą oczywiście. Ta wychodzi z założenia, że dopóki nie ma czegoś czarno na białym to martwić się nie zamierza, bo to urodzie nie służy. Najwyraźniej technika jest skuteczna, bo kobieta w wakacje przechodzi na emeryturę a zmarszczek ma mniej niż ja mimicznych.
Na rozładowanie pogody, zmartwień i niepowodzeń - Polka w ananasach:
Pola w sukience wentyluje się naprzeciw wiatraka niczym Marlin Monroe. Piszczy, kiedy podwiewa ją od pupy strony. Bawi się falbanką sukienki i jest zachwycona. Oczywiście do czasu. Po pół godzinie już jej się ta zabawa nudzi. Chce się przytulać z czego rezygnuje po pięciu minutach, bo za ciepło. Usnąć też nie może, budzi się co chwila. Kiedy drzemie przy wiatraku ja modyfikuję pajacyki ucinając stópki i robiąc z nich rompersy (czy jak to się tam fachowo zwie). W międzyczasie przychodzi przesyłka z NEXT i znów zdziwienie. W tym upale zamówiłam nie ten rozmiar co trzeba. Trudno, Pola będzie miała na jesień, nie na lato. Czyżbym miała wymówkę do kolejnego zamówienia? Mała ostatecznie zasypia nadzwyczaj wcześnie, bo ok. 7:30. Zobaczymy jak długo to potrwa...
Kot leży jak zbity pies (!). Wrócił kilka dni temu po strasznych walkach, nasze zajścia z próbami wychowania kota również mocno go poturbowały. Coś jest nie tak... kot próbuje miauczeć, otwiera pyszczek, ale nie dźwięczy. Czasem skrzeczy. Trzeba leczyć, nie ma co czekać. Zadzwoniłam do męża, żeby zamiast na niemiecki przyjechał ogarnąć zwierzę. Okazało się, że słusznie, bo kot w dużych tarapatach zdrowotnych. Powinien wyjść na prostą, ale chwilowo mamy go w kołnierzu plastikowym i obrażonego na cały świat.
Mąż odsypia kleszcza... tak, kleszcza. Gdy zobaczyłam to małe ochydztwo wbite w plecy mego lubego dostałam regularnego ataku paniki. Pola widząc moje spazmatyczne łkania nie wiedziała czy się dołączyć czy wyśmiać matkę. Ostatecznie patrzyła skonsternowana a mąż próbował mnie uspokoić. Kończyło się to fatalnie, bo gdy tylko zbliżał się do mnie zaczynałam łkać i uciekać. Mam chyba jakąś fobię do zdiagnozowania! Poszliśmy po Lady Mamę, która ze stoickim spokojem usunęła insekta, zdezynfekowała ranę i wydała zalecenia medyczne. Tylko po drodze z kuchni na górę spytała mnie, czy aby mąż nie obrazi się, jeśli wyciągnie tego kleszcza pensetą... psa. No bo to w końcu kleszcz, nie drzazga, swojej do depilacji brwi nie da.
Swoją drogą Lady Mama przechodzi teraz intensywny cykl badań. Coś tam powyłaziło na usg tego i owego. Trzeba teraz doprecyzować co to i skąd to, więc siedzimy wszyscy jak na szpilkach. Wszyscy, poza Lady Mamą oczywiście. Ta wychodzi z założenia, że dopóki nie ma czegoś czarno na białym to martwić się nie zamierza, bo to urodzie nie służy. Najwyraźniej technika jest skuteczna, bo kobieta w wakacje przechodzi na emeryturę a zmarszczek ma mniej niż ja mimicznych.
Na rozładowanie pogody, zmartwień i niepowodzeń - Polka w ananasach:
piątek, 16 maja 2014
Co za pogoda!
Co za pogoda! Nic tylko siedzieć w domu i grzać wodę do termoforu. Mąż wyjechał, ja z Polką w tej zimnicy z katarem (ja) i kichająca (ona). Na szczęście przeszło do rana po magicznym strzale z paracetamolu (truskawkowego), który sobie samej zafundowałam. Oficjalnie stwierdzam, że dodawanie smaku truskawkowego do tego gorzkiego cholerstwa jest całkowicie uzasadnione. Bez słodkiego posmaku lata żadne dziecko by tego nie przełknęło.
Dom cichutki, kot cierpi katusze na dworze. Zasadnie, bo w nocy zamachnął się pazurem na moje dziecko. Chwycony za wszarz został zniesiony piętro niżej by rano obudzić się wtulony w pierzynę Lady Mamy, która to kotów nie znosi, a tego w szczególności - przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie bowiem przyrządza mu specjały godne jego królewskiej kociej mości. Na pytanie "Czy kot jadł coś" uzyskuję zawsze rzucone mimochodem: pastę z sardynek, troszeczkę wędzonej makreli, zjadł z tatusiem wątróbkę. Pasie się to bydle piętro niżej a potem przychodzi mi na górę z postawą roszczeniową i wymaga atencji, uwagi i zabawy. A tu już północ i obie z Polką chcemy sobie pospać. W związku z zaistniałą sytuacją kot dziś obchodzi mnie bokiem, bo nie spodziewał się po mnie takiej stanowczości i wywalenia go z ciepłego łóżka w tak brutalny sposób. Zazwyczaj ignoruje moje decyzje i szarogęsi się jak przystało na prawdziwego kota. Przekonany, że mieszkamy z Polką kątem u niego w rezydencji bezceremonialnie wskakuje jej do łóżeczka kiedy ja uziemiona karmię. Respektuje tylko władzę męża, no a pod jego nieobecność...
By przełamać podły nastrój spowodowany nocnymi zajściami załączam do posta wspomnienie ostatniego, ciepłego spaceru (wątpliwie ciepłego, bo to przezeń dopadł mnie ów katar):
Dom cichutki, kot cierpi katusze na dworze. Zasadnie, bo w nocy zamachnął się pazurem na moje dziecko. Chwycony za wszarz został zniesiony piętro niżej by rano obudzić się wtulony w pierzynę Lady Mamy, która to kotów nie znosi, a tego w szczególności - przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie bowiem przyrządza mu specjały godne jego królewskiej kociej mości. Na pytanie "Czy kot jadł coś" uzyskuję zawsze rzucone mimochodem: pastę z sardynek, troszeczkę wędzonej makreli, zjadł z tatusiem wątróbkę. Pasie się to bydle piętro niżej a potem przychodzi mi na górę z postawą roszczeniową i wymaga atencji, uwagi i zabawy. A tu już północ i obie z Polką chcemy sobie pospać. W związku z zaistniałą sytuacją kot dziś obchodzi mnie bokiem, bo nie spodziewał się po mnie takiej stanowczości i wywalenia go z ciepłego łóżka w tak brutalny sposób. Zazwyczaj ignoruje moje decyzje i szarogęsi się jak przystało na prawdziwego kota. Przekonany, że mieszkamy z Polką kątem u niego w rezydencji bezceremonialnie wskakuje jej do łóżeczka kiedy ja uziemiona karmię. Respektuje tylko władzę męża, no a pod jego nieobecność...
By przełamać podły nastrój spowodowany nocnymi zajściami załączam do posta wspomnienie ostatniego, ciepłego spaceru (wątpliwie ciepłego, bo to przezeń dopadł mnie ów katar):
| Konwalie Lady Mamy |
| Polka w swoim super bolidzie opatulona pod samą szyję |
| Dmuchawce, latawce |
| Kangur, najprawdziwszy kangur na polskiej wsi! |
| Niezapominajki |
| Maleństwo :) |
| Zwycięzcy tego odcinka - walka pawia z kotem. Obawiam się, że wygra kot. |
| Tym razem w trzcinie brzmi kaczka |
środa, 12 lutego 2014
Ciąża szkodzi kotu!
Szaleństwo szycia zaabsorbowało mnie na kilka dni. Może to i dobrze, bo ogólne wydarzenia minionego tygodnia bardzo dały mi się we znaki.
Rodzinnych spędów nie było dosyć, a jak to przy takich okazjach bywa - bez afer się nie obyło. Towarzyskie smaczki zapraszania tych, niezapraszania innych, lawirowania między sałatkami, ciastami, tortami i innymi cudami kulinarnymi, kupowanie prezentów! Poczułam się niemalże jak przed świętami, a te nie kojarzą mi się w tym roku zbyt miło. W jednym tylko tygodniu obchodziliśmy urodziny mamy, wielką 60-kę, imieniny siostry i imieniny mamy rozbite na właściwy dzień imienin i wielką, rodzinną fetę na 15 osób.
W sumie sporo się działo, najwięcej chyba kulinarnie. Polka w brzuchu przyzwyczaja się powoli do dźwięku miksera (który teraz wymieniłam jej na dźwięk Łucznika, który RUSZYŁ!). Mała przygotowuje się też do wyjścia bo pierwsze oznaki zbliżającego porodu już widać (np. deadline ustalony na 24 lutego). Oboje z mężem nie możemy się doczekać będąc jednocześnie przerażeni i zafascynowani całym tym porodowym galimatiasem. Wykańczanie pokoiku dziecięcego zaabsorbowało nas do tego stopnia, że pewnego dnia... z przerażeniem odkryliśmy jak nasz kot... wyrywa sobie włosy! Nie z głowy, choć eufemistyczne tu zawołanie zobrazowałoby najlepiej jego stan zdrowia i umysłu. Biedne, zestresowane zwierzę, które od Nowego Roku przeżywa razem z nami wszystkie zmiany zaczęło okazywać swoje fizyczne objawy stresu. Wizyta u weterynarza zakończyła się przerażającymi konkluzjami. Jeśli nie zapewnimy mu spokojnego bytowania czekają go tabletki z Prozakiem. Kot na Prozaku! To ci dopiero! Na sielankę się nie zanosi, bo niemowlę nie bywa synonimem spokoju i egzystencjalnej zadumy. Żal mi zwierzaka, bo faktycznie nieco go zaniedbałam. Biedak nie może już siedzieć na moim brzuchu, nie ma jak się przytulać nocami bo wiercę się niemiłosiernie. A kiedy mnie znów dopada chęć na czułości wyrywam kota z błogiego snu i dziwię się bardzo, że ten drapie jak oszalały. Cóż, kolejny mit o tym, że kot i ciąża nie mają się ze sobą zbyt dobrze okazał się prawdą - nie sądziłam jednak, że to kot na tym ucierpi. Na pohybel przesądom, ciąża kobiety szkodzi kotu, nie dziecku!
Rodzinnych spędów nie było dosyć, a jak to przy takich okazjach bywa - bez afer się nie obyło. Towarzyskie smaczki zapraszania tych, niezapraszania innych, lawirowania między sałatkami, ciastami, tortami i innymi cudami kulinarnymi, kupowanie prezentów! Poczułam się niemalże jak przed świętami, a te nie kojarzą mi się w tym roku zbyt miło. W jednym tylko tygodniu obchodziliśmy urodziny mamy, wielką 60-kę, imieniny siostry i imieniny mamy rozbite na właściwy dzień imienin i wielką, rodzinną fetę na 15 osób.
W sumie sporo się działo, najwięcej chyba kulinarnie. Polka w brzuchu przyzwyczaja się powoli do dźwięku miksera (który teraz wymieniłam jej na dźwięk Łucznika, który RUSZYŁ!). Mała przygotowuje się też do wyjścia bo pierwsze oznaki zbliżającego porodu już widać (np. deadline ustalony na 24 lutego). Oboje z mężem nie możemy się doczekać będąc jednocześnie przerażeni i zafascynowani całym tym porodowym galimatiasem. Wykańczanie pokoiku dziecięcego zaabsorbowało nas do tego stopnia, że pewnego dnia... z przerażeniem odkryliśmy jak nasz kot... wyrywa sobie włosy! Nie z głowy, choć eufemistyczne tu zawołanie zobrazowałoby najlepiej jego stan zdrowia i umysłu. Biedne, zestresowane zwierzę, które od Nowego Roku przeżywa razem z nami wszystkie zmiany zaczęło okazywać swoje fizyczne objawy stresu. Wizyta u weterynarza zakończyła się przerażającymi konkluzjami. Jeśli nie zapewnimy mu spokojnego bytowania czekają go tabletki z Prozakiem. Kot na Prozaku! To ci dopiero! Na sielankę się nie zanosi, bo niemowlę nie bywa synonimem spokoju i egzystencjalnej zadumy. Żal mi zwierzaka, bo faktycznie nieco go zaniedbałam. Biedak nie może już siedzieć na moim brzuchu, nie ma jak się przytulać nocami bo wiercę się niemiłosiernie. A kiedy mnie znów dopada chęć na czułości wyrywam kota z błogiego snu i dziwię się bardzo, że ten drapie jak oszalały. Cóż, kolejny mit o tym, że kot i ciąża nie mają się ze sobą zbyt dobrze okazał się prawdą - nie sądziłam jednak, że to kot na tym ucierpi. Na pohybel przesądom, ciąża kobiety szkodzi kotu, nie dziecku!
![]() |
| Uwodzę o poranku! |
środa, 6 listopada 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)

