Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baby stuff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baby stuff. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Owieczka? A może gąsienica?

Dużo w blogosferze ostatnio wpisów o zajęciach dla dzieci, o tym co robić z nimi (dziećmi) w domu, co poza nim, jakie zabawki i tak dalej. A wszystko to dlatego, że dzieciaki dorastają i z niemowlęcych zabawek wchodzą w te bardziej interaktywne. Kiedyś, nietrafiona grzechotka po prostu wydawała słaby dźwięk. Przy niespełna rocznym dziecku i zabawkach mu dedykowanych nie ma już szansy na taką pobłażliwość bo kwestie edukacyjne mają być pierwszorzędne, a estetyczne dostawać Oscary za role drugoplanowe. Nie oznacza to oczywiście, że już trenuję Polkę do MENSY. Nie oznacza to również, że nie wpuszczam do domu wszechobecnego w sklepach plastiku (który obowiązkowo gra i świeci - wiadomo). Wpuszczam!

Pierwsze, świadome pojmowanie świata, responsywność, aktywność inna niż skupiona na własnej motoryce - wszystko to pozwala nie tylko na nowe, edukacyjne zabawki, ale też na nowe książeczki. Te, którymi teraz się bawimy są większe, cięższe, mają edytorskie bajery w postaci otwieranych okienek albo jakichś fazowych diwajsów. Pisałam ostatnio o serii Wesołe Rodzinki, która właśnie taka jest, a ostatnio hitem jest u nas książka Gdzie jest owieczka - wydawnictwo Wilga, seria Pokaż paluszkiem. Tak jak przy udziale mojego telefonu Pola opanowała pokazywanie paluszkiem do perfekcji, tak tu jakoś pomija najbardziej nominalny aspekt książeczki. Czemu wiec ją lubi?




Bo w książeczce bardzo dużo się dzieje. Grafika nie należy do moich ulubionych, ale skoro Polce się podoba to najważniejsze. Wbrew pozorom (tytuł), głównym bohaterem książeczki jest piesek, nie zaś owca. Pies sam w sobie też jest mylący, bo biały w czarne łaty, na pierwszej stronie występuje w towarzystwie krowy, no i impas, Pola pieska nie jest w stanie znaleźć i patrzy na mnie pytającym wzrokiem "O co chodzi?". Zadaniem dziecka jest tu pójście od pieska (paluszkiem) do aktywnego elementu, odkrycie go (krzaczek, zagroda) i z radością odnalezienie zwierzątka schowanego za kartonikiem. To Polunia uwielbia.



Ukryty jest byczek (Muuuu), kaczuszka, konik (przy okazji dodam, że Pola nauczyła się wydawać onomatopeiczny dźwięk kląskania!), króliczki i w końcu owieczka! Poza tą ostatnią stroną owca występuje już na pierwszej, więc tytułowe pytanie "Gdzie jest owieczka" oficjalnie uważam za idiotyczne w tym kontekście. Niemniej jednak książeczkę polecam, bo dziecku daje bardzo dużo radości.






Moja córeczka nadal pomija fabułę i skupia się tylko na plastyczno-technicznych aspektach książki, ale trudno. Jak zrobi karierę w edytorstwie i tak będę z niej dumna.

Cieszy mnie bardzo ten zwrot literacki - ciągle jeszcze nie bawi jej sam akt czytania (chyba, że byłby w ruchu), ale już w widzi w książeczkach ciekawy obiekt do zabawy. Jej przyjemność obcowania z lekturą jest zatem bardzo fizyczna, a przez to chyba najpiękniejsza. Zanim wejdzie w sferę językowej wyobraźni i zawsze już będzie widziała swoje własne reprezentacje poszczególnych znaczeń, zanim zacznie myśleć kalkami fabularnymi czy śledzić rytmy w rymowankach - teraz namacalnie dotyka literatury (która na szczęście tak jest skonstruowana) i chłonie ją całą sobą (podniebieniem, rączkami, nóżkami też ostatnio).

Chyba najwięcej przyjemności sprawia Poli Bardzo Głodna Gąsienica - hit blogowy i księgarniany ostatniego roku - wszyscy mają (więc niczym Mambę, ma i Polka). Dostała na Gwiazdkę i bardzo sobie chwali - nie całą jednak. Zaczyna przygodę z gąsienicą od strony z jedzeniem. Nie skupia się na poznawaniu ilości, rozpoznawaniu owoców, kolorach czy nawet na tytułowej gąsienicy. Nie widzi w tym nic interesującego, nawet opozycja duża-mała (jakże jej bliska) nie robi na Poli wrażenia. Ale dziurki! O tak, dziurki to coś, czym zajmuje się z pełną, dziecięcą radością. Ja podkładam palec od spodu a ona ten mój palec goni. Piszczy, kiedy chwytam jej malutką opuszkę palca wskazującego, kiedy próbuje przecisnąć go przez "Dwie gruszki". I bez ten dodatkowej animacji Gąsienicy nie chce nawet oglądać.





A przecież książeczka przednia, grafika cudna (matkę obezwładnia), ojca cieszy szczególnie spożywczy aspekt całości. Oboje lubimy i cieszy nas, że Pola również, choć ja osobiście wolałabym, żeby doceniła feerię barw, piękną kreskę, oryginalny skandynawski koloryt, minimalistyczną estetykę.




Przy całym moim uwielbieniu nie uważam, żeby Bardzo Głodna Gąsienica była jakoś wybitnie genialną pozycją literacką. Z fabularnego punktu widzenia jest nawet uboga! Bo co tam się dzieje? Przeżywamy w pięknym anturażu proces rozwojowy gąsienicy, obserwujemy jej przemianę w pięknego motyla, a przy tym dostajemy lekcję dietetyki (po obżarstwie dzień postu i wyjdzie na zero). To także egzemplifikacja słynnego porzekadła, że "apetyt rośnie w miarę jedzenia", ale w zasadzie... książka o tym nie mówi. Tylko pięknych ilustracji nie zaśmieca tekstem, co przekłada się na a) dowolność interpretacyjną, b) krótki cykl wzrostu gąsienicy.

Ostatecznie lubi chyba te książeczki, bo przecież co chwila się o nie potykam. Żałuję, że nie są tak dobrze przemyślane, jak książki dla starszaków (i mówię tu o klasycznych baśniach), bardzo mnie drażnią mankamenty edytorskie (bo jak już coś robić to porządnie, nie ważne, że dla kilkumiesięcznego bąbla). Wkurza mnie, że są zwyczajnie trudne - obrazki często zaśmiecone tekstem, brak wyraźnych linii, grafika nie jest przyswajalna. Ale co zrobić, dziecko się cieszy, kiedy oglądamy w kąpieli książeczkę o krówce i razem z główną bohaterką radośnie ryczy. Dobrze, że te dwie dziś wspomniane pozycje wydawnicze znacząco odbiegają od ogólnodostępnej tandetki literackiej. Bo moim skromnym, acz fachowym zdaniem, w dziale z literaturą dziecięcą też jest sporo "grającego, plastikowego badziewia" - książek, które niczego nie uczą, są zwyczajnie durne i brzydkie. Ale takie też mamy, bo nie zawsze trzeba wszystko mieć/robić na 100% i tak, jak ja zmęczona po pracy zasiadam przed serialem, tak i Pola może z powodzeniem przeglądać sobie pstrokaciznę bez przesłania.

A Wy? Jakie macie swoje, dorosłe przemyślenia na temat książeczek dziecięcych? Zło konieczne, cudeńka edukacyjne, piękne arcydziełka?

niedziela, 8 lutego 2015

Ikealand

Akcja dzieje się w Ikei. W piątkowym młynie ludzi chcących szybko wsunąć obiad, po pracy, przypadkowych grupek, rodzin w pełnym składzie - chcieliśmy coś zjeść i wpaść szybko po kilka rzeczy. Nigdy więcej (co powtarzam uparcie przy każdej wizycie w szwedzkim molochu).

Siedziałam zatem w Ikei - pośród gwaru, szumu i co najmniej wątpliwie przyjemnej atmosfery (do której pewnie moja rodzina się przyczyniła). Potrącana co chwila przez inny wózek z jedzeniem, siedziałam pomiędzy brokułami a łososiem rozrzuconymi pod krzesełkiem Poli. Co chwila obdarzana karcącym spojrzeniem salowej, która starym, postpeerelowskim drygiem zamiatała co chwila nasz barłóg spod stolika. Skąd w ogóle taka baba w nowoczesnym sklepie meblowym serwującym minimalizm i dobry styl?! A tu najwyraźniej wraz z powrotem do lat 60-tych w designie wrócono też do mentalności, peszek, że lokalnej. Uroczo.

Nie rozumiem czemu tylko w naszym kraju Ikea nie prowadzi sprzedaży online. Zarobiliby miliony. Ale nie, niech się bydło gniecie w pierdolnym, stalowym magazynie gnane strzałkami, jak pielgrzymka do Santiago de Compostela, by przypadkiem nie przeoczyła ani jednego elementu ekspozycji. Kilka kilometrów w nogach później dalej nie sposób się wydostać spośród świeczek i ostatnich przecen na trasie do kas. Wiem, że są skróty, ale nie zawsze udaje mi się o nich pamiętać. I ten absurdalny ochroniarz przy kasach, który w sumie (jak sam stwierdził) powinien był nas przepuścić bo mieliśmy na stanie niemowlę i generalnie kasa pierwszeństwa, ale nie. O, albo kobieta, która nas łaskawie przepuściła (w innej kasie) obrażona jak Hindus na sztućce odmaszerowała swój abażur skasować w innej kasie. Co za miejsce!

No, ale nieważne już. Jesteśmy w domu, kilka godzin później myślę nawet o tym gwarnym targu z dużą dawką absurdu, lekko tylko drwiąc pod nosem z "rodzinnej atmosfery" na którą liczyliśmy z mężem. Bo Pola, jak mniemam, była zachwycona - brokułami, łososiem, soczkiem, który można na siebie wylać, kącikiem dla dzieci, podusią, do której przytulała się całą drogę do kas. Kiedy zobaczyła piękny, dziewczęcy pokoik wgramoliła się na łóżko i chciała zasypiać. "Czy to jest higieniczne" - zapytał mój mąż. Przez urocze mini przejście między pokojami przemaszerowała do pokoju chłopięcego i chyba chciała w nim zamieszkać. Poduszkę- chmurkę musieliśmy wziąć ze sobą do domu. Cała sekcja "pokój dziecięcy" to jak plac zabaw i Pola tak to odebrała. Fotel bujany też chciała zabrać do domu. I spiralę z klockami. Fotela nie wzięliśmy (choć nie jest to jeszcze moje ostatnie słowo w tej kwestii).

Mamy już sporo rzeczy z Ikei, dziecięcych (dorosłych też, ale co będę o nich pisać) i zadziwia mnie nieproporcjonalny stosunek ceny do jakości. Świetne, drewniane, dobrze zaprojektowane zabawki kosztują ok. 30zł?! Serio?! No serio!

Taki przykładowo sorter- domek - jedna z ładniejszych Poli zabawek w naszym domu. Pierwszy, który widzę, nie będący pstrokatym badziewiem pełnym plastiku i kolorów od czapy. Potem się wszystkiego nazbiera i jest tęcza w dużym pokoju, najlepiej jeszcze grająca. Wybieram dla Polki zabawki stonowane, żeby potem nie było pchlego targu na środku dywanu w salonie. Sorter wpisuje się w tę politykę idealnie i pięknie komponuje się... ze wszystkim. A do tego jest bardzo fajną zabawką: drewniana skrzyneczka z emblematami domku, do tego czerwony dach z okienkami w kształty geometryczne. W środku komplet klocków do zabawy, lekkich, ale solidnych. Cała zabawka niezbyt duża, ale łatwa w obsłudze dla niewprawnych rączek maluszka. Zdecydowanie jestem na tak!






O, albo pchacz też ikeowski. Sprezentowany Polce przez Gwiazdkę. Początkowo wydawał nam się niestabilny, ale po odpowiednim ustawieniu rączki i zmniejszeniu prędkości kółek chodzi jak ta lala. Pola lubi pchać, choć zdecydowanie bardziej lubi być w nim wożona. Gramoli się do środka i staje jak w rydwanie, czeka aż rodzice wezmą się do swej niewolniczej pracy i powiozą przez długość pokoju. Piszczy z radości i klaszcze w dłonie, więc w nieludzkim skłonie ciśniemy z mężem na zmianę z pchaczem z Ikei.



Dziś, jak już zapewne wspomniałam, wróciliśmy do domu z podusią i zabawką-spiralą. Dobry wybór, bo kiedy malutka zobaczyła je w pokoiku wyrwało jej się tylko głośne "Łooooo". Spiralka też 30zł (niepełne), a zabawy co niemiara. Klocki można bardzo łatwo zamieniać miejscami, więc za jakiś czas zmienimy ich konfiguracje odświeżając co nieco zabawkę. Poduszka w kształcie chmurki wygląda jak kupiona za milion dolców, a znów ok 30 zeta. Jestem zachwycona! A Pola!W swoim łóżeczku ją uwielbia, tuli i robi "Aaaaaa". Mnie rozczula, mąż chce wydawać na nią (Polę) kolejne złote monety. 





A Wy? Kupujecie zabawki w Ikei? Czy może "Team Lidl"?

Pozdrawiamy,
O&P

P.S.
Inne zabawki z Ikealandu:


Zapraszam też do działu Recenzje - baby stuff gdzie znajdziecie podlinkowane wszystkie dziecięce produkty, które do tej pory pojawiły się na blogu.

środa, 28 stycznia 2015

Ostatni wpis o żywieniu Poli

Przychodzi taki moment, kiedy wrócę z pracy, położymy z mężem Polę spać i chcemy siąść każde przed swoim laptopem, najlepiej z paczką chipsów, ale nie... zamiast tego cisnę do garów. Gotuję obiad na "jutro", część chowam do lodówki, część porcjuję i zamrażam - będzie na sytuację awaryjną. Jadę jeszcze do całodobowego Tesco (jest co prawda 25 kilometrów stąd, ale jak mus, to mus). Pakuję do lodówki żarcie na cały tydzień, na lodówkę daję owoce, piszę schemat żywieniowy na tablicy w kuchni albo na lustrze w łazience i idę spać. Jest 1:00 AM, a wstaję ok 5:30 AM.

Wstaję - to znaczy zamierzam wstać o 5:30, ale ostatecznie zwlekam się z łóżka o 6:00 rano. Szybki prysznic, żakiet na grzbiet i śniadanie:

Śniadanie / 6:00-8:00

To chyba najbardziej problematyczny posiłek w ciągu dnia, bo w sumie nigdy nie wiem, co przygotować. Wypracowałam zatem kilka sprawdzonych rzeczy, które możemy jeść wspólnie, znaczy się z Polką razem.

Jemy jajka na miękko, sadzone, jajecznice. Pola z rzeczy śniadaniowych decydowanie lubi jajka - w postaci wszelakiej. Zagryza wszystko corissantem, choć bardziej chyba dla zabawy, niż żeby się najeść. Dostaje czasem kromkę z masłem i wędliną (drobiową) prokrojoną na takie miałe kwadraciki, jak mama mnie robiła. Zjada ochoczo.Czasem Pola je parówkę (o łał!), a czasem je owoce (bo zwyczajnie chce na słodko). Wtedy zjada Hipp'a (który swoją drogą do wygrania tu obok, po prawej!). Wypróbowałyśmy ostatnio kilka nowych smaków z serii "Wesołe Owoce" - takie owocki tylko w saszetkach, nie w słoiczku; W zasadzie nie różnią się niczym od tych słoiczkowatych poza opakowaniem, które osobiście uważam za bardziej praktyczne niż słoiczki (zajmuje mniej miejsca, lepsze w transporcie, świetne w terenie).



Śniadanie zjadamy wspólnie. Potem ja wybiegam i ufam, że osoba, z którą zostaje Pola (mama, teściowa, mąż) karmi ją tak, jak zaleciłam (albo chociaż podobnie).

II śniadanie / 9:00-11:00

To wiąże się z poranną drzemką, więc Pola dostaje mleko. Wypija ok 160 - 200ml (w zależności od apetytu przy śniadaniu. Śpi słodko.

Obiad / 12:00-14:00

W okolicach godziny 13:00 Polka je obiad. Stosuję zasadę umiarkowanego zaufania i karmimy Polę najpierw obiadkiem synkretycznym, czyli miksem wszystkiego. W znienawidzonej przez fanki BLW papce Pola dostaje wszystko to, co musi zjeść. Dostaje zupki warzywne gotowane na rosołku zmiksowane (ale nie na gładko) z mięsem drobiowym. Kiedy zaś zupki brak zjada jedzenie ze słoiczka (który znów podkreślam - do wygrania w konkursie po prawej stronie!). Tu jestem bardzo uważna, bo przy Poli alergii na mleko krowie muszę wybierać rzeczy, które tego alergenu w sobie nie mają. Staram się wybierać dla niej to, co lubi najbardziej, czyli - brokuły, szpinak, dynię, rosół. Bardzo jej te moje wybory pasują, bo zjada swoją porcję chętnie.


Na drugie danie Pola dostaje dokładnie to, co my: mięso smażone bez tłuszczu, gotowane na parze, warzywa gotowane na parze lub surowe - te, które można. Dostaje wszystko w kawałkach, z którymi jest sobie w stanie poradzić. Zjada mniej więcej 1/4, reszta ląduje na podłodze. Ale w sumie o to chodzi - niech się uczy i nowych smaków, i nowych konsystencji, a swoją porcję i tak już zjadła wcześniej. Pasuje nam taki deal.

Zupki dla Poli, które sama gotuję mrożę w pojemnikach na mleko z Aventu. Potem wyciskam je stamtąd, często z trudem, do foliowych torebek do mrożenia pokarmu. Mam dzięki temu takie jedzonko w kostkach zamrożone, mogę odmrozić jedną porcję zupki. Woreczki podpisuję i do zamrażarki.



Podwieczorek / 15:00-17:00

Pola zjada albo owocki (ze słoiczka lub "prawdziwe" - choć z prawdziwych lubi tylko jabłko i banana. Toleruje kiwi, winogrona. Truskawek nie, podobnie rzecz się ma z gruszkami. Co ciekawe to słoiczkowe owoce zjada bez mrugnięcia okiem!

Czasem jednak mała ucina sobie popołudniową drzemkę, więc zamiast posiłku jest mleko (objętość j.w.).

Kolacja / 18:00-20:00

Po podwieczorku kolacja nie jest Poli potrzebna do szczęścia, więc powtarzamy motyw z II-go dania: dostaje sample tego, co jemy my, taką mini sałatkę albo danie, które rozszerza jej percepcję smakową. Prawdziwą kolację stanowi mleko do spania zagęszczone kaszką (Nestle z lipą na noc, bo można je robić na naszym mleku modyfikowanym, albo Silnac czy ostatnio jakaś austriacka wersja Sinlac). Butla Polę usypia.

W nocy

Pola budzi się 1 lub 2 razy i za każdym razem wypija ok 160ml. Pobudki mniej więcej 1:00 AM i 4:00 AM. Kiedy budzi się rano, między 6 a 7, nie dostaje już mleka, tylko siadamy do śniadania.

W sumie:
3-4 posiłki stałe w ciągu dnia
560 - 880ml mleka modyfikowanego na dobę
Przekąski, jeśli konieczne (gdy za długie przerwy między posiłkami, lub zamiast II śniadania, zamiast podwieczorku czasem) - flipsy, wafelki ryżowe z Hipp'a.


Posiłki wydarzają się w podanych przedziałach czasowych, bo z niemowlęciem nie ma lekko i zwyczajnie trzeba się dostosować. Długość drzemki warunkuje godziny kolejnych posiłków. Generalnie dziecko głodne nie jest, je bardzo, bardzo ładnie, próbuje wszystkiego. Powoli odstawiamy jej Ketotifen, apetyt nadal ma dobry. Chyba wszystko jej smakuje, bo do jedzenia siada z entuzjazmem. Karmienie przestało być problematyczne (momentami bywa grymaśnie, ale u kogo nie bywa?). Wszyscy wyluzowali, ja spinam się tylko na tyle, by zawsze wszystko było pyszne. Pola coraz częściej wyrywa nam łyżeczke i uczy się jeść sama - cierpią na tym ubranka. A wszystko inne, całe te marudzenia, próby skutecznego nakarmienia jej, problemy z wypijanym mililitrażem - wszystko pierzchło i w zasadzie z perspektywy czasu nie wydaje się to aż tak dużym problemem. Czytam blogi różnych mam, które mają tak hardcore'owe przeżycia z karmieniem dzieci, że nasz mały incydent ze spadkiem wagi wydaje się jakiś kompletnie nieistotny. Cały, absolutnie cały czas miałam dziecko szczęśliwe, zadowolone, zdrowe, więc grymaszenie Polki biorę na klatę, nasze wysiłki wspominam teraz jako cudowne absurdy nadgorliwych rodziców.

Powrót do pracy dał mi perspektywę, której nigdy nie uzyskałabym w domu. Spuszczenie powietrza przyniosło powiew świeżości całej naszej rodzinie. Ciągle uważam, że robota to bez sensu, bo cały dzień z Polą i tylko tak spędzany czas się liczy, ale widzę też ile dobrego przynosi praca, wychodzenie z domu, inny krąg ludzi. W takich warunkach będę pracować do czerwca, później trochę wolnego. Docelowo marzy mi się połówka etatu, żeby nie robić wszystkiego na takiego wariata, jak teraz, żeby domem i dziećmi zajmować się spokojnie. A jak nie, to chociaż wolny zawód - nie pogardzę. A tymczasem - wracam do kuchni bo Pola budzi się właśnie ze swojej popołudniówki i coś pewnie będzie chciała przekąsić. O, już obwieszcza to swoim donośnym kwękaniem!

wtorek, 27 stycznia 2015

Klocki Boikido

Kupiłam Poli klocki. W zasadzie zrobiłam to już dawno temu i nie wiem, dlaczego dopiero teraz o nich piszę. Są przecież cudowne! Piękne, bezpieczne, cena całkiem-całkiem, słowem - rewelacyjne. Nie, nikt mi za takie pochlebstwa nie płaci (damn!), choć w zasadzie radość córeczki jest lepsza niż cały sponsoring świata. A cieszy się z klocków bardzo, ale to bardzo.

Cóż za surreal. Uciekłam z domu do pracy, z której zwiałam do domu i siedzę sobie cichaczem (ups, wypeplałam blogosferze!) w Starbuniu, piszę na dwie ręce - tu bloga, tam tekst do roboty o budowaniu więzi (co w zasadzie się pokrywa, więc dysonansu nie mam), ale o ile lepiej mi tu! Zamiast w biurze w ośrodku pomocy społecznej, gdzie pracuję od miesiąca (kto nie wiedział, ten już wie - robota koszmarna, ale inspiruje do działania jak nic innego) siedzę wśród ludzi, których historie są tak anonimowe, jak zawartości kubków. Naprzeciwko mnie Smyk i wielkie, neonowe wręcz, kuszące niczym najsłodsze czekoladki frazy: "-50%", "wyprzedaż sezonowa kolekcji jesień zima". Za mną Lindex ("Final sale", "do - 50%"), obok GAP i na pół witryny szyld z wysokością zniżek. Dalej się nie odwracam, bo pod ręką jeszcze Kaph All, a na koncie ostatni macierzyński i lepiej wydać go na spożywkę, niż na spłatę kredytowej, więc piszę wpatrzona w kawę z syropem karmelowym bez cukru (Hej, czy syrop karmelowy z założenia nie jest przypadkiem bez cukru, bo karmel robi już robotę? Ach te chwyty reklamowe poniżej pasa - bo w biodrach). No i ten Smyk naprzeciw, od którego zaczęłam, i przeglądam ich stronę, i widzę produkty Boikido, i wiem, że zaraz coś kupię, bo cudne są. My mamy klocki (i to nie byle jakie, bo klocki muzyczne), zestaw większy - 2+ schowany czeka na jakąś okazję, tamburyno w ciągłym ruchu.

KLOCKI MUZYCZNE BOIKIDO

Cóż to za hybryda? To 12 sztuk pięknie zaprojektowanych klocków o różnych kształtach, wzorach i kolorach, z których każdy jeden (no dobra, jeden nie) grzechocze, dzwoni, dźwięki wydaje niemowlęciu dech w piersi zapierające z wrażenia. Do tego kolorów mnogość, ale nie byle jakich, tylko dobrze dobranych, ładnie przemyślanych kolorów, których nie powstydziłby się artysta plastyk. Żadna to ohydna, plastikowa tandeta, ale drewniane zabawki posiadające wszystkie atesty, testy o bezpieczne materiały świata. A cudo kosztuje tylko ok. 50-60zł (Allegro, w Smyku też).


Ten niebieski klocek na samej górze, walec, w podstawie ma piękną, seledynową gwiazdkę. Grzechocze najlepiej ze wszystkich, Pola też najbardziej go lubi. Bezbłędnie wyławia z całej masy innych (12-tu) klocków i potrząsa, wkłada do buzi. W zestawie jest też takiż różowy z pomarańczowym kwiatkiem, ale ten jakoś entuzjazmu małej nie budzi. Dalej jest mosteczek w print zwierzęcy (zakładając, że zwierzęta w taki wzór są żółto-pomarańczowe). Klocek nie grzechocze, ale świetnie rezonuje inne, uderzające w niego z pasją. Dalej jest piękny błękitny w delikatny, zielony prążek, klocek z truskawką (mój ulubiony) ma w środku jeszcze kulkę, która przesuwa się i grzechocze pięknie. W pomarańczowym z serduszkiem jest dzwoneczek, który (ku uciesze niemowlęcia) widać, bo po bokach klocek jest przeźroczysty (ma okienko jak statek).


Klocki muzyczne są z kategorii wiekowej 1-5 (lat!), ale Pola bawi się nimi z powodzeniem już od kilku miesięcy. Nie buduje z nich, to jasne, ale potrząsa, sprawdza co jest w środku, słucha, gryzie (ciągle - a farba ani drgnie). Ani raz nie zrobiła sobie nimi krzywdy (nie licząc oczywiście momentów, kiedy na nich siądzie, bo wtedy syrena - wiadomo) - klocki mają zaokrąglone rogi. Wyglądają tak samo niegroźnie, jak się zachowują - pokornie leżą i pozwalają niemowlęciu robić z nimi wszystko (rzut przez pokój, babr w jedzeniu - wszystko). A matce pozwalają budować nieustannie wieżę (zawsze inną) ku uciesze burzącego ją niemowlęcia. Bawią nas te klocki.


Do tego wszystkiego są piękne (moim subiektywnym zdaniem). Nie mają narzucających się kolorów, nie wyglądają tandetnie. Są przy okazji oryginalne, inne, ciekawe. Nie mówię, że lepsze, czy gorsze niż inne - są po prostu w moim guście. No, zobaczcie sami, jak dokładnie są zrobione, jak fajnie zaprojektowane, jak przemyślane kolorystycznie. Jak można je łączyć i uczyć dziecko i kształtów i kolorów jednocześnie - super!




Bardzo, ale to bardzo cieszę się z klocków Boikido. Chyba nawet bardziej niż Pola. Produkt spełnia całkowicie moje wygórowane wymagania - jest ładny, praktyczny, bezpieczny, cieszy moje dziecko, tani - czego chcieć więcej? Wyglądają na droższe, prawda? Ale 50zł to rozsądna cena za zestaw dużych, 12-tu klocków, z których każdy jest, jak osobna zabawka.

Do kompletu kupiłam jeszcze Poli tamburyno tej samej firmy i jestem nim równie entuzjastycznie zachwycona. Może wykazuję ciut latynoamerykańskiego huraoptymizmu, ale nie mogę uwierzyć, że takie ładne rzeczy, tak dokładnie wykonane, tak funkcjonalne i przyjazne dzieciom kosztują tak mało. No dobra, 32zł za tamburyno (Allegro) to może różnie zostać odebrane, tanio, drogo, ale powiedzcie sami - wygląda, jakbym musiała na nie wyciągnąć z portfela grubszą kasę! Tak samo klocki. Kiedy zobaczyłam je na jakimś blogu byłam pewna - no, to ze stówka czy dwie nie moje. Podobnie puzzle - pewnie życzą sobie kilkadziesiąć, a tu proszę - kilkanaście. Pozytywnie.




Tamburyno też jest drewniane. Wybrałam takie pomarańczowe z motywem łąki dookoła. Fajny metal zastosowany do talerzyków - brzmią bardzo melodyjnie. Różowa lamówka wieńczy dzieło i pięknie podkreśla kremowy "brzuszek" bębenka. Pola uwielbia - walić, uderzać, potrząsać, podawać (bo lekkie to dosyć). Gra, moja mała dziewczynka, swoim tamburynem, kiedy włączamy w domu skoczniejsze kawałki - nieporadnie potrząsa i próbuje naśladować rytm muzyki. Szkoda, że się myli i zamiast "grać" po prostu podskakuje na pupie przez całe mieszkanie. Ach, jak ją wtedy kocham najmocniej!

Przy dobrej zabawie, czy tam po, peany na temat produktu, który właśnie zaoszczędził matce 30 minut czasu na kawę, pracę czy inne tam domowe imponderabilia - są całkowicie uzasadnione. Nie czuję się zatem przesadzoną entuzjastka, a bardzo rzeczowo myślącą mamą, która dzieli się z Wami jednym ze swoich ulubionych produktów.

czwartek, 15 stycznia 2015

Jedziemy na ferie!

Jedziemy na ferie. A dokładniej pakujemy się na ferie. Oczywiście w myśl mojej nowej lektury postanowiłam zrobić to z Małgosią Rozenek i jej rozdziałem o tożsamym z moim tytule Jedziemy na ferie.



Propozycja PPD odnośnie spakowania walizki jest rewelacyjna i zapewne niejednemu wczasowiczowi sporo ułatwi. Moje zamiłowanie do tworzenia list i wieloletnia w tym zakresie praktyka świadczą, że znam się na temacie i potwierdzam – da się na tym zestawie przetrwać podczas wyjazdu na narty:

· kurta puchowa i sportowa
· ciepłe spodnie narciarskie
· 2 swetry
· 4 koszulki pod sweter
· 1 bluza z polaru
· Czapka
· Szalik
· Rękawiczki
· Śniegowce
· zestaw bielizny (w tym sportowej)
· skarpety (jak są to narciarskie)
· kask
· gogle

Za przydatny uważam również fragment o tym, jak dbać o narty, sanki i łyżwy, bo zazwyczaj się o tym zapomina. Zamiast jednak bawić się w ostrzenie i smarowanie osobiście uważam, że lepiej oddać narty do serwisu, a jeszcze lepiej (co uczynię) wypożyczyć na miejscu. Specyfika sprzętu zmienia się z roku na rok, wypożyczenie nie jest już aż tak kosztowne jak kiedyś. Swoje warto mieć tylko buty i kask, bo wiadomo, że pożyczanie tychże nie bywa aż tak bezpieczne (z dermatologicznych względów).

Brakuje mi jednak u Rozenek stosownej porady na temat wyboru sanek, bo żeby je zakonserwować, warto je najpierw kupić, a sanek na rynku polskim (i zagranicznym) dostatek.

Jakie sanki wybrać?
Sanki – prosta sprawa – wydawałoby się. Nic bardziej mylnego. Mogą być drewniane, metalowe, z pianką, ze śpiworem, z oparciem, bez, plastikowe, z pchaczem, dwuosobowe, ze zdejmowanym oparciem – cała masa. Widziałam np. w Dechatlonie standardowe, drewniane saneczki za kosmiczną cenę ok 150zł. Jest też oczywiście wersja droższa, za 199zł. Nie zgłębiałam różnic, bo na pierwszy rzut oka różnią się nazwą. Do kompletu można jeszcze dokupić oparcie do sanek przykręcane (niepraktyczne rozwiązanie), odkręcane (ok 50zł). Jak na mój gust - za drogo. Okazuje się jednak, że rynek ma na ten temat inne zdanie, bo np ten sklep oferuje różne sanki w zbliżonych i wyższych cenach. Atrakcyjnie brzmiące drewniane sanki składane i cena 200-300zł może mylnie sugerować kupującemu, że dostanie kompaktowy produkt, który złoży się na płasko i zmieści w każdym aucie. Tymczasem za tą zawrotną cenę dostaniemy nic więcej, jak tylko zwykłe drewniane saneczki i oparcie, które od biedy będzie można położyć obok. Ciągle są to zwykłe drewniane sanki i ciągle zajmują pół auta. 

Identyczne sanki można kupić np. w Praktikerze za cenę ok 80zł (zdecydowanie lepsza opcja!). Natomiast zwykłe drewniane saneczki, jak te od Dzieci z Bullerbyn można dostać w sieci (Allegro) już za rozsądne 50zł. 

Sanki drewniane są śliczne, ale czy na pewno są praktyczne? 

Są dość bezpieczne, bo nie mają żadnych ostrych krawędzi. Oparcie zapewnia stabilizację dziecku (i moim zdaniem powinno być używane przynajmniej do wieku przedszkolnego, sanki bez oparcia zostawmy łobuzom z podstawówki) i spokój rodzicom. Sanki są lekkie a dziecko może też samo je pchać świetnie się bawiąc. Niestety nie jest to zakup na lata, bo bez konserwacji lakier może zacząć odpryskiwać, mogą łatwiej nasiąkać wodą. Mogą też łatwiej pęknąć podczas zderzenia, np. z innymi sankami, skoku na zaspie czy innych szaleństw, kiedy zostawi się dziecko samo z ojcem - wiadomo.

Można zawsze kupić sanki metalowe. Obawę o "przytulność" i wygodne siedzisko niweluje wszechobecna gąbka, która zapewnia miękki podpupnik każdemu maluchowi. Ceny metalowych sanek są o dziwo ciut niższe niż tych drewnianych (w Praktikerze 10zł mniej, w Smyku ok 100zł).Tu z kolei trzeba dbać o ostrość płóz i pilnować, żeby nigdzie nie wdała się korozja.



Są jeszcze sanki plastikowe, które ze wszystkich uważam za najmniej bezpieczne i najmniej wygodne dla takiego małego dziecka, jak np. Pola, ale za to świetnie zmieszczą się w bagażniku i kupimy je już za 30zł. W razie niskiego budżetu można takie kupić, ale należy pamiętać, żeby zapewnić maluchowi dodatkowe podparcie, nie jechać za szybko, a szaleństwa sankowe odłożyć, aż dzidziuś podrośnie. 

Wybierając sanki pamiętajmy też o własnym komforcie: czy chcemy je ciągnąć czy pchać? Jeśli mamy psa, który lubi ciągnąć taki sprzęt warto pomyśleć o sportowych sankach do psiego zaprzęgu, ale to koszt ok 2-3 tys. zł! Ale w sumie nie widzę przeszkód, żeby nasz Atosek pociągnął takie zwykłe (pod warunkiem, że nauczy się perfekcyjnie komendy STÓJ!). 

Zwykłe sanki z pchaczem, mimo, że wyglądają okazale, nie zajmują aż tyle miejsca w samochodzie, bo pchacz się odpina, podobnie oparcie. Sanki ze sznurkiem czy z pchaczem - różnica logistyczna niewielka. Za to duża, jeśli idzie o rozmiar i śpiwór. Jeśli chcemy wydać trochę więcej można kupić ze śpiworem, który zawsze później można przełożyć do wózka. Jeśli natomiast myślimy perspektywicznie - warto kupić sanki dwuosobowe. Nie zawsze trzeba ich używać w taki sposób - oparcia są odpinane. To koszt ok 170-200zł (np. takie), ale za to bez kłótni pojedziecie całą rodziną na niedzielny, zimowy spacer. Poza tym taki koszt rozłożony na dwójkę dzieci nie jest aż tak duży. To też świetny pomysł na prezent świąteczny, urodzinowy czy inny dowolny. 

My połączymy wiele z powyższych opcji i pożyczymy (najbardziej ekonomiczna wersja) sanki metalowo-drewniane z pchaczem od mojej siostry, a na kolejne święta kupujemy podwójne!

Wracając jednak do PPD: Małgosia pisze o konieczności przeglądu samochodu przed wyjazdem. Zgadzam się, bo hamulce zimą mają działać, jak żyleta, nie można utknąć nigdzie z niemowlęciem na pokładzie. Przegląd jest równie ważny, co odpowiednie zapakowanie samochodu. Bezpieczeństwo nie kończy się na wymianie płynów w aucie i zimowym spryskiwaczu. 

Jak przygotować auto do podróży?
Wiadomo - standardzik: zimowe opony (przypominam - wymieniamy, gdy temperatura spada do 6-7 stopni, nie poniżej zera!), wymiana piór w wycieraczkach (brudna szyba to bardziej zmęczone oczy i zmniejszony czas reakcji na drodze), zimowy płyn do spryskiwaczy. Jedziemy bezpiecznie, na śliskiej nawierzchni zmniejszamy obroty - te sprawy. 

Ale jest kilka rzeczy, o których lubimy zapominać, a mają ogromny wpływ na bezpieczeństwo. Przede wszystkim: czy wiesz ile ważą rzeczy podczas zderzenia? Komórka standardowej wagi (200g) przy zderzeniu ok 50km/h uderza z siłą 6 kg! Walizka - 900kg. Torba z laptopem - 45kg, zwykła butelka z piciem - 30kg. Pies (15kg) rozpędza się i uderza z siłą 450kg, a zwykły tablet z siłą 15kg. Więc mając to na uwadze pamiętajmy: kabina auta to nie bagażnik! Płyty przechowujemy w uchwytach, drobiazgi w kieszeniach na drzwiach bądź siatkach za siedzeniami. Dodatkowo przy pojazdach typu combi/SUV stosujemy maty na bagażnik lub siatki trzymające bagaże w ryzach, jeśli mamy kratkę to wystarczy. Najcięższe przedmioty wkładamy na spód, żeby w przypadku hamowania nie nabrały pędu i nie "wjechały" w pasażerów z dużą siłą. Pasażer przedniego siedzenia nie wiezie nic na kolanach (chyba, że marzy, by torba z kanapkami odbiła się od poduszki powietrznej i uderzyła go w twarz z prędkością 300km/h - co kto lubi). Jest więcej takich zasad, ale zamiast je wszystkie tu przytaczać odeślę do playfulskoda.com, gdzie znajdziecie ich więcej - nie wszystkie przydają się na wyjazdach zimowych - wiadomo.

Warto pamiętać jeszcze o bezpieczeństwie w razie wypadku/awarii: gaśnicę, trójkąt i apteczkę wyciągamy na wierzch, żeby mieć do nich dostęp (ludzie uwielbiają je przewozić w schowku na koło zapasowe). Narty przewozimy na dachu, przewóz w środku, kiedy jedzie z nami niemowlę, zostawmy miłośnikom ekstremalnych wrażeń. 

Nie wspominam o fotelikach (wiadomo, RWF, do poczytania tu), ale dodam tyko, że dziecko powinno jechać od strony pasażera. W razie wypadku łatwiej jest ratownikom dostać się do dziecka od strony pobocza. Poza tym - umieszczamy na szybie naklejkę, że jedziemy z dzieckiem. Wtedy, w razie wypadku, ratownicy najpierw szukają dziecka, potem dorosłych. 

Apteczka
Rozenek pisze jeszcze o apteczce. PPD radzi by wziąć: maść na stłuczenia (Voltaren, Altacet), środki przeciwbólowe, środki przeciwgorączkowe (teraz to to samo), opaskę elastyczną, kompres, bandaż podtrzymujący, środki do dezynfekcji (Octenisept), maść na odmrożenia (np. Cicaplast z La Roche Pose), środki na przeziębienie. My dorzucamy jeszcze leki na alergię (bo oboje mamy po kilka każdy) i osobną apteczkę dziecięcą, a w niej: paracetamol w syropie, woda morska do nosa (na wypadek kataru), plastry dziecięce (mają inny klej i ciekawe wzorki - warto kupić te dedykowane maluchom), lek na alergię dla maluszków (Ketotifen), sól fizjologiczna. Przed podróżą na wszelki wypadek przypominamy sobie zasady pierwszej pomocy i w drogę. 



My jedziemy na noc, bo Pola nadal protestuje w czasie jazdy. Dlatego nie potrzebujemy wypełniaczy czasu dla dziecka i będziemy się rzadziej zatrzymywać. Pytałam pediatry i mówi, że w naszej sytuacji niesubordynacji i buntu pasażerskiego mamy po prostu jechać ile się da. Pola jest też duża, więc zakładam, że na trasie 800-900km uda się z 2-3 przerwami dojechać. To nasza pierwsza, tak duża wyprawa autem, ale w sumie w najgorszym wypadku posiedzimy dłużej w jakimś austriackim auto-grill'u, Pola będzie się bawić do zmęczenia, a ja pochłaniać szarlotkę z sosem waniliowym na gorąco i zdawać relację na blogu z międzynarodowych wojaży naszej córy. 






poniedziałek, 12 stycznia 2015

Konkurs: do wygrania produkty HIPP (i trochę o słoiczkach)

Dostałyśmy z Polką paczkę od firmy HIPP. Jak do tego doszło? Na blogu Raczkując w świat przeczytałam dawno, dawno temu o różnych firmach, które oferują swoim klientom miłe upominki - np. za zapisanie się do Klubu Maluszka HIPP - co natychmiast uczyniłam. Lubię gratisy, bo kto ich nie lubi? To taki miły gest ze strony producentów świadczący o ich dbałości o mnie, o klientkę. Czuję się wtedy doceniona, jakby ktoś rozumiał, że zapracowałam na każdą złotówkę w portfelu i wydawanie ich na tę a nie inną firmę to akt zaufania. Doceniam producentów, którzy cenią swoich klientów. Ale Klub Maluszka z HIPP to nie tylko szansa na darmowe jedzonko. To przy okazji fajna platforma pełna informacji na temat żywienia dzieci. Można tam wziąć udział w czatach z lekarzami, poczytać fachowe porady. Ba, jak odpowiednio wypełni się wszystkie rubryki HIPP będzie prowadził nas za rękę w zasadach żywienia i co miesiąc przysyłał update na temat tego, co można już, a czego jeszcze nie można wprowadzać do diety naszych maluszków. Świetna opcja dla mam, które są zapracowane, albo zwyczajnie nie wiedzą, skąd wziąć te wszystkie informacje. Zwłaszcza, że dane dotyczące przykładowo rozszerzania diety dzieci ewoluują i co chwila ukazują się jakieś eksperckie aktualizacje, jak chociażby rewolucja z jajkiem: jak to? Nagle podajemy całe? I to z białkiem? - zawrzało w konserwatywnych kręgach naszych mam i babć. Warto być na bieżąco, a dzięki takiemu portalowi nie trzeba się specjalnie wysilać w szukaniu informacji rozsianych po całym Internecie. A HIPP źródła ma dobre, bo co chwila firmują to dobrymi nazwiskami ekspertów albo instytucjami z wieloletnim doświadczeniem w żywieniu dzieci.



Ale jak to? - powiecie zaraz. To nie gotujesz dla swojego dziecka? Tylko słoiczki? To przecież jak fast food dla dzieci! - czytałam taki i podobne opinie na temat podawania niemowlętom jedzenia ze słoików. No, ale ja tak nie myślę. Pewnie, wolałabym, żeby mała wcinała razem z nami polędwiczki wieprzowe w sosie z pomidorów suszonych i żurawiny, na śniadanie jadła z nami jogurt z domowym musli albo piła kompoty z naturalnych owoców - niestety nie da się. Moje dziecko przeszło gehennę z rozszerzaniem diety, a ja razem z nią. Świetnie idzie jej jedzenie kawałków, ma perfekcyjnie opanowany chwyt szczypcowy. Finezja, z jaką pochłania makaron doprowadziłaby Małgosię Rozenek do zapaści. Pola uwielbia bawić się jedzeniem i dla niej to, co na talerzu to zwyczajnie wyzwanie - zachęta do rozrzucania. Ma też ograniczoną wysiedzialność, a karmienie jej kawałkami trwa u nas bardzo długo. Zmikswoanego żarcia od mamusi zwyczajnie nie chce, bo papki już jej nie interesują. Słoiczki natomiast pasują jej bardzo. Konsystencja jest fajnie zróżnicowana, smaki są dobrze dobrane do niemowlęcych możliwości poznawczych. Jeden słoiczek to jeden obiad i kolejnego dnia można już podać coś innego. Kombinacji multum, do wyboru, do koloru. Poza tym warzywa w słoiczkach i mięsa z pewnych źródeł, dobrze dobrane - a umówmy się, ja nie mam czasu (ani ochoty) latać po eko bazarkach i kupować turbo drogiego kurczaka dla Polki, a dla nas barachło z Tesco. Robię jedne zakupy dla całej rodziny, ok 23:00 w całodobowym Tesco, zamawiam często przez Internet. Dla Poli kupuję słoiczki bo są bezpieczniejsze jakościowo niż mięso pakowane 3 dni temu kupione w środku nocy. Nie zjada tylko tego. Pola uwielbia jajka (do wczoraj), więc zjadała jajecznicę, jajko na miękko, na twardo. Dziś na śniadanie jadła (o zgrozo!) parówkę! I dogryzła serkiem Tartare, choć jej nie wolno (bo mleko). Czasem łaskawie zgodzi się zjeść kaszę manną z sokiem owocowym albo owocami (jabłko bywa w łaskach, częściej śliwki). Przy niedzieli rosół, okazyjnie zupy (gęste, z mięskiem), np.: na ten tydzień planuję ogórkową, dyniową. Na kolację będą kluski na parze albo szparagi - jeszcze nie zdecydowałam. Nie gotuję więc specjalnie dla Poli, bo jest już na tyle duża, że spokojnie może jeść to, co jedzą rodzice (a rodzice jedzą zdrowo i dobrze - co widać). Słoiczków nie podaję jako jedynych posiłków, ale są świetnym backupem na wypadek marudzenia przy stole, czy czegoś, co zwyczajnie małej nie smakuje. Sprawdzają się w terenie, na imprezach rodzinnych (gdzie nikt menu nie dostosowuje do dziecka), na wyjazdach są zbawieniem. Nie trzeba się wtedy martwić o to czy kucharz rzeczywiście podsmaża coś bez oliwy, albo czy zupa wystarczająco lekka i nieprzyprawiona. 



Dlaczego wybieram HIPP? Przekonałam się do tej marki od mleka, które kiedyś dała nam pediatra. Kupowałam z HIPP'a produkty, żeby stanowiły swoje uzupełnienie. Poza tym kompozycje smakowe wydawały mi się ciekawsze, niż w innych słoikach (ale o tym dopiero napiszę). Przede wszystkim HIPP ma dużo smaków, które nie zawierają wszechobecnej marchewki, a to dla mnie bardzo ważne, po podejrzewam tę marchew o nieestetyczne grudki na buzi Poli od czasu do czasu. No, i chyba kupowałam HIPP, bo Polce smakowało. Zachęcona dobrą passą na linii ja - marka, zgłosiłam się do testowania produktów i ku mojej (i mojego portfela) uciesze HIPP przesłał nam cudą przesyłkę pełną dobroci, które mała Pola bardzo lubi (o czym też jeszcze napiszę).




No, ale najważniejsze, że dla czytelników Instytutu Doświadczeń HIPP także przygotował małe co nieco! To zestaw: box z łyżeczkami, pudełko na przekąski, kubeczek, teczuszka maluszka, musy owocowe w kubeczkach 4x100g, Jabłka Banany (po 4 mcu). Ktoś reflektuje? Oddam w dobre ręce, ale nie całkiem darmo. Trzeba przysłać do mnie (na instytutdoswiadczen@gmail.com) zdjęcie maluszka z jego ulubionym produktem ekologicznym HIPP. Konkurs potrwa do 7 lutego 2015 do godziny 23:59. 



Na koniec jeszcze tylko trochę formalności:

Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest blog Instytut Doświadczeń.
2. Sponsorem nagród i wysyłki nagród jest firma HIPP.
3. Konkurs trwa do 7.02.2015 do godziny 23:59. 
4. Zgłoszenia proszę przesyłać drogą e-mailową (na instytutdoswiadczen@gmail.com). W zgłoszeniu powinno znaleźć się imię, nazwisko oraz adres email uczestnika. 
5. Wysyłając do nas zgłoszenie wyrażasz zgodę na publikację Twojej pracy konkursowej na blogu Instytut Doświadczeń i fan page bloga na Facebook'u.
6. Przy wyborze wezmę pod uwagę jedynie te osoby, które spełnią powyższe warunki uczestnictwa.
7. Najciekawsze zdjęcie wygra zestaw upominków od firmy HIPP - box z łyżeczkami, pudełko na przekąski, kubeczek, teczuszkę maluszka, musy owocowe w kubeczkach 4x100g, Jabłka Banany (po 4 mcu). 
8. Wyniki konkursu na blogu do 10 lutego 2015, do godziny 23:59.

Zapraszam do zabawy!

środa, 31 grudnia 2014

My się zimy nie boimy!

Na dworze pogoda jak z kartki kalendarza. Odłożyłam więc na później mycie głowy i pieczołowite prostowanie grzywki (w końcu, jeśli theme Sylwestra to nowe polary z Lidla chociaż tyle mogę zrobić!), zapakowałam dziecko w kostium bałwanka (popularnie zwany kombinezonem) i poszliśmy całą rodziną na sanki.

To świetna okazja do krótkiego omówienia sprzętów zimowych, które ułatwiają nam, rodzicom, przebywanie z dziećmi na dworze.

Wisła: Jawornik
Wisła: Jawornik
Wisła: Jawornik
Wisła: Jawornik


Kombinezon:
Kupiliśmy dla Poli kombinezon ze Smyka, bo był tani i wydawał się ciepły. Teraz widzę, że ma sporo wad i drugi raz bym go nie kupiła. Przede wszystkim rękawki i nogawki: przy rękawkach, które generalnie zostają na miejscu, zamontowano ściągacze, które mają pewnie chronić przed wiatrem i śniegiem. Niestety, ich dodatkowa funkcja to wkurzanie dziecka i rodzica, bo kombinezon robi się przez to sztywny a rączka w zasadzie traci swobodę. Rękawiczki się nie trzymają, pod ściągacz ich wcisnąć nie da rady. Rękawiczki kombinezonowe ciągle spadały i nie sprawdziły się za dobrze, dałam Poli inne (jak się dziś okazało - za małe, ale to szczegół). Z kolei nogawki kombinezonu takiego ściągacza nie mają, a tam by się akurat przydał. Każde podniesienie dziecka odsłania łydkę i nic nie poradzisz, trzeba znów malutką sadzać, stawiać, poprawiać - niekończąca się zabawa - jestem zbulwersowana tymi rozwiązaniami technicznymi. Do tego kaptur, który spada i jest za duży, żeby chronił główkę od wiatru - estetycznie dynda nam z tyłu, ot co. Jedyny plus, to, że kombinezon jest cieplutki i Pola w nim nie marznie. Po sezonie zimowym sprzedam go na Tablicy albo puszczę dalej, bo przy kolejnym dziecku oszalałabym chyba z takim sprzętem kolejną zimę.



Czapka, szalik, rękawiczki:
 czyli zestaw denerwujący matkę i dziecko wprost proporcjonalnie. Czapka spada na oczy, szalik się przesuwa i odsłania szyję rękawiczki spadają bądź są ściągane przez delikwentkę. Tak jak kwestię 1 i 2 jakoś rozwiązałam, tak rękawiczki dalej mamy na siłę i niedopasowane, ale i tak etap dalej, bo używamy tych łączonych sznurkiem - dzięki temu nie muszę się martwić, że je zgubię.

Czapka najlepsza na świecie to prezent od mojej siostry, pilotka z Elodie Details zapinana na rzep pod szyją, wyściełana polarkiem. Z zewnątrz nieprzemakalna, jak nasz śpiworek do wózka. Pięknie wykonana w idealnym, acz z potencjałem na przyszłość, rozmiarze 12-24 miesiące. Zakończona spektakularnym pomponem. Nie zjeżdża na oczy, nie trzeba jej wiecznie poprawiać - jest idealna. Być może dokupię do kompletu też rękawice zimowe - co prawda bez sznureczka, ale może będą siedzieć na łapce?



Zamiast szaliczka używałyśmy do tej pory apaszek polarowych z Zazzu, ale ostatecznie porzuciłam płonne nadzieje, że kiedykolwiek ochronią moje dziecko przed zimnem i zaopatrzyłam nas (czy raczej Gwiazdka) w praktyczny golfo-szalik z Cocodrillo. Przyzwoita cena, fajne kolory. Świetnie chroni przed zimnem, dobrze przylega, nic nie podwiewa, nie trzeba się martwić.

Spodnie i kurtka:
Mamy jeszcze zestaw backupowy: spodnie narciarskie i kurtka zimowa. Kurtka jest z ZARY i zdecydowanie się sprawdza: ciepła, wygodna, miękka, ładnie leży. Początkowo kupiłam granatową, ale zły rozmiar. Wymieniałam na mniejszą, ale już granatu nie było (chlip, chlip). Wzięłam blady róż. Bywa to niefunkcjonalne (kiedy zapaćka się jedzeniem), ale całościowo produkt tak dobry, że nie ma na co narzekać. Do tego ubieram Poli zimą spodnie narciarskie ze Smyka. Bardzo fajne, nigdzie nie podwiewa, buciki się nie zsuwają, podnoszona Pola nie świeci gołą łydką - dobre są. Jednakowoż zrobienie takich spodni z NIEODPINANYMI SZELKAMI to jakiś horror logistyczny. Jestem pewna, że projektował to facet w wieku 20+ bez dzieci. Wyobraźcie sobie, że chcecie szybko i sprawnie niemowlę przewinąć, choćby w toalecie na stoku czy w aucie (sytuacja podbramkowa). Szybko w takim układzie równa się rozebrać całe dziecko, przewinąć, ubrać ponownie. Minus za logikę.



Buty: 
Kupiłam dla Poli kozaki ze Smyka, marki Cool Club. Fioletowe, lakierowane, na rzepy i na zamek. Twarda podeszwa, usztywniane w kostce - Pola robi pierwsze kroczki, chciałam, żeby było bezpiecznie. Niestety buciki, które mi się podobały (Ecco, Primigi) oscylowały wokół 300-400zł! To zdecydowanie pomyłka, jeśli mowa o dziecięcych bucikach. Te ze Smyka kupiłam za 90zł (na przecenie 50%) i nie wyobrażam sobie innej ceny takich butków. Przyjdzie pora na poważny sprzęt z goretexu, kiedy mała będzie biegać samopas, pewnie w przyszłym sezonie. Tymczasem takie muszą wystarczyć, a wymiennie używamy jeszcze czasem tych góralskich, kupionych w Bukowinie u starej góralki. Ciepłe, wiązane, siedzą na nóżce. Polecam wszelkim niemowlęcym mamom!



Krem na buzię:
To poważna sprawa, bo przecież skórka na buzi takiego malucha jest bardzo delikatna. Zwłaszcza u Polki. Odkąd wróciliśmy z gór zmagamy się z rumieńcami na policzkach - czy to z przemrożenia, czy z alergii - nikt nie jest w stanie orzec, ani dermatolog, ani pediatra. Mówią, że obie opcje prawdopodobne. Siedziałyśmy przez tydzień w domu, nosa Pola nie wystawiała na zewnątrz, rumieniec się zaostrzał. Po wyjściu dzisiaj - też. Ręce matczyne opadają, ale buzię smaruję kremem najlepszy, jaki mam i jaki mi Lady Mama, dermatolog dziecięcy, zakupiła i stosować kazała - IWOSTIN SENSITIA, Krem ochronny z lipidami na zimę SPF 15, UVA 8. Ważne: używamy OD 3 miesiąca życia (najlepiej o skończonego 3-go!). Jak na dermokosmetyk to cena całkiem rozsądna (20-30zł).



Sama jestem zimowym ludzikiem i śnieg uwielbiam, dlatego chcę, żeby i moja córka go polubiła. A stać się tak może tylko, jeśli będzie jej na tym śniegu sucho i ciepło. Dlatego przed wyjściem zmieniamy pieluchę, ubieramy się ciepło, a na dworze szalejemy ile sił w płucach wspinając się na pobliskie górki, zjeżdżając na... jabłuszku (oczywiście z tatą), na sankach (też z tatą, albo z kuzynką Ulą). Czasem Pola na śniegu swawoli, czasem na rękach, czasem w wózku. Często przyjmuje taktykę: nie ruszam się, niech ten mróz minie. Wtedy litujemy się nad nią i wracamy do domu. A w domu, wiadomo - najcieplej.