wtorek, 6 maja 2014

Maj rozpoczęty końcem drugiego miesiąca

Dziś 6-ty maja. Po 1-szym i 3-cim niby taki sobie zwykły dzień, ale w rzeczywistości o wiele ważniejszy. Polka kończy dziś równo 2 miesiące. Niby nic się nie zmieniło przez ten czas, bo dni podobne do siebie jak bliźniaki jednojajowe. A jednak wszystko wywrócone do góry nogami, bo przecież Pola rozwija się w galopującym tempie. Tyle pierwszych rzeczy nam się przydarzyło przez ten miesiąc!

1. Pierwsze Święta Wielkanocne, a co za tym idzie najazd rodziny. W Święta wlicza się też wyprawa aż do Zabrza, premiera kilku sukienek. Do tego wesołego Alleluja doliczamy też imprezę urodzinową Wujka z Niemiec, bo dzień po. Pola przeżyła więc bardzo dużo w te 3 dni świętowania.

2. Pierwsze szczepienie Poli. Okupione płaczem malutkiej i jej mamy. (23.04.2014, dzień 48)

3. Pierwsza wyprawa do sklepu z małą dziewczynką. Co prawda tu, na naszą wieś, ale zaliczyłyśmy odzieżowo-dziecięcy, pasmanterię i kwiaciarnię. Pola na wszystkich robiła wrażenie ślicznej, spokojnej córeczki. (24.04.2014, dzień 49)

4. Pierwsze uśmieszki na dźwięki Kubusia Puchatka. Od tego momentu każdy dzień zaczynamy od rodzinnego zaspiewu: "Już pora wstać, wyruszyć z domu..." a malutka śmieje się i raduje. (25.04.2014, dzień 50)

5. Przystanek Śniadanie czyli poranek Poli w towarzystwie innych maluszków (Milly, Kropki, Aleka). I trochę radości dla mamy. Obżarstwo dla taty i dużo radości. (27.04.2014, dzień 52)

6. Pierwszy wyjazd do Wisły. Legendarne majówki w tym roku awansowały do spełnionych przepowiedni. Kiedy pierwszy raz pojechałam tam ja, by poznać znajomych męża, jedna z koleżanek mówiła: "A kiedyś będziemy tu przyjeżdżać ze swoimi dziećmi". Czyżby trzeba było się teraz obawiać, że młode pokolenie niebawem nas wygryzie z Wisłowania? (1.05.2014 - 5.05.2014, dni 56-60).

A nam co przydarzyło się przez ostatni miesiąc? Osobiście wpadałam momentami w paranoję, kiedy Pola reagowała alergicznie na niemal wszystko, co jadłam. Jej buzia przypominała momentami stronę z podręcznika do dermatologii. Panikowałam i smuciłam się widząc kolejne zmiany. Na szczęście chwilowo wszystko się wyciszyło i Pola ma znów piękne, różowe policzki. Stres przelewałam na wszystko. Głównie na męża. Połączony z niewyspaniem owocował coraz to nowymi kłótniami: o brak wiary w siebie (mnie), o opiekę (moją i jego) nad małą, o kontrowersyjne decyzje tekstylne ("W to ją ubrałeś?!". Sytuacja nie sprzyjała zacieśnianiu więzi małżeńskiej. Momentami miałam ochotę zamknąć przed mężem drzwi na kluczy i wymienić zamki. Ten znosił moje humory ze stoickim spokojem. Szukał ich źródła, a kiedy znajdował - zaradzał. Dużo rozmawialiśmy - co ciekawe - o nas. Pierwszy raz skupiliśmy się na sobie, na tym czego od siebie oczekujemy w tej nowej sytuacji. Chyba nigdy wcześniej nie ustalaliśmy tak jasno swoich priorytetów. Może teraz, po tych dramatycznych dyskusjach, skończy się laptopowanie, kiedy tylko Pola zasypia, a w zamian znajdziemy więcej czasu dla siebie samych? Wiosna idzie, czas na miłość!

Ostatni miesiąc był ciężki, ale też dużo nas nauczył, chyba więcej niż poprzedni. Przede wszystkim zrozumiałam, że nie muszę być przy Poli 24/h. W Wiśle spała niemalże 2 metry ode mnie i nie stało się nic strasznego. Coraz częściej po prostu obserwuję, jak mała zamaszyście walczy z grzechotkami i zabawkami z maty edukacyjnej. Coraz ufniej zostawiam ją też samą z mężem i schodzę na dół szyć. Może niebawem wypuszczę ich samych z domu?

Było też wiele radości, bo Pola w końcu zaczęła do nas gadać. Pewnego dnia zaczęła z radością gaworzyć i nie przestaje do teraz. Czasem zdarza jej się też zaśmiać na pełen głos. Przypadek? Nie sądzę. Położyłam się ostatnio na dywanie i próbowałam oglądać świat z perspektywy leżącego niemowlęcia. Widok zbliżającej się do mnie buzi męża - przezabawny. Nie dziwię się jej radości. Cieszę się też, że my to wszystko sprawiamy. Musi się czuć z nami dobrze i bezpiecznie. Stąd te uśmiechy, radosne posiłki, spokojne drzemki. Pola śpi w nocy coraz więcej, budzi się tyko raz. Potrafi przespać do 7 godzin. A ja to wszystko skrupulatnie notuję. Chyba już czas na zakup porządnego kalendarza maluszka, bo ten prowizoryczny zaczął się już rozpadać. A to dopiero koniec drugiego miesiąca!

Świat Poli trochę senny, świat mamy zasypia razem z małą córeczką. Tak kończymy 2-gi miesiąc

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pokrowcyk

Dziś na dworze źle, szaro i buro. Nawet jednej bezdeszczowej godziny nie było, cobym mogła Polę przewietrzyć trochę. Okien nie pootwieram, bo dachowe. Impas. Zaczęłam z nostalgią wspominać, jak dwa dni temu byłam z małą na spacerze, przedwczoraj w Katowicach... Zaraz, zaraz - z nostalgią? Spacery poprzedzone są u mnie organizacyjną walką, zbieraniem gadżetów w postaci butelki, pieluszki na zmianę, zapasowych rzeczy, kilku moich drobiazgów, kocyka, poduszki i idziemy. Jeszcze 200 metrów za posesją zastanawiam się, czy mam wszystko. Postanowiłam zatem system nieco uprościć i uszyłam kocyk połączony z poduszką na stałe, który może dodatkowo służyć jako pokrowiec na nosidełko samochodowe. Miks nazwałam pokrowcyk. Można go kupić np. na DaWandzie (link tu). A dla każdego, kto przeczyta... specjalny rabat majówkowy  na wszystkie produkty ID!

Pokrowyk w naszym nosidełku. Pasy przeciągnięte są przez ładnie obszyte dziurki, co nie zmienia funkcjonalności fotelika. Może być dwustronny - albo patrzymy na parasolki (na łososiowym tle), albo na dresówkę. Zazwyczaj widać obie strony. 

U góry wszyta jest poduszka z dwoma bokami amortyzującymi ruchy główki (pomysł inspirowany poduszką antywstrząsową od Ekoubranek). Dół to kocyk do przykrycia bobasa.

Dwustronność jest też funkcjonalna. Dresówka jest cieplejsza, lepiej grzeje, jak zimno. Bawełna cieniutka, sprawia, że dziecko mniej się poci. Pola ma ciągle problemy ze skórą, jak jest jej za ciepło, ale bez kocyka - za zimno. Bawełniana strona ratuje nas przed kolejnym wysypem potówek - małej jest przewiewnie, ale ciepło.

A na pierwszym planie detale wzoru w parasolki. Wzorów mam jeszcze sporo - są balony, psy, gwiazdki, wzór norweski, paski świąteczne...
Udostępniajcie, bo promocja tylko do 12.05! Na blogach i facebookach :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Przystanek Śniadanie

Ach, co za dzień! Po moich wczorajszych "francuskich" lekturach niemalże uwierzyłam, że gminna mądrość znad Sekwany spłynęła na moją zdolność wychowawczą. Pola obudziła się w nocy tylko raz, pojadła na śpiocha i dzielnie spała dalej. Schemat 20:00 - 2:30 - 8:00 całkowicie nam z mężem odpowiada. Czy Poli wejdzie w nawyk? 


Obudziliśmy się wyspani i zdziwieni. Laktacja szalała zdezorientowana (połowa we mnie, połowa już wypływała w najlepsze) - czy to już czas na nocne wkładki laktacyjne? Kiedy Pola spokojnie jadła swoje pierwsze śniadanie mama (czyli ja) już planowałam swoje kolejne. Tym razem w mieście. Obdzwoniłam, ob-sms-owałam i już pakowałam małą do samochodu. Siostra wzgadziła propozycją wybrania się na Przystanek Śniadanie. Oglądała (ze swoją 2-letnią córą!) relację z kanonizacji. Druga siostra (a raczej jej mąż) poinformował, że w planach mają basen, a nie miejskie obżarstwo. Trzecia siostra nie ma dzieci, w sumie dziwię się teraz, że pominęłam ją w tym zaproszeniu. Ma przecież psa (a ile tam było tych psów!). Ostatecznie skład piknikowy ograniczył się do dwóch rodzin: naszej i tej z Tarnowskich Gór. Tak przynajmniej myślałam. Na miejscu czekała mnie jednak przyjemna niespodzianka. Udało mi się bezbłędnie zlokalizować (po wózku, torbie i ślicznej córeczce) Zuzi Clowes. Później dołączyła jeszcze Ruby Soho (rozpoznana po nosidełku i całej rodzince). Ależ miło się z dziewczynami gadało. Wszystkie mamy przecież dzieciaki w podobnym wieku (+/- 3 tygodnie). Kropka urodziła się chwilę przed Polą. Pamiętam jeszcze jak utknęłam na tej nieszczęsnej porodówce i z nudów przeglądałam "księgę gości" z wpisem m.in. Ruby. Miło było w końcu spotkać się na żywo. Cieszy mnie to tym bardziej, że spotkanie było nieplanowane. Tak mi przyszło do głowy namówić męża na katowicką eskapadę. Dobrze, że miał męskie towarzystwo, bo wynudziłby się biedak wśród tych babskich rozmów o akcesoriach, karmieniach, odparzeniach itp. itd. Mała Mi od Zuzi też cudny bobas. Malutka dziewczynka spała grzecznie w swoim wózeczku nieczuła na trajkotanie innych mam. A jak fantastycznie wyglądała w tych dżinsach! Sama pozazdrościłam i chyba Polce niebawem takie sprawię. Mama też robi wrażenie. Dobrze, że jej Towarzysz Mąż ostatecznie się pojawił, bo to niebezpiecznie taką żonę samą na długo w miasto puszczać ;). Do kompletu jeszcze ja z Polką i Agata z malutkim Alkiem. Chłopak od małego trafia na babskie towarzystwo. Na sali szpitalnej był ponoć otoczony samymi dziewczynami, dziś leżakował sobie w towarzystwie dwóch (a później i trzeciej) ślicznych dziewczyn. 

Zdecydowanie lepsza foto relacja u Zuzi


Maluchy wyglądały wybornie. Mamy jakby odżyły. Oczy wydawały się mniej zapuchnięte, zmęczenie nagle uleciało, wigor zastąpił ogólną niechęć. Chodziłyśmy z Agatą po stoiskach z nostalgią patrząc w kierunku grillowanych mięs. Stanęło na naleśnikach. A i tu impas, bo naleśniki z mlekiem, i z dżemem. Mimo usilnych próśb pani nie była w stanie nałożyć nam wiśniowego dżemu, tylko niewiele myśląc zaserwowała matce karmiącej truskawkową bombę. Nauczona doświadczeniem kelnerskim z młodych lat postanowiłam swojej porcji dopilnować:
Ja: Wiśniowy dżem proszę
Pani: Jest Pani pewna?
Ja: ...
(a po chwili widząc zbliżające się niebezpieczeństwo)
... Czy może Pani jednak użyć do nakładania innej łopatki? (Ta była cała ubabrana nieszczęsną truskawką)
Pani: Taką mam tylko (powiedziała ze smutną minką prezentując mi profesjonalny lizak cukierniczy)
Ja: (bagatelizując) Oj tam, oj tam. Poradzi sobie Pani.
W zamian otrzymałam naleśnika z dżemem wiśniowym i najgorsze spojrzenie w historii nienawiści.

Dialogów zapadających w pamięć było sporo. Mąż Agaty brylował dowcipem ("Nie mówić nikomu co robimy! Dziś chcemy być sami, musimy odpocząć" - jako riposta na nadopiekuńcze i wszechogarniające Matki Polki czyli nasze Lady Mamy). Wzorem tego założenia skarciłam męża, że śmiało opowiada mojej Teściowej o tym, co robiliśmy dzisiejszej uroczej niedzieli. Suma sumarum chciałam miły dzień mu zorganizować, skończyło się jak zwykle. Czym będę musiała go teraz przepraszać, skoro na jedzenie postawiłam rankiem?



sobota, 26 kwietnia 2014

O wychowaniu, czyli lista lektur

Polka ma nowy zwyczaj. Od kilku tygodni karmienie traktuje jak okazję do drzemki. Cały dzień upływa nam na radosnych pląsach (głównie moich wokół małej). Gadam jak nakręcona, zabawiam, przytulam, noszę, pokazuję, opowiadam. Pola zachwycona rozgląda się dookoła niczym wykręcając ciekawsko szyję niczym zwiadowczy peryskop. Wraz z przyrostem wagi skończyło się siedzenie w bujaczku. Córeczka chce teraz z wysokości matczynych ramion oglądać świat. Nie krzyczy, nie płacze, ale smutno patrzy, kiedy odmawiam. Szybko się łamię i po kilku godzinach zabawy marzę tylko, by Pola ucięła sobie kilkugodzinną drzemkę. W końcu tyle fascynujących rzeczy na mnie czeka: pranie, prasowanie, szycie, sprzątanie, kota trzeba wpuścić/wypuścić. Nie wspominam o prysznicu, śniadaniu/obiedzie! Zamiast spokojnie śpiącego w swoim łóżeczku niemowlęcia mam jeszcze słodszą córę wtuloną w moją pierś. Budzi się, gdy tylko zbliżę się do kołyski! By trochę pospała siedzę dzielnie pół godziny z małą w ramionach, aż zaśnie na tyle mocno, by można ją było jednak odłożyć. Gdy tylko jej małe, ciągle jeszcze granatowe, oczka zaczynają się zmrużać wyciągam zza oparcia fotela książkę i oddaję się lekturze. W trakcie tych sennych karmień udało mi się już skończyć zaczętą na porodówce Shirley Charlotte Bronte (przyznam, zaskakująca książka), przeczytać lekturę obowiązkową Śpiewaj ogrody Pawła Huelle (o tym niebawem) i zacząć nową książkę (o której dziś).

W Paryżu dzieci nie grymaszą to fabularyzowany poradnik z gatunku, o którym nateoretyzowałam się na wielu już konferencjach. Priv-lit, bo o tym mowa, w tym przypadku nie drażni (jak Jedz, módl się i kochaj, czy inne podobne książki). By lepiej zrozumieć konwencję, o której mowa odsyłam do artykułu Wojtka Orlińskiego Jedz, módl się, wydawaj. Tekst dobry, choć to kalka z magazynu Bitch, który to termin literaturę poradnikową pisaną przez kobiety społecznie uprzywilejowane nie tylko wylansował, ale przede wszystkim trafnie podsumował i zdiagnozował, jako zjawisko psychologiczne. Link tutaj. Nie będę nudzić o genologii zjawisk w literaturze, bo do roboty na Uczelni wracam dopiero po macierzyńskim. Jeśli chęć jest polecam książkę Mody w literaturze i kulturze popularnej, gdzie dość można się naczytać na ten, i wiele innych tematów. W Paryżu... także przedstawia nam pewną ułudę, do której nie każdy ma dostęp: życie w klasie średniej lub wyższej, w Paryżu, za pieniądze z zaliczki na książkę, mimo zwolnienia, z miłością swojego życia. Brzmi nieźle, choć pewnie co druga z nas od razu racjonalizuje i wie jak rzeczywistość weryfikuje takie scenariusze. Niemniej jednak książka przyniosła mi obiecującą wizję: matki, której dziecko nie wybrzydza, nie grymasi, nie robi scen, nie podjada między posiłkami, przesypia noce już od 4-go miesiąca życia, jest zdyscyplinowane, grzeczne, spokojne, a do tego szczęśliwe, kreatywne i z zacięciem poznaje otaczający go świat. Do tego oczywiście mamusia jest radosna, zadbana, wiedzie udane życie towarzyskie mimo niemowlęcia uczepionego u piersi. Autorka przekonuje, że niemalże cały francuski naród w taki właśnie sposób wychowuje swoje dzieci. Jak to możliwe?

Ponoć to proste. Wystarczy wtłoczyć swoje dziecko w sztywne ramy kilku kategorii, np.: posiłki, spanie, telewizja. Reszta ma być dla maluchów miejscem wolności, a przede wszystkim wolnego wyboru. Dziecko ma być otoczone zasadami gwarantującymi mu spokój, rutynę, poczucie bezpieczeństwa. Dopiero w takich warunkach malec ma szansę być dogłębnie szczęśliwy. Wszytko można ponoć osiągnąć metodą takiego francuskiego wychowu. Oczywiście autorka zestawia ze sobą taki model wychowania z modelem amerykańskim, przez co kontrast jest większy. Nie wiem jeszcze jak wygląda to w Polsce. Do tej pory dzieci unikałam, znam zaledwie kilka młodych mam i nie spotykamy się za często. Przedstawiony mi w książce system amerykański przypomina szalony rollercoaster, gdzie rodzice podporządkowani są zachciankom dzieci, słodycze traktowane są jako uciszacze a spokój i rutyna to pojęcia z gatunku sience fiction. U nas chyba nie jest aż tak źle. Tak dobrze jak we Francji (ponoć) też chyba nie jest. Osobiście nie znam matki, której 4-ro miesięczne niemowlę przesypiało całą noc.

Czytam, czytam (jestem po 1/3 książki) i nadziwić się nie mogę jakie to wszystko ponoć proste. Wystarczy trochę konsekwencji, pomyślunku i spokoju, a podobno dziecko wychowa się prawie samo i do tego jeszcze dobrze. Proponowane metody wychowawcze też do mnie przemawiają (i podejrzewam, że do większości mam). Są proste i logiczne, np.: nie podnoś niemowlęcia w nocy jak tylko zakwili, daj mu szansę, niech próbuje zasnąć samodzielnie. Jak zaczyna płakać oczywiście bierz na ręce i rób tam, co zawsze robisz coby przestało (to w skrócie). Podejrzewam, że intuicyjnie większość matek właśnie tak postępuje. Poznanie psychologicznego dna takiego działania nie zaszkodzi, więc książkę można spokojnie przeczytać. Wizja zawartej w niej sielanki jest tak obiecująca, że z automatu przekonałam się do większości proponowanych rozwiązań. Czy uda mi się (i reszcie tych intuicyjnych mam) uzyskać taki efekt? Nie sądzę. Nasze (polskie) dzieci grymaszą. Robią sceny w supermarketach, przeszkadzają dorosłym w rozmowie, wcinają słodycze przed telewizorem itd. Czemu, skoro połowa polskich matek zgodzi się z autorką W Paryżu dzieci nie grymaszą? Winię brak wytrwałości i konsekwencji. Na szybko przejrzane wpisy na forach internetowych grzmią: francuskie wychowanie to tresura, dzieci oddają do niani w wieku 3 tygodni, zero bliskości, zimny wychów. Inne afirmują: dzieci to rozumne istoty, muszą się same zajmować, potrzebują wolności, to normalne, że dziecko ma obowiązki. Pośrednio koreluje to z innym poradnikiem, Jak być rodzicem i nie skonać autorstwa Toma Hodgkinsona, który powołując się na Floydów zachęca "leave them kids alone". Oczywiście w odpowiednim tej frazy znaczeniu.

Internet klasycznie - wszyscy tam podzieleni. Po lekturze W Paryżu... również mam mieszane odczucia. Wydaje mi się, że wszystkie sugerowane praktyki są super, ale Polka jest za mała na te eksperymenty. Potrzebuje mamy, pieszczochowania, zasypiania przy mojej piersi. A co, jak kiedyś stwierdzę, że jest też za mała na bycie grzeczną, na odpowiedzialność, na respekt wobec rodziców, bo przecież taka ona malutka i można jej to wybaczyć? Przydałoby się kilka innych mam, co W Paryżu... przeczytają i podyskutujemy o strukturze wychowania.

Jako lekturę uzupełniającą polecam Historię dzieciństwa Philippe'a Aries'a. Jak nie uda się przekonać do psychologii i socjologii, to może historia? Tak czy inaczej - nauki społeczne.


środa, 23 kwietnia 2014

Polka, mała syrenka

Dawno, dawno temu, kiedy dopisywałam kolejny zawód do swojego CV człowieka renesansu, robiłam jako obsługa klienta detalicznego w niskobudżetowej firmie o nietrafionym profilu działalności. Szef, eko-dres, dostał pewnego dnia wezwanie z sanepidu obligujące go do zaszczepienia syna na gro chorób cywilizacyjnych. Kazał mnie, polonistce na emigracji zawodowej, odpisać przekonująco, że szczepień nie będzie. Jestem córką lekarza, moja teściowa pracuje w sanepidzie wojewódzkim. Zwolniłam się.

Dziś sama szczepiłam blisko 7-tygodniowe niemowlę własnego autorstwa. Zaczęło się od wizyty w gabinecie pediatrycznym. Przemiła lekarka dopytuje o zwyczaje Poli:
Lek. med.: A często budzi się w nocy do karmienia?
Ja: Różnie. Zdarza jej się co 2 godziny, ale czasem przesypia 6, 7 godzin jednym ciągiem. Czy budzić?
Lek. med.: Zaraz ją zważymy, jeśli równo przybiera... - po czym obrzuciła moją golutką córę doświadczonym spojrzeniem wieloletniej praktykantki i nie kryjąc zdumienia skończyła afirmatywnie - Przybiera. Nie budzić.

Polka ważyła dziś 5380g. 7 tygodniowe niemowlę z bujną czupryną. Dzień wcześniej na rodzinnym party ktoś wziął ją za "odchowane, półroczne". Dziecko zważone, zmierzone, przewinięte, ubrane, zbadane i nawet nie kwęknęło. Polka pięknie uśmiechała się do pani doktor, gaworzyła zaciekle w korytarzu, uwodziła przechodniów. Na chojraka wparowałam z nosidełkiem do gabinetu szczepień. Matko! Co to była za syrena! Polka odpaliła największy kaliber i rozpłakała się na całego. Nic dziwnego - niemowlęta odbierają przez skórę dwa razy wrażliwiej niż starsze dzieci. Przy ciągle jeszcze przytłumionych pozostałych zmysłach, dotyk jest u nich szczególnie dobrze rozwinięty. A tu nagle igła i szczepionka (skorelowana, czyli bardziej pewnie bolesna!). Serce mi się ściskało, kiedy tuliłam małą Polę płaczącą pierwszy chyba raz prawdziwymi, rzewnymi łzami. Przekupiona porcją mleka prosto z maminego baru usnęła.

Wykorzystując sytuację zadecydowałam: idziemy na spacer. Lady Mama dzielnie towarzysząca mi podczas całego zajścia (co dziwne, nie dolewała tym razem oliwy do ognia) stwierdziła:
Lady: To pójdę z wami, co będę podjadać w domu.
Ja: ...
Lady: No pójdę, pokłócimy się, będzie fajnie!

Kłótni nie było. Była za to bohaterska akcja pomocy kosowi. Zaciekawił mnie ptak dyndający głową w dół. Po włożeniu okularów okazało się, że to sytuacja awaryjna. Dwa tygodnie temu, podczas otwarcia sezonu wędkarskiego, któremuś rybakowi linka musiała wystrzelić prosto na drzewo. Pech chciał, że na feralnej gałęzi przysiadł sobie kos. Nóżka zaplątała się w żyłkę i ptak ugrzązł. Próbował odlecieć, spadł i dyndał. Los jego był przesądzony. I nagle zjawiłam się ja. Zdecydowałam, że go uwolnię. Gałąź wysoka, drzewo liche - nie wdrapię się. Poza tym moja awersja do łażenia po drzewach, lasach i bratania się z gruntem nie pozwoliłaby mi na aż tak zakrojoną akcję. Wykpiłabym się sama przed sobą, że po cesarce, że nigdy nie łaziłam po drzewach i nie potrafię - guzik prawda! Potrafię, ale nie chcę. No, ale - jak nie siłą, to sprytem. Wzięłam leżącą nieopodal gałąź i udało mi się przeciąć nią linkę (dociskając ją do wyższej gałęzi i pocierając do skutku). Uwolniony ptak nawet nie podziękował! Odleciał, przysiadł pod sosenką nieopodal (czyli jednak czegoś się nauczył) i jął oglądać stan swojej nóżki. Na moje oko, postronnej adeptki weterynarii (bo obserwowałam siostrę w akcji) - będzie z nim dobrze. Lady Mama zachwycona, łzy w oczach, Polka obudzona. Cała akcja przeciągnęła nam spacer tak, by wracać do domu w świeżo rozpoczynającej się burzy.


Pierwszy grzmot (na moje ucho jakieś 500 metrów o nas!) przeraził moją córeczkę do gromkiego płaczu. Nie pomogło przekonywanie, że zaraz będzie w domu. Nakarmiona, przebrana, przewinięta - postanowiła wrócić do szpitalnych wspomnień i jak na zawołanie zaczęła płakać. Nie przestawała. Pomagała tylko karuzela nad łóżeczkiem, ale i tak na krótko. Jednocześnie głodna, śpiąca i z bolącą po szczepieniu nóżką zanosiła się łzami. Te wywołały męża z pracy kilka godzin przed planowym opuszczeniem stanowiska. W ekspresowym tempie zaliczył kilka aptek i wrócił do domu z termometrem, paracetamolem (truskawkowy? serio? dla niemowląt?), gazikami i wszystkim innym potrzebnym. Ostatecznie usnęła i mam nadzieję, że obudzi się jak rybka welonka - z zanikiem traumatycznych wspomnień ostatnich 12 godzin. A jak nie to trudno, niech już będzie paracetamol o smaku truskawkowym.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Ester time...

W tym roku Święta Wielkanocne omijają nas szerokim łukiem. Owszem, na stole rodzinnym dostatek mięsiwa i słodkości, goście zasiedli, inni każą się odwiedzać. Zabrakło jednak naszego tradycyjnego koszyka z pisankami. Ktoś zwyczajnie zapomniał wyjąc go z szafki. A jakież tam cuda! Kolorowe jajka z wydrapanymi igłą wzorami. Listeczki, kwiatuszki, a wszystko drobniutkie i ażurkowe, jak serwetka z kordonku. Inne jaja mamy tam drewniane, malowane w regionalne wzory. Wszystkie są pamiątkami: po babci, po cioci, po innej zdolnej krewnej czy znajomej, która cudeńka malowała. Są też żenujące pisanki z dzieciństwa - niepomalowana wydmuszka z przyklejonymi taśmą włosami, oczami i krzywym uśmiechem (ja) albo oblane woskiem jajko, które miało być artystyczne, a ostatecznie wygląda jak świecznik pod koniec dwudniowego świętowania (siostra). Między tymi cudeńkami znajdzie się i kilka plastikowych ozdóbek, kilka kurczaczków wielkości 1cm x 1cm, trochę papierowych króliczków. Wszystko to na leciwym sianku z fragmentami zielonej bibuły, w plecionym koszyczku, z plastikowym barankiem wieńczącym całość. Mimo niewątpliwej tandety poszczególnych elementów (nie licząc oczywiście jaj profesjonalnie zdobionych) całość zawsze wyglądała swojsko, radośnie i całkiem spójnie. Koszyczek był zawsze centralną ozdobą wielkanocnego stołu.

Zaraz obok stała babka piaskowa mojego autorstwa. Piękna, marmurkowa. Robiłam ją zawsze sama, w przeddzień Wielkiej Nocy. Przy muzyce z Czekolady ucierałam jajka z cukrem. Dodawałam zawsze jedno więcej, bo przecież każdy z domowników zupełnie przypadkiem przewijał się wtedy przez kuchnię łyżką podjadając kogiel-mogiel (tudzież kogel-mogel). Przepis, z którego korzystałam był od lat z małym, granatowym notesiku w kuchni. W tym roku zniknął. Przez lata udoskonalany, z wielokrotnie zmienianymi wartościami składników, opryskany kakao - tak go pamiętałam. Najwyraźniej budził już zniesmaczenie królowej kuchni i Lady Mama postanowiła go "przepisać" na czysto. Pech chciał, że przepisany został zupełnie inny przepis, dalekiej krewnej z Wojkowic Komornych, z którego babka wychodzi sucha, sypka i bardziej piaskowa niż ruchome wydmy w Łebie. W trakcie manewrów kulinarnych Lady Mama znów postanowiła wtrącić swoje trzy grosze i znów zmieniła wartości składników. Wyszedł zakalec. Kobieta ma tendencję do psucia wszystkich cukierniczych wyrobów mojego autorstwa. Cichaczem dodaje Sernix dr. Oetkera do super ekologicznego sernika, który właśnie robię. Podmienia mi zwykłe rodzynki na sułtańskie - w efekcie bakalie osiadają na blasze, a nie wypełniają równo całe ciasto. Dolewa wody do lukru, który właśnie robię i nagle ten robi się przeźroczysty, a nie piękny i biały (jak planowałam). Dosypuje gorzkiego kakao do polewy czekoladowej i potem nie da się jej rozsmarować. Mazurki pod moją nieobecność dekoruje orzechami, na które jestem uczulona. Słowem - wszystko psuje. I dziwi się bardzo, że wolę pracować w kuchni sama, bo przecież "Razem to taka fajna zabawa" - mówi, po czym ręce brudne z ryby otrzepuje nad masą sernikową. W tym roku podobnie.

Siostra wylała na siebie taki litraż perfum, że Polka, wzięta przez siostrę na ręce, zareagowała alergią kontaktową skóry. Moja chrześnica, niepomiernie aktywna, od 7 rano do 22 wieczorem biegała po wszystkich piętrach. Jej ulubionym zajęciem stało się wbieganie na wyższy poziom i darcie się za dowolnym członkiem rodziny na cały głos (oczywiście na głos, który permanentnie budził Polę). Ojciec z moim szwagrem przegadywali się cały wieczór na temat budowy domu. Ojciec, inżynier mechanik, właściciel firmy budowlanej kontra szwagier, automatyk robotyk, wizjoner. Starcie - bezcenne. By załagodzić sytuację mój mąż zaczął wykładać na temat Witkacego. Kontrowersyjny wybór, reakcję panów znam z relacji pośredniej. Sama utknęłam u góry usypiając Polę i karmiąc ją przez dwie godziny. Mała musiała odreagować całe to zamieszanie. Bo przecież w między czasie w kuchni odbył się spór rzeczowy na temat różnicy między mieszadełkiem, blenderem i mikserem, wizyta ciotki z Zabrza i jej starcie z Ojcem, który ciągle tylko dokładał jej nowych specjałów na talerz (mimo zapewnień, że ta już dziękuje), kłótnia moja z mężem - o cokolwiek. Słowem - prawdziwie rodzinne święta.

Dziś rano, kiedy wszystko co powyższe nadal traktowałam z przymrużeniem oka, zabrakło mi wody pod prysznicem - siostra piętro niżej myła głowę. Również bez wody, bo jeszcze niżej mama się kąpała. Także bez wody, bo w garażu ktoś odkręcił kran. Absurd sięgnął zenitu. Z radością upatruję reszty dnia!

No i nikt nie posadził rzeżuchy!


piątek, 18 kwietnia 2014

Woo hoo, it's Friday!! Oh wait... I'm a mom.

Czas hormonalnej ckliwości chyba się skończył. Ostatni blisko rok upłynął mi pod znakiem przeżywania, emocjonalnego rozchwiania i rozpasania egzystencjalnego. W wolnych chwilach dumałam nad trudami kobiecego żywota. W innych momentach pozwalałam sobie na łzy niezadowolenia. Większość z tych uczuć zajadałam, bo w ciąży wolno. Czasem zwyczajnie użalałam się nad sobą czy bezsensem żywota. Szlochałam sobie jak młodopolska dekadentka opadając powoli (wzorem Ani z Zielonego Wzgórza) w bezdenną otchłań rozpaczy. Taki obrazek mogłoby dopełnić chyba tylko zapisanie się do fanklubu Izabeli Trojanowskiej.

Własna inicjatywność kilku ostatnich dni najwyraźniej postawiła mnie do pionu. W 10 dni na DaWandzie sprzedałam niemal wszystkie zrobione kocyki i poduszki niemowlęce. Zastrzyk energii był niesamowity. Choć brakuje mi jeszcze trochę by z kategorii "strat" przejść na "zyski", to i tak całe moje zrozpaczone jestestwo napełniło się radosną dziarskością. Materiałów leży w domu jeszcze sporo, będę miała z czego uszyć kolejne cuda do kołysek, wózków, łóżeczek. Wszystko to - wieczorami i w weekendy. W dzień jestem przecież matką roku, czyli noszę, śpiewam kołysanki, przewijam, karmię, zabawiam, rozmawiam z Polą.

Zabawianie stało się ostatnio zdecydowanie łatwiejsze. Odpaliliśmy z mężem karty edukacyjne z serii Oczami maluszka. Pola skupia na nich wzrok i uważnie słucha opowiadanych historii. Kontrastowe kształty wpadają w oko takiemu maluchowi, który dzięki temu łatwiej uczy się patrzeć i zauważać przedmioty. Cieszę się jak dziecko, kiedy moja córeczka wodzi wzrokiem za moim palcem i faktycznie patrzy na "żółte kółeczko", "czarny domek". Wyciąga nawet rączki, żeby dotknąć matowego białego i nabłyszczanego czarnego koloru.

Karty usprawniają także snucie narracji. Wymieniliśmy małej matę edukacyjną na pamiątkę rodzinną z czasów chrześnicy. Zaprojektowana jako wyspa pomaga nam w tworzeniu ciągów skojarzeniowych: wyspa - statek - rybka - kaczuszka czy innych. Płynnie przechodzę dzięki nim z tematu na temat. Opowiadam o morskiej żegludze, o piaszczystych lagunach, o zimnych północnych morzach pełnych fok, o kaczuszkach. Moim ulubionym połączeniem jest zestawianie ze sobą pszczółki i bąka. Tłumaczę Poli entomologiczne zawiłości gatunkowe niezrażona, że na karcie widnieje jedynie bąk-zabawka. Zestawiam wszystkie znane powszechnie rodzaje bąków i obserwuję, jak Polka cieszy się na słowo "pieluszka".



Im więcej mówię do mojej małej córeczki, tym więcej dostaję w zamian uśmiechów. Dzięki tym cudownym kartom przełamałam swoją barierę dialogu. Do tej pory rozmowy z noworodkiem przychodziły mi nad wyraz ciężko. Opisywanie wykonywanych czynności uważałam za bezcelowe, skoro Pola może poznawać je poprzez obserwację, a nie język. Karty rozgadały mnie do tego stopnia, że opowiadam małej nawet w jaki sposób właśnie zmieniamy pieluszkę.

Przepełniona energią działam na pełnych obrotach. Wieczorem, w piątek, padam wykończona i upatruję weekendu jak wybawienia. Mąż rano zajmie się Polą, będzie przynosił ją do karmienia, a ja leniwie odeśpię co moje. Pewnie się nie uda, bo...


Ale przecież wszystko to nieważne, bo kiedy ta mała istotka uśmiechnie się rano na mój widok zmęczenie rozpływa się jak niedawne sny i znów gotowa staję do działania.