piątek, 16 maja 2014

Co za pogoda!

Co za pogoda! Nic tylko siedzieć w domu i grzać wodę do termoforu. Mąż wyjechał, ja z Polką w tej zimnicy z katarem (ja) i kichająca (ona). Na szczęście przeszło do rana po magicznym strzale z paracetamolu (truskawkowego), który sobie samej zafundowałam. Oficjalnie stwierdzam, że dodawanie smaku truskawkowego do tego gorzkiego cholerstwa jest całkowicie uzasadnione. Bez słodkiego posmaku lata żadne dziecko by tego nie przełknęło.

Dom cichutki, kot cierpi katusze na dworze. Zasadnie, bo w nocy zamachnął się pazurem na moje dziecko. Chwycony za wszarz został zniesiony piętro niżej by rano obudzić się wtulony w pierzynę Lady Mamy, która to kotów nie znosi, a tego w szczególności - przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie bowiem przyrządza mu specjały godne jego królewskiej kociej mości. Na pytanie "Czy kot jadł coś" uzyskuję zawsze rzucone mimochodem: pastę z sardynek, troszeczkę wędzonej makreli, zjadł z tatusiem wątróbkę. Pasie się to bydle piętro niżej a potem przychodzi mi na górę z postawą roszczeniową i wymaga atencji, uwagi i zabawy. A tu już północ i obie z Polką chcemy sobie pospać. W związku z zaistniałą sytuacją kot dziś obchodzi mnie bokiem, bo nie spodziewał się po mnie takiej stanowczości i wywalenia go z ciepłego łóżka w tak brutalny sposób. Zazwyczaj ignoruje moje decyzje i szarogęsi się jak przystało na prawdziwego kota. Przekonany, że mieszkamy z Polką kątem u niego w rezydencji bezceremonialnie wskakuje jej do łóżeczka kiedy ja uziemiona karmię. Respektuje tylko władzę męża, no a pod jego nieobecność...

By przełamać podły nastrój spowodowany nocnymi zajściami załączam do posta wspomnienie ostatniego, ciepłego spaceru (wątpliwie ciepłego, bo to przezeń dopadł mnie ów katar):

Konwalie Lady Mamy
Polka w swoim super bolidzie opatulona pod samą szyję

Dmuchawce, latawce

Kangur, najprawdziwszy kangur na polskiej wsi!

Niezapominajki
Maleństwo :)

Zwycięzcy tego odcinka - walka pawia z kotem. Obawiam się, że wygra kot.

Tym razem w trzcinie brzmi kaczka



czwartek, 15 maja 2014

Mała śpi, mała je, mała nie je i tak w kółko

Kiedy Pola śpi mama pracuje na pełnych obrotach. Wczoraj, mała usnęła nadzwyczaj szybko. O 20:15 już mogłam zabierać się do tworzenia tekstu na konferencję w Oksfordzie. Nie ma co, trzeba wycisnąć z siebie maksimum erudycji i to w obcym języku. Nie będę przecież za granicą reprezentować kraju jakąś szmirą retoryczną. Po dwóch godzinach 3/4 tekstu było gotowe. Padłam. Polka wyczuła zmęczenie matki lepiej niż owczarek policyjny narkotyki na imprezie klubowej. O 1 AM obudzona nie miała zamiaru zasypiać. Noszona, głaskana usnęła ostatecznie przy maminym barze mlecznym. Odłożona do łóżeczka pospała trzy godziny i znów zażądała matczynego ciepła. Spała, ale końskim targiem - w naszym łóżku. W swoim nie chciała. W efekcie mamusia wstała rano powykręcana jak paragraf, gotowa do działań.

Istniało duże prawdopodobieństwo, że rano przyjedzie koleżanka ze swoim synkiem (-2 tygodnie względem Poli). Alek miał kontrolę w przychodni nieopodal i Agata mogłaby nas odwiedzić. Nie odwiedziła (co jeszcze może się zmienić), ale matka wzięła się za sprzątanie. Małą zapakowałam do chusty i dawaj z mopem niwelować kurz! Po wymyciu schodów, kuchni i połowy dużego pokoju Polka zasnęła ukołysana równym i miarowym tempem sprzątania. Odłożyłam ją do łóżeczka, co umożliwiło mi szybkie zakończenie kwestii porządkowych (swoją drogą sprzątanie mieszkania z 6-cio kilowym niemowlęciem w chuście to lepsze niż godzina na siłce!). Wykorzystując kilka chwil spokoju zasiadłam z zamiarem oglądania któregoś z moich ulubionych seriali, gdy nagle obowiązkowość kazała mi kończyć artykuł. Skończyłam, wysłałam do korekty, mieszkanie posprzątane, naczynia pozmywane, dziecko spokojnie śpi, jest 10:30 rano - co za power!

Co robić dalej? Został mi jeszcze jeden tekst do korekty autorskiej, który miałam odesłać 5 dni temu - zwyczajnie zapomniałam. Obiecałam redaktorom, że odeślę go wczoraj - nietknięty nadal leży na skrzynce mailowej. Zostawię to sobie na wieczór. Bo zaraz Pola się obudzi i będziemy karmić piersią, namawiać do butelki, czytać książeczki obrazkowe, zabawiać małą na macie, przewijać i tak CTRL+C, CTRL+V. A wszystko z radością, bo Polka bawi się z takim zaangażowaniem i tak intensywnie reaguje już na książeczki, że aż miło patrzeć. Moja mała dziewczynka próbuje chwytać obrazki, trzyma książeczkę jedną rączką podczas gdy ja przewracam karty i opowiadam jak nakręcona. Mąż opowiada bardziej abstrakcyjnie. Ostatnio podsłuchałam:
- Gruszka jest słodka. Wiesz co to znaczy słodka? Mleczko mamusi jest słodkie. Dlatego jesteśmy fizjologicznie przyzwyczajeni do jedzenia słodyczy. Dlatego trzeba uważać na gruszki. A te podstępne są tak zaprojektowane, że jak je zjesz to zawsze ci będą smakować. Wszyscy lubią słodycze...
- No... nie wszyscy (wtrąciłam, pomna mojej siostry, która od 6 miesiąca życia wolała śledzie i paluszki).
- Tak, nie wszyscy. Ale nie ufamy Poluniu tym, którzy nie lubią słodyczy. Trzeba na nich bardzo uważać. Nawet bardziej, niż na gruszki!
Córka ostrzeżona przed niebezpieczeństwem związanym z owocami (co działoby się kilka kart dalej, gdzie widnieje rysunek tortu?) wzięła sobie do serca ojcowską radę do tego stopnia, że nie chce jeść nic słodkiego poza piersią mamusi. Butelka poszła w odstawkę, co jest o tyle niekomfortowe, że mamusia już nigdzie pójść nie może. Ostatnie zakupy wmontowałam w wieczorne spanie małej, wróciłam zanim się obudziła (choć sprint po Silesii nie był sielankowym oglądaniem wiosennych nowości, na które liczyłam).

W związku z powyższym od dwóch dni próbuję Polkę znów do butli zachęcić:
- kiedy jest bardzo głodna
- kiedy już trochę zje
- na podmiankę (zamieniam pierś na butelkę)
- kiedy ma dobry humor
- na zabawę (daję jej butelkę by jak wszystko inne po prostu sama wpakowała ją do buzi).
Nie działa nic. Mała napina się, wypluwa, krzyczy, traci humor, męczy się, ulewa co zjadła. Ja równie zdesperowana co ona. Słyszałam, że podobno ktoś inny powinien tę butlę podawać, bo podobno mama konotuje się z automatu: pierś, ciepełko, dobrze. Spróbujemy w niedzielę jak Mąż wróci z konferencji.

A tymczasem wynagradzam małej stresy butelkowe i dawaj z książeczkami opowiadać o gruszkach, jabłuszkach. Nawet jest w jednej z książeczek obraz butli i smoczka (sic!). Może obserwacja pijącego pięknie z butelki Aleka (bo jednak przyjechała Agata!) coś zmieni i mała zaskoczy.

Oczami maluszka cz. 1, "dwukolorowa". W środku znajdują się i białe obrazki na czarnym tle i czarne na białym

Pokazuję na kotka, a Pola odwraca głowę w kierunku naszego kota! Przy piesku domaga się, żebym śpiewała Puszek Okruszek Kukulskiej

Kura i wiewiórka są jej zupełnie obojętne


Oczami maluszka cz. 2, ze ślimakiem, prezentuje tylko czarne obrazki na białym tle

Drzewo pomaga mi "inscenizować" treść Kubusia Puchatka, a głównie frazę "na dąb łasować miód"

Faworytką Poli jest świnka, a raczej mamusia, która chrumka

Cz. 3 z bananem pokazuje obrazki białe na czarnym tle

Marchewki nie lubimy

Poza klasyką gatunku (owoce, warzywa, zwierzątka) książeczki kryją też skarby sytuacyjne - czapka, rękawiczki, sanki, łyżwy, samolot, samochód!


Sama trzyma już swoją pierwszą książeczkę. Matka filolog, ojciec filolog - pękamy z dumy!

wtorek, 13 maja 2014

Stylówka Polki

Ależ ona rośnie! Prawie jak ja na diecie nutellowej (swego czasu). Poli wałeczki cudne się mnożą, centymetrów przybywa, dziewczyna dobija już do 60cm! Ze sporą ilością ubranek już się pożegnałyśmy, a ja nawet nie sfotografowałam mojej malutkiej w pięknych welurkach czy przewiewnych bawełenkach. Od jakiegoś czasu, by nie zapomnieć, co rano przebieram Polę, potem fotunia i zaczynamy dzień. A oto co w szafie piszczy:

Komplet ze Smyka: sweterek, body (3-pack) i spodnie (2-pack)
Sweterek okazał się hitem i bardzo nam służy, i w domu i w terenie. Spodnie niestety musiałam reklamować bo w 2 dni od zakupu zaczęły się rozchodzić na szwach. Body - re 
Spodnie z kotkami na stópkach pozwalają małej dostrzegać, że ma stopy. Super wygodne półśpiochy.

Do kompletu bluzeczka z kotkiem. Kupiłam ją przez przypadek na rozmiar 68 jeszcze będąc w ciąży i proszę - już na Polce. Nadal pasujące spodnie rozm. 56 grają w duecie z kaftanikiem (bo to w zasadzie kaftanik, nie bluzeczka)

Wyjściowa Polka nr 1 - kurteczka od Mothercare (przywieziona ze stolycy przez Paulinę) i czapeczka przywieziona z Rzymskich Wakacji przez Lady Mamę

Spodnie z zestawu HM newborn obecnie zamieniły się w getry, ale nadal dają radę

Bluzeczka z Zary, dar od ciotki Inki

Bluzeczka z laRedoute

Mój mały Smurf! Komplet z HM


Urocze śpiochy z HM - są baaaardzo długie. Na szerokość ledwo wchodzą. Nie dogodzisz!

Dalmatyńczyk vol.1 - body 3-pack ze Smyka. Świetne, wygodne, ale kolory szybko się spierają

Dalmatyńczyk vol. 2

Wyjściowa Polka po raz drugi. Tym razem czapeczka ze Smyka od ciotki Karoliny

Zestaw podstawowy: body i półśpiochy ze Smyka. Dla nas idealne, bo duże, luźne i turbo wygodne. Nie sprawdzą się na mniejszych osobnikach, bo na Polkę (moją kluseczkę) są i tak luźne

poniedziałek, 12 maja 2014

Kiedy tylko maszyna się nie psuje...

Przy malutkiej, acz aktywnej, Poli ciężko jest znaleźć chwilę czasu na przyjemności takie jak szycie. Zwłaszcza w obliczu zbliżającej się konferencji w UK, na którą referat leży odłogiem. Zamiast pisać pierwszą wolną chwilę w pełni sił poświęciłam dzierganiu na maszynie. Skończyłam tym samym stary sort materiałów i czekam teraz na nowe.

Wszystko, jak zwykle, na daWandzie:
Zestaw wózkowo-kołyskowy: kocyk 70x70cm, poduszka 22x32cm. Cena zestawu 75zł

Wszystko w tym rzucie wykonane z flanelki jednokolorowej (spód) i bawełny (wierzch). W tym przypadku - balony.


Białe dalmatyńczyki na granatowym tle podszyte niebieską flanelką. Prawie 101!

Kocyk (70x70cm) i poduszka niemowlęca (22x32cm): 75zł

Ten wyszedł nieco większy niż pozostałe - 96x69cm (rozmiar to nie żart, zupełnie przypadkowy jednak)

Większy kocyk i taka sama podusia jak wszędzie: 95zł

Uwielbiam te baloniki!
P.S.
Zuzi, Twój materiał już zamówiony. Do osłonki dołączę różowe tasiemki (wolisz gładkie czy mogę zaszaleć i wybrać Ci jakieś w przesłodkie muffinki i inne cuda wianki?). A w zestawie będzie podusia na 100% i coś jeszcze ;) od firmy! Przyniosę na kolejny piknik na 3-ch Stawach!

sobota, 10 maja 2014

Dzień jak nie co dzień

Dzień, jak co dzień - powiedziałabym, ale nie. Dziś nie. Rozpoczęty romantycznie od omletu ze szparagami (on) i drobiowych kiełbasek (ona), stopniowo ewoluował w stronę kłótliwego napięcia. Po kilku spięciach i milionie zapomnianych rzeczy (aparat fotograficzny!) spakowaliśmy Polkę do auta i ruszyliśmy w teren.

Pierwszym przystankiem był piknik, o którym blogowe sfery trąbiły już od kilku tygodni. Zastanawiałam się nad logistyką - gdzie tam się do ch****y parkuje?! Ostatecznie wybrałam wersję powszechnie znaną wszystkim spoza Katowic - pod Lidlem. Pierwszy błąd. Po wjeździe okazało się, że parking płatny. Opłatę uiszczamy w kasie marketu - ergo - stoimy w kolejce 20 minut. Trudno. Dawaj Polkę wyciągać w stronę słońca. Mąż do Śląskiej, żona na piknik. A tam, na trawie, combo marki Bebetto - trzy wózki równo ustawione grzeją się w słoneczku. Blond loki Zuzi widać było już z daleka bo błyszczały w słońcu jak fryzura syrenki. A obok? Ruchliwy młodzieniec, grzeczny i jakże cudnie ubrany chłopczyk. To musi być Ben od Judyty, o którym tyle czytałam. Uzbrojony w czapkę z bebokiem na czole i w chustkę od Ekoubranek ten młody facet czuł się jak w raju między dwoma ślicznymi dziewczynami: Milly i Martą. Mała M. od Zuzi spała przykryta chustą nieczuła na męskie wdzięki nieopodal. Marta (9-mcy) szalała na dwóch kocach jednocześnie radośnie popiskując co chwila w stronę mamy. W tym ruchliwym gronie znalazło się i dla Poli trochę miejsca. Obudzona chciała przyglądać się wszystkiemu z matczynych ramion, ale słońce skutecznie to utrudniało. Skończyło się na leżakowaniu w gondolce, muzyczce z zabaweczki i nowej małpce do ściskania w dłoni.

Dziewczyny-mamy przywitały mnie bardzo, bardzo ciepło i od razu poczułam się tam na swoim miejscu. Znów, tak jak na Przystanku Śniadanie, mogłam bez krępacji opowiadać o swojej córeczce. Zazwyczaj zamęczanie znajomych historiami o jakości zawartości pieluszki, o tym jak Pola je, albo co już potrafi groziło eksmisją z kręgów towarzyskich i upchnięciu mnie w kategorii "dalsi znajomi" na fb. Z dziewczynami mogłam spokojnie mówić o tym, tamtym i owym bez obawy, że uznają mnie za monotematyczną mamę z bzikiem na punkcie swojej córki. Świetnie się dobrałyśmy na tych kocach piknikowych (z Biedronki i Tesco). Z dzieciaków można by tam ułożyć krzywą rozwojową - od najmłodszego do najstarszego. Zaczęłyśmy mimowolnie urządzać tam sobie forum młodych matek i uczyć się od siebie nawzajem - kiedy dzieci przesypiały/będą przesypiać noce, ile jedzą, z piersi czy z butelki, jak to jest z tym odciąganiem pokarmu, czemu z butli nie chcą jeść, jak zasypiają no i klu programu - teściowe. Jedna ma super fajną, druga taką sobie, trzecia podejrzewa, że teściowa ją podtruwa. Ja do swojej teściowej wybierałam się zaraz po pikniku. Z żalem, oj wielkim, opuszczałam rozgadane dziewczyny, uśpione maluchy i powietrze tętniące miejską, wietrzną wiosną na korzyść chmurnego (i głośnego - jak się potem okazało) Tysiąclecia.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do Bar Fartuch i Kitch, gdzie urządzimy za miesiąc chrzcielne party. Miałam ustalić z właścicielką jakie małe co nieco znajdzie się na stole. Cóż, czas na drugi błąd, bo oto co usłyszałam:
- Rosołu z makaronem nie podajemy, bo to zbyt przyziemne.
- Nie, nie robimy duszonej marchewki.
- Proponuję jednak roladę z kurczaka nadziewaną szpinakiem z ryżem basmati smażonym z warzywami. Zrobimy taki tradycyjny obiad, dobrze?
- Brownie? W czerwcu?! Może jednak sernik wiedeński? Ten obroni się każdą porą roku.
Jako kulinarna leserka (bo któż inny może pytać o rosół z makaronem przy niedzieli!) zgodziłam się na wszystkie subtelności żywieniowe zaproponowane przez właścicielkę lokalu (uroczego swoją drogą).

Po powrocie do domu, pustego, już chcieliśmy oboje z mężem zachwycać się naszą sielską, wiejską ciszą, a tu nagle dobiegły nas dźwięki wiejskiej zabawy w barze Rancho nieopodal. Pech chce, że jedyny korytarz powietrzny zaczyna się u nich, a kończy na naszym poddaszu. Polka usypiała więc przy dźwiękach tandetnego keyboardu blisko kilometr dalej. Dobrze, że przy tym wszystkim, po bardzo intensywnym dniu, mała nadal chciała cieszyć się nową zabawką, którą mama wczoraj zdobyła podczas wychodnego (bo co innego może kupować matka na pierwszych, solidnych zakupach, jak nie rzeczy dla dziecka?).

Małpko-książeczka z Fisher Price, ale o tym niebawem więcej (i o innych zabawkach Poli)


środa, 7 maja 2014

Wiosna w pełni

W telegraficznym skrócie i bez oprawy graficznej:

Wszystko wskazuje, że moja córeczka ma katar sienny. Nie znosi spacerów, po powrocie do domu trze oczka i nosek, jest bardzo marudna. Chce spać, ale nie jest zmęczona więc wpadamy w impas gdzieś pomiędzy karmieniem, usypianiem a zabawą. Nosek charczy, oczka zaczerwienione. Po kilku godzinach przechodzi.

A ja matka wyrodna nie dość, że dziecko do parku zabrałam na godzinę to jeszcze naniosłam bzu do wazonu.

Niewykluczone, że ta Wisła z tabunem roztoczy aktywowała jakąś alergiczną masakrę. Teściowa dostaje przez to -10 do jakości.

Any ideas? Nie wyobrażam sobie, jak to ogarnąć u niemowlęcia. Testów alergicznych nie robi się tak wcześnie. Na ślepo nie będę jej faszerować lekami. Wyślę Lady Mamę do alergologów piętro niżej, niech kombinują.

wtorek, 6 maja 2014

Maj rozpoczęty końcem drugiego miesiąca

Dziś 6-ty maja. Po 1-szym i 3-cim niby taki sobie zwykły dzień, ale w rzeczywistości o wiele ważniejszy. Polka kończy dziś równo 2 miesiące. Niby nic się nie zmieniło przez ten czas, bo dni podobne do siebie jak bliźniaki jednojajowe. A jednak wszystko wywrócone do góry nogami, bo przecież Pola rozwija się w galopującym tempie. Tyle pierwszych rzeczy nam się przydarzyło przez ten miesiąc!

1. Pierwsze Święta Wielkanocne, a co za tym idzie najazd rodziny. W Święta wlicza się też wyprawa aż do Zabrza, premiera kilku sukienek. Do tego wesołego Alleluja doliczamy też imprezę urodzinową Wujka z Niemiec, bo dzień po. Pola przeżyła więc bardzo dużo w te 3 dni świętowania.

2. Pierwsze szczepienie Poli. Okupione płaczem malutkiej i jej mamy. (23.04.2014, dzień 48)

3. Pierwsza wyprawa do sklepu z małą dziewczynką. Co prawda tu, na naszą wieś, ale zaliczyłyśmy odzieżowo-dziecięcy, pasmanterię i kwiaciarnię. Pola na wszystkich robiła wrażenie ślicznej, spokojnej córeczki. (24.04.2014, dzień 49)

4. Pierwsze uśmieszki na dźwięki Kubusia Puchatka. Od tego momentu każdy dzień zaczynamy od rodzinnego zaspiewu: "Już pora wstać, wyruszyć z domu..." a malutka śmieje się i raduje. (25.04.2014, dzień 50)

5. Przystanek Śniadanie czyli poranek Poli w towarzystwie innych maluszków (Milly, Kropki, Aleka). I trochę radości dla mamy. Obżarstwo dla taty i dużo radości. (27.04.2014, dzień 52)

6. Pierwszy wyjazd do Wisły. Legendarne majówki w tym roku awansowały do spełnionych przepowiedni. Kiedy pierwszy raz pojechałam tam ja, by poznać znajomych męża, jedna z koleżanek mówiła: "A kiedyś będziemy tu przyjeżdżać ze swoimi dziećmi". Czyżby trzeba było się teraz obawiać, że młode pokolenie niebawem nas wygryzie z Wisłowania? (1.05.2014 - 5.05.2014, dni 56-60).

A nam co przydarzyło się przez ostatni miesiąc? Osobiście wpadałam momentami w paranoję, kiedy Pola reagowała alergicznie na niemal wszystko, co jadłam. Jej buzia przypominała momentami stronę z podręcznika do dermatologii. Panikowałam i smuciłam się widząc kolejne zmiany. Na szczęście chwilowo wszystko się wyciszyło i Pola ma znów piękne, różowe policzki. Stres przelewałam na wszystko. Głównie na męża. Połączony z niewyspaniem owocował coraz to nowymi kłótniami: o brak wiary w siebie (mnie), o opiekę (moją i jego) nad małą, o kontrowersyjne decyzje tekstylne ("W to ją ubrałeś?!". Sytuacja nie sprzyjała zacieśnianiu więzi małżeńskiej. Momentami miałam ochotę zamknąć przed mężem drzwi na kluczy i wymienić zamki. Ten znosił moje humory ze stoickim spokojem. Szukał ich źródła, a kiedy znajdował - zaradzał. Dużo rozmawialiśmy - co ciekawe - o nas. Pierwszy raz skupiliśmy się na sobie, na tym czego od siebie oczekujemy w tej nowej sytuacji. Chyba nigdy wcześniej nie ustalaliśmy tak jasno swoich priorytetów. Może teraz, po tych dramatycznych dyskusjach, skończy się laptopowanie, kiedy tylko Pola zasypia, a w zamian znajdziemy więcej czasu dla siebie samych? Wiosna idzie, czas na miłość!

Ostatni miesiąc był ciężki, ale też dużo nas nauczył, chyba więcej niż poprzedni. Przede wszystkim zrozumiałam, że nie muszę być przy Poli 24/h. W Wiśle spała niemalże 2 metry ode mnie i nie stało się nic strasznego. Coraz częściej po prostu obserwuję, jak mała zamaszyście walczy z grzechotkami i zabawkami z maty edukacyjnej. Coraz ufniej zostawiam ją też samą z mężem i schodzę na dół szyć. Może niebawem wypuszczę ich samych z domu?

Było też wiele radości, bo Pola w końcu zaczęła do nas gadać. Pewnego dnia zaczęła z radością gaworzyć i nie przestaje do teraz. Czasem zdarza jej się też zaśmiać na pełen głos. Przypadek? Nie sądzę. Położyłam się ostatnio na dywanie i próbowałam oglądać świat z perspektywy leżącego niemowlęcia. Widok zbliżającej się do mnie buzi męża - przezabawny. Nie dziwię się jej radości. Cieszę się też, że my to wszystko sprawiamy. Musi się czuć z nami dobrze i bezpiecznie. Stąd te uśmiechy, radosne posiłki, spokojne drzemki. Pola śpi w nocy coraz więcej, budzi się tyko raz. Potrafi przespać do 7 godzin. A ja to wszystko skrupulatnie notuję. Chyba już czas na zakup porządnego kalendarza maluszka, bo ten prowizoryczny zaczął się już rozpadać. A to dopiero koniec drugiego miesiąca!

Świat Poli trochę senny, świat mamy zasypia razem z małą córeczką. Tak kończymy 2-gi miesiąc