Mknęłabym tandetnym, fioletowym Fordem escortem bez dachu. Najlepiej w wersji ekskluzywnej, pomorskiej, deptakowej, z radiem puszczonym na wiejski full. Grałoby jeszcze gorzej niż wyglądałby cały ten cyrk na kółkach. I ja w środku, z seksownym dekoltem, w podróbkach Ray Banów, bujająca się w rytm pulsującego sprzęgła. Taką wizję miałam dziś, kiedy wracałam S1-ką do domu.
Pamiętam jeszcze złote czasy szkolne, kiedy moje gusta muzyczne były zależne od facetów, którzy aktualnie mi imponowali. Wtedy właśnie chciałam wyglądać jak bohaterki klipów na Vivie (która wówczas trzymała niezły poziom). MTV nie miałam. Potem przyszły studia i mój pierwszy samochód. Matko, ależ ja tworzyłam barokową syntezę sprzeczności. Kołnierzyk, elegancko skrojony sweterek, spodnie powyżej bioder. Lady Mama dbała o aparycję swojej arystokratycznej córeczki. Miałam opinię panienki, która dzierga, gra i śpiewa zabawiając swoich gości na spotkaniach brydżowych. Jednocześnie parkowałam pod wydziałem srebrną strzałę całą wyłożoną od środka niebieskimi ledami. Z przodu, na zderzaku sterczały ogromne halogeny od starej Łady. Instalację zrobiłam sama, poprowadziłam wszystko pięknie-ślicznie i czekałam tylko na firmowy przełącznik z Fiata (rzecz dzieje się w Seicento), żeby nadplanowe oświetlenie podpiąć na desce, nie na prowizorycznym przełączniku tymczasowym. Pech chciał, że odwiedziłam wtedy firmę Ojca na przegląd, wymianę opon czy coś jeszcze innego. Podczas gdy ja z obrzydzeniem piłam fusiatą kawę zaparzoną przez klasyczną post-peerelowską sekretarkę prezesa panowie na warsztacie szaleli. W akcie kreatywności przewiercili część kokpitu i zamontowali na wielkich śrubach przełącznik z Tatry. Pierwszy raz pracownicy Ojca nie wiedzieli kogo bać się bardziej - jego, czy małej dziewczynki, która na niego wrzeszczy. Z całym tym dobrodziejstwem techniki "bujałam" się od miasta do miasta działając na dwa fronty. Wieczorami z dziewczynami w rytmach Rihanny i Beyonce, w dzień pisząc fachowe teksty do magazynu o muzyce klasycznej. Rozdźwięk pozostał mi do dziś i najlepiej czuję się słuchając symbiozy prostej, folwarcznej muzy z dźwiękami instrumentów szlachetnych.
A na koniec przyszły Włochy, gdzie szybko zyskałam opinię małego rajdowca. Z resztą mandaty, które przyszły za mną do domu stanowiły świetne potwierdzenie moich kwalifikacji. Adresowane były na Lady Mamę, bo tam jeździłam jej samochodem. Seicento sprzedałam sierocie z dwoma wujkami a sama przejęłam batmobil, którym podróżujemy do teraz. Oh, a i z tym wiele się działo. Nie ulepszałam, eksperymentowałam z wytrzymałością samochodu. Na "weekend poślubny" zafundowałam sobie i mężowi przygodę życia. Kiedy w Kotlinie Kłodzkiej nawigacja zaczęła krzyczeć "Wróć na drogę" my dalej jechaliśmy uparcie szlakiem czerwonym. Tuż za zakrętem mieliśmy przecież połączyć się z główną drogą. Wjechaliśmy na fragment gruzowiska, podbudowy drogi w budowie i utknęliśmy zakopani w kamiennym łupku po zderzak. Nic nie pomagało, zaczynało się ściemniać, wokół las robił się coraz mniej bezpieczny, było nam zimno (listopad). Ręce mieliśmy brudne i zakrwawione od wygrzebywania kamieni spod kół. Oczy zapłakane pięknie spływały makijażem. Biała kurtka... no cóż. Ostatecznie zadzwoniliśmy pod ratunkowy 112. Krótkie streszczenie całej sytuacji wprawiło posterunkowego w zdumienie. Ostatecznie zdecydował, że wyśle patrol z Land Roverem. Po półtorej godziny znaleźli nas. Land Rover podjechał od tyłu oślepiając nas światłami. Wysiadło z niego czterech rosłych policjantów, którzy ustawili się równo w świetle reflektorów. Liczyłam na pokaz striptizu. Niestety sytuacja ich przerosła. Swoim super autem z wyciągarką byli w stanie nas jedynie obrócić w górę stoku. Nie dało rady wyciągać nas w górę. Zasugerowali, żeby w poniedziałek zadzwonić do firmy, która buduje drogę, poprosić o sprowadzenie maszyn i o wyrównanie drogi o 500 metrów w dół, byśmy mogli faktycznie zjechać do głównej. Wizja kosztów mnie przerosła. Porzucenie samochodu wydawałoby się tańsze! Postanowili odwieźć nas do hotelu. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jednak u sołtysa sprawdzić, czy aby czegoś nie wykoncypuje. O dziwo, wiejska głowa okazała się mądrzejsza od miejskiej (Czy aby faktycznie "o dziwo"? Samam ze wsi.), sołtys wysłał nam na pomoc traktor prowadzony przez jedynego trzeźwego w wiosce, za to bez prawa jazdy. Ja wróciłam do hotelu. Mina gości w stołówce na mój widok - bezcenna (wkroczyłam tam zakrwawiona, brudna i bez męża). Po powrocie lubego okazało się co następuje: traktor szybko i sprawnie odnalazł nasz batmobil w środku lasu. Niestety podczas manewru obracania się traktor złamał belkę łączącą oba koła, a stanowiącą cały układ kierowniczy pojazdu. Nie była to jednak przeszkoda nie do pokonania! Trzeźwy kierowca zadzwonił po swojego wstawionego ojca, który przyjechał jeepem na ratunek wioząc ze sobą spawarkę i agregat prądotwórczy. Po godzinie zespawany traktor wyciągał nasz pojazd lekko, oj leciutko, z tarapatów. Kosztowało nas to 100-kę. A jedyną szkodą na aucie była złamana ramka od rejestracji. Przygoda - bezcenna.
Przeżyliśmy takich o wiele, wiele więcej. W kraju i za granicą. Wszystkie tak samo surrealistyczne, okraszone jakimś lokalnym kolorytem. Mimo wielu wpadek uważam się za wybitnego kierowcę, wiatr we włosach, opuszczona szyba, muza na full (teraz już mniej kiepska) - mimo, że robią tak lanserzy na pomorskich deptakach.
piątek, 23 maja 2014
czwartek, 22 maja 2014
Indian Summer w maju
Ukrop straszny. Na dworze 34 stopnie, pod rozgrzaną blachą naszego poddasza jeszcze cieplej. Rano Pola budzi się zachwycona, bo mama obok, ta nowa pościel... tata krząta się już po mieszkaniu i wszystko wskazuje na dobrze zapowiadający się dzień. W okolicach 10:00 sytuacja diametralnie się zmienia. W samo południe obie jesteśmy już wykończone zaduchem i ciepłem. Wiatrak na pełnych obrotach. Ja działam niczym amerykańska kura domowa z lat 70-tych, prawdziwe indian summer.
Pola w sukience wentyluje się naprzeciw wiatraka niczym Marlin Monroe. Piszczy, kiedy podwiewa ją od pupy strony. Bawi się falbanką sukienki i jest zachwycona. Oczywiście do czasu. Po pół godzinie już jej się ta zabawa nudzi. Chce się przytulać z czego rezygnuje po pięciu minutach, bo za ciepło. Usnąć też nie może, budzi się co chwila. Kiedy drzemie przy wiatraku ja modyfikuję pajacyki ucinając stópki i robiąc z nich rompersy (czy jak to się tam fachowo zwie). W międzyczasie przychodzi przesyłka z NEXT i znów zdziwienie. W tym upale zamówiłam nie ten rozmiar co trzeba. Trudno, Pola będzie miała na jesień, nie na lato. Czyżbym miała wymówkę do kolejnego zamówienia? Mała ostatecznie zasypia nadzwyczaj wcześnie, bo ok. 7:30. Zobaczymy jak długo to potrwa...
Kot leży jak zbity pies (!). Wrócił kilka dni temu po strasznych walkach, nasze zajścia z próbami wychowania kota również mocno go poturbowały. Coś jest nie tak... kot próbuje miauczeć, otwiera pyszczek, ale nie dźwięczy. Czasem skrzeczy. Trzeba leczyć, nie ma co czekać. Zadzwoniłam do męża, żeby zamiast na niemiecki przyjechał ogarnąć zwierzę. Okazało się, że słusznie, bo kot w dużych tarapatach zdrowotnych. Powinien wyjść na prostą, ale chwilowo mamy go w kołnierzu plastikowym i obrażonego na cały świat.
Mąż odsypia kleszcza... tak, kleszcza. Gdy zobaczyłam to małe ochydztwo wbite w plecy mego lubego dostałam regularnego ataku paniki. Pola widząc moje spazmatyczne łkania nie wiedziała czy się dołączyć czy wyśmiać matkę. Ostatecznie patrzyła skonsternowana a mąż próbował mnie uspokoić. Kończyło się to fatalnie, bo gdy tylko zbliżał się do mnie zaczynałam łkać i uciekać. Mam chyba jakąś fobię do zdiagnozowania! Poszliśmy po Lady Mamę, która ze stoickim spokojem usunęła insekta, zdezynfekowała ranę i wydała zalecenia medyczne. Tylko po drodze z kuchni na górę spytała mnie, czy aby mąż nie obrazi się, jeśli wyciągnie tego kleszcza pensetą... psa. No bo to w końcu kleszcz, nie drzazga, swojej do depilacji brwi nie da.
Swoją drogą Lady Mama przechodzi teraz intensywny cykl badań. Coś tam powyłaziło na usg tego i owego. Trzeba teraz doprecyzować co to i skąd to, więc siedzimy wszyscy jak na szpilkach. Wszyscy, poza Lady Mamą oczywiście. Ta wychodzi z założenia, że dopóki nie ma czegoś czarno na białym to martwić się nie zamierza, bo to urodzie nie służy. Najwyraźniej technika jest skuteczna, bo kobieta w wakacje przechodzi na emeryturę a zmarszczek ma mniej niż ja mimicznych.
Na rozładowanie pogody, zmartwień i niepowodzeń - Polka w ananasach:
Pola w sukience wentyluje się naprzeciw wiatraka niczym Marlin Monroe. Piszczy, kiedy podwiewa ją od pupy strony. Bawi się falbanką sukienki i jest zachwycona. Oczywiście do czasu. Po pół godzinie już jej się ta zabawa nudzi. Chce się przytulać z czego rezygnuje po pięciu minutach, bo za ciepło. Usnąć też nie może, budzi się co chwila. Kiedy drzemie przy wiatraku ja modyfikuję pajacyki ucinając stópki i robiąc z nich rompersy (czy jak to się tam fachowo zwie). W międzyczasie przychodzi przesyłka z NEXT i znów zdziwienie. W tym upale zamówiłam nie ten rozmiar co trzeba. Trudno, Pola będzie miała na jesień, nie na lato. Czyżbym miała wymówkę do kolejnego zamówienia? Mała ostatecznie zasypia nadzwyczaj wcześnie, bo ok. 7:30. Zobaczymy jak długo to potrwa...
Kot leży jak zbity pies (!). Wrócił kilka dni temu po strasznych walkach, nasze zajścia z próbami wychowania kota również mocno go poturbowały. Coś jest nie tak... kot próbuje miauczeć, otwiera pyszczek, ale nie dźwięczy. Czasem skrzeczy. Trzeba leczyć, nie ma co czekać. Zadzwoniłam do męża, żeby zamiast na niemiecki przyjechał ogarnąć zwierzę. Okazało się, że słusznie, bo kot w dużych tarapatach zdrowotnych. Powinien wyjść na prostą, ale chwilowo mamy go w kołnierzu plastikowym i obrażonego na cały świat.
Mąż odsypia kleszcza... tak, kleszcza. Gdy zobaczyłam to małe ochydztwo wbite w plecy mego lubego dostałam regularnego ataku paniki. Pola widząc moje spazmatyczne łkania nie wiedziała czy się dołączyć czy wyśmiać matkę. Ostatecznie patrzyła skonsternowana a mąż próbował mnie uspokoić. Kończyło się to fatalnie, bo gdy tylko zbliżał się do mnie zaczynałam łkać i uciekać. Mam chyba jakąś fobię do zdiagnozowania! Poszliśmy po Lady Mamę, która ze stoickim spokojem usunęła insekta, zdezynfekowała ranę i wydała zalecenia medyczne. Tylko po drodze z kuchni na górę spytała mnie, czy aby mąż nie obrazi się, jeśli wyciągnie tego kleszcza pensetą... psa. No bo to w końcu kleszcz, nie drzazga, swojej do depilacji brwi nie da.
Swoją drogą Lady Mama przechodzi teraz intensywny cykl badań. Coś tam powyłaziło na usg tego i owego. Trzeba teraz doprecyzować co to i skąd to, więc siedzimy wszyscy jak na szpilkach. Wszyscy, poza Lady Mamą oczywiście. Ta wychodzi z założenia, że dopóki nie ma czegoś czarno na białym to martwić się nie zamierza, bo to urodzie nie służy. Najwyraźniej technika jest skuteczna, bo kobieta w wakacje przechodzi na emeryturę a zmarszczek ma mniej niż ja mimicznych.
Na rozładowanie pogody, zmartwień i niepowodzeń - Polka w ananasach:
środa, 21 maja 2014
Przekupstwa z Ikei (i nie tylko)
Coby wynagrodzić małej Poli wczorajszą traumę mama wybrała się nocą do Ikei. Wróciłam z:
| Kompletem pacynek na palce! |
| Polka zachwycona, chwyta dzielnie i raduje się wielce. Na pierwszym planie... łoś, choć wmawiałam małej, że to kangur. |
| Pacynek jest 10: łoś (zwany kangurem), lew, panda, słoń, papuga, króliczek, żaba, żółw, rekin, mysz. |
| Nowym abażurem na naszą nocną lampkę. Stwierdziłam, że Poli potrzebny taki bardziej dziewczyński. |
| Pola chyba też tak twierdzi, bo przybliżona do obrazków dotyka ich i wzdycha z radości |
wtorek, 20 maja 2014
Osłonka
Muszę przyznać, że mam dosyć ambiwalentne uczucia względem uszytej ostatnio osłonki przeciwsłonecznej. Sama nie wiem czy ją wywalić do kosza czy dzielnie używać.
Zanim zamontuję ją na wózku Polka już zniecierpliwi się zawsze na tyle, by zacząć kwękać, rozkopywać się i marudzić. Po kilku skrętach okazuje się, że zrobiłam to źle i znów muszę coś poprawiać, zmieniać rozplątywać tasiemki. Zmęczona zastąpiłam kokardy zatrzaskami. Pomysł średni, bo zatrzaski w złych miejscach. Nadal muszę kombinować i owijać, cudować, robić pod kątem albo nie zapinać wcale. Kiedy słońce się przemieszcza przesterowanie osłonki zajmuje wieki. A Pola niezadowolona się krzywi. Dodatkowo często nie widzę mojego maleństwa, bo osłonka najefektywniej działa, kiedy cała jest zaciągnięta. Muszę zaglądać z boków (co i tak jest łatwiejsze niż prężenie się przy parasolce!). Za to kiedy już osłonka zostanie dobrze zamocowana Polka jest zachwycona. Dziś na spacerze śmiała się na głos, kiedy obserwowała jak promienie migotają na kolorowym materiale. Czuła się jak pod projektorem! No i nic nie raziło jej oczu.
Spacer udał nam się... wcale się nie udał! Przy temperaturze 30 stopni mała uspokoiła się dopiero, kiedy ją rozebrałam do body i przykryłam samą pieluszką tetrową. Usnęła na ostatnich 20-tu metrach. A ja teraz mam hipochondryczne wyrzuty sumienia, że dziecko rozebrane przewiało, albo odwrotnie, że ją przegrzałam maksymalnie. Potem podróż do domu, a w aucie klima, dziecko znów trzeba ubrać - płacz. W między czasie korek. Klasyka gatunku - cała Roździeńskiego rozbrzmiewała przekleństwami i permanentną kompilacją jedynka plus sprzęgło. A Pola w płacz. Zjechałyśmy na stację benzynową, myślałam że jest głodna, a ona chciała tylko mojego towarzystwa. Z radości zrobiła kupę. Przewijałam ją na kolanach, bo chciała się przytulać. Płakała, gdy tylko odkładałam ją do fotelika. Dokarmiła i usnęła w połowie trasy, na A4, gdzieś pomiędzy Mysłowicami a Sosnowcem. W domu marudziła - bo kupa, bo mama się krząta, bo głodna, bo śpiąca (standardowe zachcianki 2-miesięcznego niemowlęcia). Żeby sobie dodać trochę płaczu i żałości podniosłam ją radośnie z maty prosto w skośny sufit. Nie uderzyła się mocno, ale wystarczyło by aktywować żal i spojrzenie pełne wyrzutu. Oficjalnie uważam się za najgorszą matkę na świecie! Kto, na miłość boską, wybiera się z tak małym dzieckiem na terenowe manewry w taką pogodę?! Dodam - dzieckiem za ciepło ubranym. Trudno, stało się. Mam tylko nadzieję, że nauczyłam się sporo na własnych dziś błędach. Jutro Polka pójdzie na spacer po ogrodzie ubrana w zacieszny pajac z krótkimi rękawkami. Przykryta osłonką.
Zanim zamontuję ją na wózku Polka już zniecierpliwi się zawsze na tyle, by zacząć kwękać, rozkopywać się i marudzić. Po kilku skrętach okazuje się, że zrobiłam to źle i znów muszę coś poprawiać, zmieniać rozplątywać tasiemki. Zmęczona zastąpiłam kokardy zatrzaskami. Pomysł średni, bo zatrzaski w złych miejscach. Nadal muszę kombinować i owijać, cudować, robić pod kątem albo nie zapinać wcale. Kiedy słońce się przemieszcza przesterowanie osłonki zajmuje wieki. A Pola niezadowolona się krzywi. Dodatkowo często nie widzę mojego maleństwa, bo osłonka najefektywniej działa, kiedy cała jest zaciągnięta. Muszę zaglądać z boków (co i tak jest łatwiejsze niż prężenie się przy parasolce!). Za to kiedy już osłonka zostanie dobrze zamocowana Polka jest zachwycona. Dziś na spacerze śmiała się na głos, kiedy obserwowała jak promienie migotają na kolorowym materiale. Czuła się jak pod projektorem! No i nic nie raziło jej oczu.
Spacer udał nam się... wcale się nie udał! Przy temperaturze 30 stopni mała uspokoiła się dopiero, kiedy ją rozebrałam do body i przykryłam samą pieluszką tetrową. Usnęła na ostatnich 20-tu metrach. A ja teraz mam hipochondryczne wyrzuty sumienia, że dziecko rozebrane przewiało, albo odwrotnie, że ją przegrzałam maksymalnie. Potem podróż do domu, a w aucie klima, dziecko znów trzeba ubrać - płacz. W między czasie korek. Klasyka gatunku - cała Roździeńskiego rozbrzmiewała przekleństwami i permanentną kompilacją jedynka plus sprzęgło. A Pola w płacz. Zjechałyśmy na stację benzynową, myślałam że jest głodna, a ona chciała tylko mojego towarzystwa. Z radości zrobiła kupę. Przewijałam ją na kolanach, bo chciała się przytulać. Płakała, gdy tylko odkładałam ją do fotelika. Dokarmiła i usnęła w połowie trasy, na A4, gdzieś pomiędzy Mysłowicami a Sosnowcem. W domu marudziła - bo kupa, bo mama się krząta, bo głodna, bo śpiąca (standardowe zachcianki 2-miesięcznego niemowlęcia). Żeby sobie dodać trochę płaczu i żałości podniosłam ją radośnie z maty prosto w skośny sufit. Nie uderzyła się mocno, ale wystarczyło by aktywować żal i spojrzenie pełne wyrzutu. Oficjalnie uważam się za najgorszą matkę na świecie! Kto, na miłość boską, wybiera się z tak małym dzieckiem na terenowe manewry w taką pogodę?! Dodam - dzieckiem za ciepło ubranym. Trudno, stało się. Mam tylko nadzieję, że nauczyłam się sporo na własnych dziś błędach. Jutro Polka pójdzie na spacer po ogrodzie ubrana w zacieszny pajac z krótkimi rękawkami. Przykryta osłonką.
poniedziałek, 19 maja 2014
Nowe, kolorowe
Instytut Doświadczeń dołączył do PROMOCJI RODZINNEJ na DaWandzie. Od dziś, godz. 10:00 do 26-go maja godz. 24:00 wszystkie produkty z kategorii dziecko, niemowlę są tańsze o 15%. WSZYSTKIE, nawet szalone nowości wczoraj uszyte:
Czyżby dzień dziecka był już niebawem? Dla Polki uszyłam taki jak ten ostatni - z różowymi parasolkami, z metkami paryskimi. Do tego osłonkę przeciwsłoneczną, której jeszcze nie przetestowałam i nie przymierzałam do wózka, więc wolę jej nie pokazywać. No... zawsze będzie mogła robić za... fartuszek ;)
| Kocyk i poduszka niemowlęca w dwóch rozmiarach (mały 70x70cm, duży 96x70cm) podszyte ciepłą dresówką |
| Kocyki dwa (duży 96x70 cm i mały 70x70cm) w zestawie z podusią. Podszyte cienką dresówką. Ultra przewiewne i turbo śliczne! |
| Te również duże i małe (96x70cm i 70x70cm) - z podusiami. Podszyte grubą dresówką |
niedziela, 18 maja 2014
Manewry Polowe
Matko, ile się dzisiaj działo. Poranek rozpoczął nam się o 6 rano. Tato wrócił, jest się z kim bawić, wstaję - oszacowała Pola. Po dwóch godzinach zmęczona padła. Dokładnie wtedy z dzwonnicy kościelnej, całe dwie posesje od naszego domu, gruchnęły dzwony zapraszające na poranną mszę. Tandetna melodyjka zaprogramowana przez wiejskiego organistę zbudziła Polę zanim ta jeszcze zdążyła spokojnie zasnąć. Po godzinie powtórka. Nie było sposobu na parafialnych entuzjastów muzyki elektronicznej (tak, u nas dzwony brzmią w klimatach disco-electro), spakowaliśmy córeczkę do auta i w drogę, bo sporo mieliśmy do załatwienia. Urodziny świętowała moja siostra, wcześniej trzeba było kupić jej prezent. Lady Mama zdecydowała, że jedzie z nami.
Schodzimy na dół, Polka w kurtce, gotowa do drogi. Lady leniwie podnosi się sprzed laptopa i w wałkach defiluje krokiem estradowym mówiąc: "Zaraz". Przyzwyczajona do terroru Ojca kobieta jest w stanie uzyskać nadświetlną prędkość w wychodzeniu z domu. Wszyscy ze zgrozą wspominamy te rodzinne wyjścia, kiedy punkt ósma tato już siedział zdenerwowany w samochodzie a my z siostrami latałyśmy jak poparzone w poszukiwaniu torebki, kurtki, szminki i czego tam jeszcze. Czasem odjeżdżał i zostawiał nas takie rozhisteryzowane w jednej naciągniętej pończosze. Lady nie pozwoliła sobie nigdy na utarczki z mężem, dostosowała się. I tym razem w dziesięć minut siedziała już na przednim siedzeniu dzierżąc... rosół. Założyła, jakże słusznie, że siostra nie weźmie pod uwagę mojej karmiącej diety i postanowiła odmrozić dla mnie rosołek od teściowej. O tak!
Po drodze trzeba było zadbać jeszcze o prezenty. Wyznaczyłam rodzinie przystanek w najbliższym centrum handlowym, przydzieliłam role. Mąż po pieluchy i do apteki, Lady z Polką w aucie, ja do Sephory jednym rzutem załatwić urodziny i zbliżający się dzień matki. Wchodzę i ordynuję:
Ja: Dzień dobry, potrzebuję trzech prezentów: dla siostry, mamy i teściowej. Tylko sprintem poproszę, bo mam niemowlę w aucie.
Pan (!!) z Sephory: O JEZU!
Po zapewnieniu arcymiłego sprzedawcy, że niemowlę znajduje się pod kompetentną opieką przystąpiliśmy do działań. Wydałam absolutnie wszystko, co miałam. Jeśli dostałam 150zł rabatu to wydatek musiał obejmować chyba całą transzę stypendium wypłaconą z wyrównaniem za 5 ostatnich miesięcy.
Siostra zachwycona - lubi ekskluzywnie. Dary dla matek ukryłam w szafie, choć nie obyło się bez faux pas męża krzyczącego za mną "A tych toreb z Sephory nie bierzesz? Co w nich jest? Wykupiłaś cały sklep?". Posiedzieliśmy, pojedliśmy (Pola z butli, mąż zgodnie z menu imprezy, ja rzeczony rosół teściowej i trochę... chleba z masłem). Mała kazała się karmić co pół godziny, w przerwach od karmienia marudziła. Przystawiana do piersi zanosiła się płaczem. Kupa - zawyrokowałam. Zmotywowana masażem brzuszka Pola zrobiła co trzeba zostawiając siostrze uroczy prezent na łóżku (A jakże, urodziny!). Pojechaliśmy. W domu - histeria. Brzuch rozbolał Polkę jeszcze bardziej. Niewyspana zajściami dzwonniczymi, zmęczona długimi odwiedzinami, podróżą i innymi atrakcjami mała zaczęła płakać. Zanosiła się spazmatycznym krzykiem, którego jeszcze u niej nie słyszałam. Znów kupa - pomyślałam. Nie myliłam się, choć zanim do tego doszło to obie się sporo nacierpiałyśmy (ona więcej). Jedno pranie, dwa przewijania i blisko półtorej godziny przytulania później Pola w końcu usnęła przytulona do mojej piersi. Zanim odłożyłam ją do łóżeczka zdążyłam skończyć czytać powieść - swoją drogą absurdalną od początku do końca! Gdy w końcu wyszłam z pokoju dziecięcego mąż cicho bił mi brawo.
Malutka śpi. Skoro taki sielankowy wieczór się zapowiada - chciałam pójść coś uszyć. Po 5 centymetrach krzywego ściegu maszyna odmówiła współpracy. Po raz setny mam ochotę wyrzucić ją na bruk. Powstrzymuje mnie tylko potencjalne zniszczenie bruku. Wykroje gotowe, roboty co niemiara, maszyna stoi w miejscu. Mąż właśnie ją naprawia, a ja nie mam serca powiedzieć mu, że dobija 23-cia i chyba skapituluję z tym szyciem na dziś. Za to od rana... chyba będę zajmować się Polą. Jej płacze zaczęły się, kiedy śmiałam pójść na pocztę kilka dni temu. Wczoraj było podobnie - usnęłam zmęczona u rodziców na kanapie. Przykryta kocem dla mojej córeczki byłam niewidzialna. Przekonana, że znów gdzieś poszłam ryknęła płaczem, gdy tylko mnie zobaczyła - z wyrzutem skomlała jeszcze długo później. Dziś także - od nadmiaru wrażeń i ludzi innych niż mama. Podejrzewam, że to wszystko przez nagły wyjazd męża. Transakcja wiązana - taty nie ma, mama gdzieś znika, gdzieś zawierusza się też poczucie stabilności i bezpieczeństwa, które wypracowaliśmy równym harmonogramem i ciągłą swoją obecnością.
Jak na złość wypadła mi do tego wszystkiego plomba z siódemki leczonej kanałowo. I jak mam zdecydować się na spędzenie połowy dnia na fotelu dentystycznym?
Schodzimy na dół, Polka w kurtce, gotowa do drogi. Lady leniwie podnosi się sprzed laptopa i w wałkach defiluje krokiem estradowym mówiąc: "Zaraz". Przyzwyczajona do terroru Ojca kobieta jest w stanie uzyskać nadświetlną prędkość w wychodzeniu z domu. Wszyscy ze zgrozą wspominamy te rodzinne wyjścia, kiedy punkt ósma tato już siedział zdenerwowany w samochodzie a my z siostrami latałyśmy jak poparzone w poszukiwaniu torebki, kurtki, szminki i czego tam jeszcze. Czasem odjeżdżał i zostawiał nas takie rozhisteryzowane w jednej naciągniętej pończosze. Lady nie pozwoliła sobie nigdy na utarczki z mężem, dostosowała się. I tym razem w dziesięć minut siedziała już na przednim siedzeniu dzierżąc... rosół. Założyła, jakże słusznie, że siostra nie weźmie pod uwagę mojej karmiącej diety i postanowiła odmrozić dla mnie rosołek od teściowej. O tak!
Po drodze trzeba było zadbać jeszcze o prezenty. Wyznaczyłam rodzinie przystanek w najbliższym centrum handlowym, przydzieliłam role. Mąż po pieluchy i do apteki, Lady z Polką w aucie, ja do Sephory jednym rzutem załatwić urodziny i zbliżający się dzień matki. Wchodzę i ordynuję:
Ja: Dzień dobry, potrzebuję trzech prezentów: dla siostry, mamy i teściowej. Tylko sprintem poproszę, bo mam niemowlę w aucie.
Pan (!!) z Sephory: O JEZU!
Po zapewnieniu arcymiłego sprzedawcy, że niemowlę znajduje się pod kompetentną opieką przystąpiliśmy do działań. Wydałam absolutnie wszystko, co miałam. Jeśli dostałam 150zł rabatu to wydatek musiał obejmować chyba całą transzę stypendium wypłaconą z wyrównaniem za 5 ostatnich miesięcy.
Siostra zachwycona - lubi ekskluzywnie. Dary dla matek ukryłam w szafie, choć nie obyło się bez faux pas męża krzyczącego za mną "A tych toreb z Sephory nie bierzesz? Co w nich jest? Wykupiłaś cały sklep?". Posiedzieliśmy, pojedliśmy (Pola z butli, mąż zgodnie z menu imprezy, ja rzeczony rosół teściowej i trochę... chleba z masłem). Mała kazała się karmić co pół godziny, w przerwach od karmienia marudziła. Przystawiana do piersi zanosiła się płaczem. Kupa - zawyrokowałam. Zmotywowana masażem brzuszka Pola zrobiła co trzeba zostawiając siostrze uroczy prezent na łóżku (A jakże, urodziny!). Pojechaliśmy. W domu - histeria. Brzuch rozbolał Polkę jeszcze bardziej. Niewyspana zajściami dzwonniczymi, zmęczona długimi odwiedzinami, podróżą i innymi atrakcjami mała zaczęła płakać. Zanosiła się spazmatycznym krzykiem, którego jeszcze u niej nie słyszałam. Znów kupa - pomyślałam. Nie myliłam się, choć zanim do tego doszło to obie się sporo nacierpiałyśmy (ona więcej). Jedno pranie, dwa przewijania i blisko półtorej godziny przytulania później Pola w końcu usnęła przytulona do mojej piersi. Zanim odłożyłam ją do łóżeczka zdążyłam skończyć czytać powieść - swoją drogą absurdalną od początku do końca! Gdy w końcu wyszłam z pokoju dziecięcego mąż cicho bił mi brawo.
Malutka śpi. Skoro taki sielankowy wieczór się zapowiada - chciałam pójść coś uszyć. Po 5 centymetrach krzywego ściegu maszyna odmówiła współpracy. Po raz setny mam ochotę wyrzucić ją na bruk. Powstrzymuje mnie tylko potencjalne zniszczenie bruku. Wykroje gotowe, roboty co niemiara, maszyna stoi w miejscu. Mąż właśnie ją naprawia, a ja nie mam serca powiedzieć mu, że dobija 23-cia i chyba skapituluję z tym szyciem na dziś. Za to od rana... chyba będę zajmować się Polą. Jej płacze zaczęły się, kiedy śmiałam pójść na pocztę kilka dni temu. Wczoraj było podobnie - usnęłam zmęczona u rodziców na kanapie. Przykryta kocem dla mojej córeczki byłam niewidzialna. Przekonana, że znów gdzieś poszłam ryknęła płaczem, gdy tylko mnie zobaczyła - z wyrzutem skomlała jeszcze długo później. Dziś także - od nadmiaru wrażeń i ludzi innych niż mama. Podejrzewam, że to wszystko przez nagły wyjazd męża. Transakcja wiązana - taty nie ma, mama gdzieś znika, gdzieś zawierusza się też poczucie stabilności i bezpieczeństwa, które wypracowaliśmy równym harmonogramem i ciągłą swoją obecnością.
Jak na złość wypadła mi do tego wszystkiego plomba z siódemki leczonej kanałowo. I jak mam zdecydować się na spędzenie połowy dnia na fotelu dentystycznym?
sobota, 17 maja 2014
Butelka
We've got the winner! Panie i panowie, bitwa o butlę wygrana! Kupiłam cudo zachwalane na forach internetowych i Polka od razu chwyciła. Zaraz, jak tylko przesyłka przyszła wyparzyłam wynalazek, odciągnęłam próbne 10ml i rozpłakałam się z radości, jak mała bez mrugnięcia okiem je wsunęła. W nagrodę dałam pierś. Potem się zastanawiałam, czy to było "wychowawcze", ale ostatecznie dziś ściągnęła z butli pełną 50-kę i to za pierwszym podejściem, więc niniejszym polecam wszystkim mamom z podobnymi problemami:
MAM Anti–Colic 160 ml (wybrałam taki rozmiar, mimo, że butelka z kategorii 0+, ale najmniejsza z możliwych. Jak nam wypali szarpnę się na większą, szklaną). A oto, co producent (i mój komentarz):
Innowacyjna budowa dna butelki
- odkręcane dno – pełna higiena - faktycznie, bardzo łatwo się czyści takie cudo
- zawór w dnie butelki odprowadza powietrze - pod koniec sesji, kiedy mleka było mało, faktycznie zaczęła na dole jakby syczeć pozwalając powietrzu wyjść z butli na zewnątrz
Zewnętrzna osłonka smoczka zapobiega wyciekaniu pokarmu - czyli klasyczna nakładka, bez szału
Atrakcyjny design (motywy gwiazdek) - mnie bardzo się podoba, wybrałam sobie kremową, delikatną buteleczkę, inne też super. Na mojej są jelonki, pasują Poli do tekstyliów w łóżeczku i w wózku
Wolny przepływ płynów - ma swoje zalety, działa prawie jak pierś
![]() |
| www.mambaby.pl |
MAM Anti–Colic 160 ml (wybrałam taki rozmiar, mimo, że butelka z kategorii 0+, ale najmniejsza z możliwych. Jak nam wypali szarpnę się na większą, szklaną). A oto, co producent (i mój komentarz):
Innowacyjna budowa dna butelki
- odkręcane dno – pełna higiena - faktycznie, bardzo łatwo się czyści takie cudo
- zawór w dnie butelki odprowadza powietrze - pod koniec sesji, kiedy mleka było mało, faktycznie zaczęła na dole jakby syczeć pozwalając powietrzu wyjść z butli na zewnątrz
Zewnętrzna osłonka smoczka zapobiega wyciekaniu pokarmu - czyli klasyczna nakładka, bez szału
Atrakcyjny design (motywy gwiazdek) - mnie bardzo się podoba, wybrałam sobie kremową, delikatną buteleczkę, inne też super. Na mojej są jelonki, pasują Poli do tekstyliów w łóżeczku i w wózku
Wolny przepływ płynów - ma swoje zalety, działa prawie jak pierś
Równomierny przepływ mleka - to chyba Polka byłaby w stanie ocenić
Prosta w użyciu - a czy ktoś widział butelkę skomplikowaną w użyciu?
NOWOŚĆ! Funkcja samosterylizacji - to prawda, ale tylko dla ludzi posiadających mikrofalówkę. Ja nie mam, wyparzam sobie.
Prosta w użyciu - a czy ktoś widział butelkę skomplikowaną w użyciu?
NOWOŚĆ! Funkcja samosterylizacji - to prawda, ale tylko dla ludzi posiadających mikrofalówkę. Ja nie mam, wyparzam sobie.
Produkty MAM są wolne od BPA i teraz dodatkowo są jeszcze 10% tańsze - www.mambaby.pl - to w szczególności mnie zachęciło do zakupu. Kupiłam też smoczek, ale ten nie sprawdzi się chyba w ogóle. Wszystko z nim w porządku. Polka po prostu smoczków w ogóle nie toleruje. To dziwne, ale... krztusi się nim (mimo, że ten dedykowany jest 2-miesięcznym bąblom i jest maleńki). Po smoczku zwymiotowała zawodowo i więcej jej nie będę namawiać. Co ciekawe - wcale jej ustrojstwa nie wciskałam. Bawiła się nim sama - przykładała do ust, zaczynała go ssać, wsysała do środka i krztusiła się. W końcu polała się kolacja na cały outfit i trzeba było kąpać.
Teraz maleńka najedzona (z piersi), wykąpana (w wanience), przebrana (w pajaca z misiem na chłodne dni - welurek) śpi. A jak się obudzi do karmienia po północy to będzie już z nami tata, który dzwonił chwilę temu, że już wrócił na Śląsk i niebawem będzie u nas w domku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

