Co ze mnie za matka, skoro nie potrafię nakarmić swojego dziecka? Myślałam, że nasze problemy rozwiązały się, kiedy przestałam Polę karmić (no, bo skoro sama nie chciała tak jeść, to chyba sprawa jasna). Mała chwyciła mleko modyfikowane i jadła z apetytem, większym nawet, niż do tej pory. Aż tu nagle, od kilku dni powiedziała "nie". Wyartykułowała owo "nie" krzykiem na pół dzielnicy i manifestacyjnym zjedzeniem 60ml w ciągu całego dnia. Całego!
Wrzask przy zasypianiu, kiedy śmiałam dać jej butelkę doprowadził mnie do krzyku i płaczu. Polkę też. Wkurwiona (no nie mam innego słowa, doprawdy) dałam jej wody. Wypiła jej jakieś 10ml po czym odepchnęła butelkę, zacisnęła usta i odwróciła głowę rozpoczynając histeryczne wycie. Przez cały dzień może ze 100ml wody udało nam się w nią wcisnąć. "Na śpiocha" też nie chce jeść mleka.
No, to może chociaż stałe pokarmy? A gdzie tam! Kilka łyżeczek kaszki, kilka łyżeczek obiadku. Na wadze spadek w stosunku do ostatnich osiągów.
Solidne polskie kurwy cisną mi się na usta, bo co do cholery się dzieje? No co? Mleko mm - NIE, pierś - NIE, woda - NIE, obiadek - NIE, owoce - NIE, warzywa - NIE, ze słoiczka - NIE, gotowane przez mamę - NIE. I wrzask, i płacz, i marudzenie, że głodna. No cholera jasna, nerwy mi puszczają. Co mam jej powiedzieć "nie, to nie" i nie karmić jej niczym dla "przetrzymania"? Czy 6-cio miesięczne dziecko może w ogóle świadomie histeryzować i należy ją jakoś zdyscyplinować? Czy założyć, że "tak ma", że dzieci w tym wieku nie myślą racjonalnie i po prostu przeczekać? Podręcznik nic na ten temat nie pisze, Internety coś tam mówią, ale wiadomo jak jest - fora psycho-matek i kobiet, które lubią hiperbolizować - nie dla mnie. Blogosfera najwyraźniej ma dzieci dobrze jedzące, grzeczne i uśmiechnięte 24/h (albo sprytnie nie przyznaje się do gorszych dni). Wiem, gdzieś tam w głębi rozumku wiem, że nie jest to jakiś wyjątkowy przypadek, ale nie rozumiem własnego dziecka. Nie wiem, dlaczego funkcjonujemy w cyklach miesięcznych, podczas gdy moje koleżanki potrafią wypracować rutynę, ich dzieci są przewidywalne i trzymają się swoich upodobań. Polka nie. W tym miesiącu np. budzi się w nocy od 3 do 5 razy, odmawia jedzenia. Miesiąc wcześniej budziła się np. raz i jak w zegarku, jadła tyko odciągnięte mleko. Dwa miesiące temu wrzeszczała i przy piersi i przy butelce, spała ładnie z jedną pobudką. Trzy miesiące temu wisiała na piersi, spała prawie całe noce, cztery miesiące temu pierś naprzemian z butelką - sielanka. Noce gorsze - 2, 3 pobudki. Pięć miesięcy temu tylko pierś, nie chciała zasypiać, nosiłam ją z godzinę, zanim usypiała. Noce spokojne. Sześć miesięcy temu, kiedy była najmniejsza, było jej wszystko jedno co je, jak je, byle tylko się wyspała. Noce bez ani jednej pobudki - fenomen.
Czemu taki kalejdoskop? Co z tym jedzeniem? Nie uwierzę w alergie, refluksy i inne gówna chorobowe, bo dziecko jest zdrowe (poza katarem), nie ząbkuje i ewidentnie dala dziś popis uporu i histerii, HISTERII! A ja braku zrozumienia i cierpliwości, bo ileż można. Cały tydzień dziecko zmierzi, marudzi: na rękach - nie, w łóżeczku - nie, w kojcu - nie, na macie - nie, w bujaku - nie, w foteliku do karmienia - nie, na spacerze - nie, w tuli - nie, w wózku - nie. Do posrania (za przeproszeniem) NIE. Wczoraj dzień wytchnienia, dziś też, bo przejął ją mąż. Aż się za własną córeczką stęskniłam. Mówię - dziś ja usypiam. W zamian za rzut macierzyńskiej miłości dostałam jeden wielki wrzask i brak współpracy. I widzę tu, na książeczce zdrowia taką sielską scenkę teraz (bo leży obok mnie): piękna mama przytula odchowane i uśmiechnięte niemowlę. No photoshop na 100%.
niedziela, 14 września 2014
piątek, 12 września 2014
Cieszyński kinder bal
Kuzyn napisał do nas trochę last minute. Nowe pokolenie (my, znaczy się) funkcjonuje w mniejszym konwenansie i zaprasza się bez pompy - co cenię. Nie znoszę anonsowania się na miesiąc przed przyjazdem. Wolę "dom otwarty", gości, którzy wpadają ot tak, bo nie mogą już bez nas wytrzymać. W podobnym stylu lubię odwiedzać: niezapowiedziana albo z krótkim wyprzedzeniem. Kuzyn wpisał się w te preferencje i facebookowo podał detale: trzeba być w niedzielę na 14 i mieć buty do ping-ponga. Nie wiedział wtedy jeszcze, kogo zaprasza! Mój mąż był w końcu mistrzem parafii w ping-ponga! On wygrywał na Tysiącleciu dolnym, jego brat na górnym. W taką rodzinę się wdałam!
Do Cieszyna (gdzie to kuzyn mieszka) dojechaliśmy bez większych problemów. Piszę - większych - bo w końcu udało mi się wjechać pod prąd na przejście graniczne zgarniając blisko 400-koronowy mandat. Do tego dnia zupełnie inaczej wyobrażałam sobie 400 koron. Dobry wynik, taki niski mandat, biorąc pod uwagę moje ogólnie nieogarnięcie: nieważne prawo jazdy (na panieńskie nazwisko), nielegalne ksenony w aucie, kobiece "nie, nie widziałam tego znaku" i próby negocjacji skierowane do Czecha-formalisty. Nie dziwię się, że kiedy już dotarliśmy do kuzyna ten z miejsca zaproponował mi piwo. Wypiłam!
Na miejscu dzieci było co niemiara. Sprawczynią całego zamieszania była kuzynka Poli, Nadia, świętująca swoje 8-me urodziny. Wiek przedni.
Przyznam się otwarcie: nie wiem, co kupuje się 8-mio latkom na urodziny. Zadzwoniłam do siostry z pytaniem, ale ta zamiast udzielić mi wyczerpującego wykładu na temat rozwoju dziecka w wieku szkolnym powiedziała coś zdawkowo o różowych klockach i rozłączyła się. Kupiłam więc Nadii książkę. Pod wpływem Saving Mr Banks przypadły jej w udziale Przygody Marry Poppins i pacynka sowa z Ikei. Skoro pluszak podoba się mnie, to małej dziewczynce, chyba też przypadnie do gustu.
Oby książka też się spodobała. Prezent ryzykowny - moja siostrzenica, w podobnym wieku, książkami pogardza, nie czyta ich za wiele. Leżą sterty w jej pokoju i lęgnie się na nich kurz wespół z ignorancją. Żal mi książek i małej, bo przecież lektura, zwłaszcza w tym wieku, buduje naszą wyobraźnię na wszystkie późniejsze lata. To dziwne przecież, bo siostra moja dużo czasu poświęca na czytanie córeczce. A mimo to dziewczynka woli tarzać się w swoim plastikowym królestwie i rozpakowywać kolejne stroje dla lalek, niż oglądać fantastyczne książki, które jej kupuję (a kupuję cudne!). Oby z Nadią było inaczej. Na wszelki wypadek następnym razem kupimy jej coś bardziej uniwersalnego, niż szybką zdobycz na piątkowych zakupach, bo i czasu na wybieranie było niewiele.
| To, że dzieci lubią dzieci wiadomo nie od dziś. A Polka lubi swoje kuzynki wyjątkowo. Na widok Hani aż się rozpromienia! Tu z Nadią, równie szczęśliwa, zainteresowana i rozbawiona. |
Rzadko widujemy się z tą częścią mojej rodziny. Pewnie przez odległość. Sporo robi też różnica wieku. Kuzyn jest ode mnie blisko 7 lat starszy. Lepiej rozumiem się z jego młodszym (najmłodszym) bratem, ode mnie tylko młodszym o rok. Za to żona kuzyna to moja absolutna faworytka. Szczera, bezpośrednia, z dobrym wyczuciem stylu. Dodatkowo ma u mnie wielkiego plusa za wykonanie najpiękniejszego ślubnego makijażu, jaki do tej pory widziałam - mojego. Mimo nieprzespanej nocy i przedślubnych nerwów napiętych jak postronki narowistego konia - sprawiła, że wyglądałam piękniej, niż kiedykolwiek. A takich przysług się nie zapomina! Wygląda na to, że kuzynostwu udały się też dzieci. Nadia to grzeczna, bezpośrednia dziewczynka. Okazała dziś Poli tyle uwagi, jakby wcale nie miała 8-miu tylko lat! A brat Nadii, Tytus... no cóż, nie miałam dziś czasu mu się przyjrzeć. Maluch słynie z energii i przemieszcza się z prędkością światła.
Fajnie było ich wszystkich zobaczyć. A Polka była tak zachwycona, że śmiała się na głos prawie cały czas!
| No zrobiła furorę, ta mała królewna! |
poniedziałek, 8 września 2014
Czary mary przy karmieniu / Kangurek do karmienia
Generalnie karmienie to u nas temat rozwlekły. Na tyle, by okazyjnie zmienić nazwę bloga na "Polka's food issues". Najpierw była pierś i Nan Pro HA 1 w szpitalu (bo była bardzo dużym dzieckiem, a ja po cesarce - wiadomo). Potem była tylko pierś i córeczka nie chciała słyszeć o czymkolwiek innym do 4-go miesiąca. Wtedy zaczęły się schody zwane również kolkami. Okazało się, że to wcale nie kolka, a trudności z przełykaniem. Mała zraziła się do jedzenia z piersi tak bardzo, że przez blisko 2 miesiące przyszło mi odciągać dla niej mleko, bo postanowiła jeść tylko z butelki. Przy okazji słabo przybierała. Rozkojarzała się w trakcie jedzenia i zjadała malutko. Trzeba było ją czymś zajmować, żeby w końcu się porządnie najadła.
Jedną ręką karmimy, drugą zabawiamy zabawką, pozytywką, czymkolwiek i ostatecznie udaje się jej wsunąć całą butlę. Jest to o tyle męczące, że Poleczka lubi jeść na leżąco, w łóżeczku. Stoimy zatem z mężem niefizjologicznie wygięci i na dwie ręce robimy jej żywieniowy spektakl z narracją poboczną. Ostatnio nasze życie znacznie się ułatwiło, bo kupiłam dla Poli kangurka do karmienia ze Snooze Baby. Kupiłam go przypadkiem - pomyślałam, że ładny jest, a Pani na Olx.pl sprzedawała go w pakiecie z książeczką ze Skip Hop (o której tu). O tym, że służy do karmienia dowiedziałam się dopiero później, kiedy to dotarłam do opisu kangura na Wafelkach (tu). Przeraziła mnie cena: 102zł za pluszaka? I to, powiedzmy to wprost, niezbyt ładnego!
Na szczęście kangurek w oryginale okazał się bardzo ładny, przytulny i szalenie funkcjonalny. W kieszonkę wkładamy butelkę i trzymamy jedną ręką. Pola pięknie je bawiąc się misiem pluszaczkiem.
Niniejszym osiągnęłam absolutny poziom gadżeciarstwa - czy ktokolwiek mi uwierzy, że przypadkiem? I że widzę jak zbędny jest ten kangur, że tak na prawdę wcale go nie potrzebujemy. No, ale koro już go mamy, to cieszę się, że mi trochę sprawę ułatwił.
Jedną ręką karmimy, drugą zabawiamy zabawką, pozytywką, czymkolwiek i ostatecznie udaje się jej wsunąć całą butlę. Jest to o tyle męczące, że Poleczka lubi jeść na leżąco, w łóżeczku. Stoimy zatem z mężem niefizjologicznie wygięci i na dwie ręce robimy jej żywieniowy spektakl z narracją poboczną. Ostatnio nasze życie znacznie się ułatwiło, bo kupiłam dla Poli kangurka do karmienia ze Snooze Baby. Kupiłam go przypadkiem - pomyślałam, że ładny jest, a Pani na Olx.pl sprzedawała go w pakiecie z książeczką ze Skip Hop (o której tu). O tym, że służy do karmienia dowiedziałam się dopiero później, kiedy to dotarłam do opisu kangura na Wafelkach (tu). Przeraziła mnie cena: 102zł za pluszaka? I to, powiedzmy to wprost, niezbyt ładnego!
Na szczęście kangurek w oryginale okazał się bardzo ładny, przytulny i szalenie funkcjonalny. W kieszonkę wkładamy butelkę i trzymamy jedną ręką. Pola pięknie je bawiąc się misiem pluszaczkiem.
| Akrobacje żywieniowe Polki |
| Czasem nawet sama chwyci tę konstrukcję |
Niniejszym osiągnęłam absolutny poziom gadżeciarstwa - czy ktokolwiek mi uwierzy, że przypadkiem? I że widzę jak zbędny jest ten kangur, że tak na prawdę wcale go nie potrzebujemy. No, ale koro już go mamy, to cieszę się, że mi trochę sprawę ułatwił.
| Poza porami karmienia zwyczajnie się nim bawi, bo pluszak ma metki, uchwyty do trzymania i jest zaskakująco lekki jak na takiego dużego zwierzaka |
| Polka kojarzy kangura z jedzeniem nawet, jeśli nie ma tam butelki |
sobota, 6 września 2014
PÓŁ ROCZKU!
6 miesięcy to jakaś przełomowa chwila. PÓŁ ROKU! Moja córka ma już pół roczku! A jeszcze niedawno wierciła się podczas KTG do tego stopnia, że nic nie dało się wysłuchać i wymierzyć. W 6 miesięcy ze śpiącego niemowlaczka stała się aktywnym dzidziusiem. A ja panikującej lasi na hormonach zmieniłam się w świadomą macierzyństwa kobietę - magia.
Jak u nas wygląda rejestr 6-miesięcznych osiągów Polki?
Uczy się siadać
Siedzi już pewnie... na kolanach mamusi, kiedy ją trzymam. Sama nie siedzi w ogóle, nawet nie próbuje. Wydaje mi się, że podkurczanie nóżek pod pupę podczas leżenia na brzuchu to preludium do wielkiego siadu. Czasem ją sama posadzę, mała czegoś się trzyma: łóżeczka, książki, nas; i wydaje się, jakby pięknie siedziała, ale to ściema. Ciągle nad tym wszystkim mała Pola pracuje.
Leży na brzuchu
NON STOP! Przekręca się na brzuch w łóżeczku, na macie, w łóżku, na przewijaku. Na tym ostatnim jest szczególnym hardcore'm, bo lubi rączką i nóżką zwisać poza mebelek. Na brzuchu jest jej dobrze, kiedy akurat zje (nie zraża się ulewaniem), kiedy się bawi, kiedy nas obserwuje. Uczy się robić kołyskę/samolot (zwał, jak zwał, podnosi rączki i nóżki jednocześnie).
Staje na czworaka
Potrafi tak ustać kilka sekund. Nie jest w stanie się jeszcze przemieszczać, czasem wykonuje takie specyficzne "rzuty ciałem do przodu" albo podpełzuje wypinając pupę. Wygląda przy tym BOSKO.
Je
Coraz mniej się stresujemy tym jedzeniem. Zakończyłyśmy karmienie piersią. Pięknie pije mleko z butelki. Bez mrugnięcia okiem przeszła na mieszankę hypoalergiczną (a przecież smak gorszy). Wypija już ok 600-800ml dziennie. Do tego zjada dwa do trzech posiłków dziennie. Martwię się, że zjada za mało, bo czasem zwyczajnie nie mam kiedy jej karmić (no cały dzień w terenie, drzemki w porach posiłków itp.).
Urosła
Waży: 7,4kg
Mierzy: 71cm
Obwód główki: 42cm
Co oznacza centyl: nieco poniżej 50-go (wagowo) i nieznacznie powyżej 97-go (wzrostowo). No i jeszcze 25-ty centyl (główkowo). Mam znów nadzieję, że mierzę ją niedokładnie oraz, że waga źle mi działa (bo by mi spadła przez te 2 tygodnie, a nie przybrała... nie może tak być bo je pięknie!).
Ubieram ją w ubranka 74/80; kupuję już tylko 80-ki, czasem 86, jak bardzo zimowe - na zapas.
Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że polubiła spacery. Znienawidziła chyba jazdę samochodem, ale z kolei my wzięliśmy to na sposób i podróżujemy nocą/wieczorami. Nadal usypia ją Coldplay. Polubiła bardziej swoich dziadków. Spędza z nimi coraz więcej czasu, poznaje ich i cieszy się na ich widok. Mam dzięki temu większe chody u teściów (rodzice jedzą mi z ręki). Wczoraj powiedziała nawet "BABA" (po długim namawianiu jej na wyartykułowanie słynnego MA-MA). Dziadkowie są, jak widać, w łaskach. Widzi kota i nazywa go "O". Kiedy ten nawinie się w zasięg rączek - wyrywa mu sierść i cieszy się w głos. Polubiła Wisłę, czuła się tam lepiej, niż w domu.
Ma dużo koleżanek, kuzynów i kuzynek. Lubi spędzać czas z innymi dziećmi i cieszy się widząc małe twarze pochylone nad łóżeczkiem/wózkiem. Zaliczyła nawet pierwsze, nieporadne karmienie jej w wykonaniu dwulatki (!) - kuzynka Eliza najwyraźniej odwzajemnia miłość Poli i chce się opiekować. Kuzynka Hania robi dla niej laurki. A jutro jedziemy na pierwszy Polki kinder bal do kuzynki z Cieszyna. Dzieje się!
Pola jest śliczną, mądrą i silną dziewczynką. Jest zdrowa, a to najważniejsze. Kocham ją najmocniej, i ona kocha mnie - coraz lepiej to widać. Chce być na moich rękach, smuci się, kiedy wychodzę (Dori, pamiętasz, mówiłaś, że tak będzie!). Coraz pełniej wyraża swoje potrzeby. Nadal nie krzyczy i nie płacze, co cenimy, ale jakoś udaje jej się przekazać nam podstawowe informacje: nie chcę już tego jeść, odłóż mnie na matę/do łóżeczka, weź mnie na ręce, baw się ze mną, zostaw tego laptopa. Co niniejszym czynię.
Jak u nas wygląda rejestr 6-miesięcznych osiągów Polki?
Uczy się siadać
Siedzi już pewnie... na kolanach mamusi, kiedy ją trzymam. Sama nie siedzi w ogóle, nawet nie próbuje. Wydaje mi się, że podkurczanie nóżek pod pupę podczas leżenia na brzuchu to preludium do wielkiego siadu. Czasem ją sama posadzę, mała czegoś się trzyma: łóżeczka, książki, nas; i wydaje się, jakby pięknie siedziała, ale to ściema. Ciągle nad tym wszystkim mała Pola pracuje.
Leży na brzuchu
NON STOP! Przekręca się na brzuch w łóżeczku, na macie, w łóżku, na przewijaku. Na tym ostatnim jest szczególnym hardcore'm, bo lubi rączką i nóżką zwisać poza mebelek. Na brzuchu jest jej dobrze, kiedy akurat zje (nie zraża się ulewaniem), kiedy się bawi, kiedy nas obserwuje. Uczy się robić kołyskę/samolot (zwał, jak zwał, podnosi rączki i nóżki jednocześnie).
Staje na czworaka
Potrafi tak ustać kilka sekund. Nie jest w stanie się jeszcze przemieszczać, czasem wykonuje takie specyficzne "rzuty ciałem do przodu" albo podpełzuje wypinając pupę. Wygląda przy tym BOSKO.
Je
Coraz mniej się stresujemy tym jedzeniem. Zakończyłyśmy karmienie piersią. Pięknie pije mleko z butelki. Bez mrugnięcia okiem przeszła na mieszankę hypoalergiczną (a przecież smak gorszy). Wypija już ok 600-800ml dziennie. Do tego zjada dwa do trzech posiłków dziennie. Martwię się, że zjada za mało, bo czasem zwyczajnie nie mam kiedy jej karmić (no cały dzień w terenie, drzemki w porach posiłków itp.).
Urosła
Waży: 7,4kg
Mierzy: 71cm
Obwód główki: 42cm
Co oznacza centyl: nieco poniżej 50-go (wagowo) i nieznacznie powyżej 97-go (wzrostowo). No i jeszcze 25-ty centyl (główkowo). Mam znów nadzieję, że mierzę ją niedokładnie oraz, że waga źle mi działa (bo by mi spadła przez te 2 tygodnie, a nie przybrała... nie może tak być bo je pięknie!).
Ubieram ją w ubranka 74/80; kupuję już tylko 80-ki, czasem 86, jak bardzo zimowe - na zapas.
Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że polubiła spacery. Znienawidziła chyba jazdę samochodem, ale z kolei my wzięliśmy to na sposób i podróżujemy nocą/wieczorami. Nadal usypia ją Coldplay. Polubiła bardziej swoich dziadków. Spędza z nimi coraz więcej czasu, poznaje ich i cieszy się na ich widok. Mam dzięki temu większe chody u teściów (rodzice jedzą mi z ręki). Wczoraj powiedziała nawet "BABA" (po długim namawianiu jej na wyartykułowanie słynnego MA-MA). Dziadkowie są, jak widać, w łaskach. Widzi kota i nazywa go "O". Kiedy ten nawinie się w zasięg rączek - wyrywa mu sierść i cieszy się w głos. Polubiła Wisłę, czuła się tam lepiej, niż w domu.
Ma dużo koleżanek, kuzynów i kuzynek. Lubi spędzać czas z innymi dziećmi i cieszy się widząc małe twarze pochylone nad łóżeczkiem/wózkiem. Zaliczyła nawet pierwsze, nieporadne karmienie jej w wykonaniu dwulatki (!) - kuzynka Eliza najwyraźniej odwzajemnia miłość Poli i chce się opiekować. Kuzynka Hania robi dla niej laurki. A jutro jedziemy na pierwszy Polki kinder bal do kuzynki z Cieszyna. Dzieje się!
Pola jest śliczną, mądrą i silną dziewczynką. Jest zdrowa, a to najważniejsze. Kocham ją najmocniej, i ona kocha mnie - coraz lepiej to widać. Chce być na moich rękach, smuci się, kiedy wychodzę (Dori, pamiętasz, mówiłaś, że tak będzie!). Coraz pełniej wyraża swoje potrzeby. Nadal nie krzyczy i nie płacze, co cenimy, ale jakoś udaje jej się przekazać nam podstawowe informacje: nie chcę już tego jeść, odłóż mnie na matę/do łóżeczka, weź mnie na ręce, baw się ze mną, zostaw tego laptopa. Co niniejszym czynię.
piątek, 5 września 2014
Lela Blanc
Wkładka do wózka nie zawsze jest potrzebna. W zasadzie jest opcjonalna, zwłaszcza, jeśli dają w zestawie, jak w Bebetto Luca. Niestety dają kiepską. W sklepie pan od wózków mówił mi zachwycony, że dostaję sprzęt nowszej generacji z wkładką "jabłuszko". Przez chwilę myślałam, że chodzi o jakąś polską wersję Apple dla przemysłu wózkowego. Nic bardziej mylnego. Do subtelnego dizajnu wkładce firmowej daleko. Pisała o tym Zuza (tu), napiszę i ja - sztywne to, nieprzyjemne dla dzidziusia. Przerzuciliśmy Polkę do spacerówki jak była na nią jeszcze ciut za mała. Wyrywała nam się z gondoli, nie było rady, spacerów nie lubiła, próbowaliśmy wszystkiego. W spacerówce generalnie bardzo się uspokoiła i teraz udaje nam się spędzić w niej nierzadko pół dnia. Głównie dzięki zupełnie innej, nowej, lepszej wkładce do wózka. Wiem co mówię, mam w tym temacie doświadczenie!
Mowa oczywiście o Lela Blanc, których non profit reklamowałam już wielokrotnie (skutecznie, jak się okazuje, bo Zuzkę zaraziłam, i pewna rzeszowianka się przymierzała swego czasu do zakupu).
Jaka wkładka jest - każdy widzi: śliczna. Materiał w liski, który to wzór kupiłam to wesołe zwierzaczki hasające na zielonym tle. Pięknie zestawiona kolorystyka różu, zieleni, pomarańczu i bieli tworzy mozaikę przyjemną dla oka. Liski są uroczo dziecięce, skaczą po lasku jak małe chytruski i pięknie się prezentują w terenie. Materiał absolutnie fantastyczny, ładnie asymiluje się z dziecięcymi ubrankami, które z zasady są dosyć pstrokate. Poza tym piękne wykończenie polarkiem minky w kolorze mango rewelacyjnie przełamuje całą dziecięcość i tworzy z wybranej przeze mnie wkładki do wózka produkt najwyższego wzornictwa. Słowem - podoba mi się.
To, że wkładka jest funkcjonalna zostało już dokładnie opisane przez producenta (tu) i Zuzkę z Milly Me (tu). Pro forma też napiszę, że firma solidna, wykonanie najwyższej jakości, produkty posiadają pozytywną opinię Instytutu Matki i Dziecka. Śpiworek przestronny, funkcjonalny, poduszka miękka, ale nie za miękka, świetnie amortyzuje główkę dziecka, nie zabierając przy tym miejsca w wózku. Dodatkowy atut to przywieszka do smoczka, która dodawana jest do podusi, funkcjonalne przypięcie poduszki do wkładki, otwory na pasy (dostosowane do każdego chyba modelu wózka).
Napiszę też, że wkładka do wózka miewa i inne cechy. Przede wszystkim łagodzi konflikty z teściową, a za to warto dać każde pieniądze! Poprosiłam teściową z sanepidu o taki właśnie prezent dla Polki na Dzień Dziecka. Liczyłam na samą podusię, a dostaliśmy cały komplet. Teściowa obkupiła nas w poduszkę i wkładkę ze śpiworkiem twierdząc, że prezent robi dla całej rodziny. Słusznie! Ponieważ zaś komplecik spisuje się na medal, a Polce dodatkowo w nim ŚLICZNIE mam temat do rozmów z teściową podczas wspólnych spacerów. Kiedy mnie wkurza (no mimo najlepszych chęci wiadomo jak jest) patrzę na osprzęt wózka i przypominam sobie jak bardzo tą moją Polkę kocha i że zrobi dla niej wszystko, jak o nią dba i te wszystkie inne słodkości cudowności - złość mi przechodzi w oka mgnieniu. No, a ponieważ zestawiłam sobie wkładkę Lela Blanc z wkładką La Millou, którą kupiłam do drugiego wózka (tu) i porównanie wyszło na korzyć Lela Blanc (zdecydowanie!) - mogę uprawiać klasyczne podchlibianie się (wersja ocenzurowana słowa d****włazowstwo) mówiąc: "Ty to zawsze wybierzesz lepszą firmę". Działa!
Wkładka Lela Blanc sprzyja też nawiązywaniu kontaktów towarzyskich. Bardzo często zdarza nam się zatrzymać w naszym mini zoo w parku nieopodal. Tam dzieciaki biegają jak szalone wokół sarenek. Przynajmniej raz na spacer podbiega do nas jakieś dziecko, wychyla się z wózka bądź z rąk rodzica i chwyta liska na śpiworku Poli. Inne bobasy interesują się wzorem, a przy okazji i Polą. Dzieci mają chwilę dla siebie, gaworzą, piszczą, dotykają się rączkami zafascynowane innym "małym człowieczkiem" a mamusie tymczasem wymieniają uwagi na temat tekstyliów. Uwielbiam takie momenty! Ostatnio nawet wymieniałam owe uwagi z pewnym tatusiem, który dzielnie trzymał na rękach swojego 6-cio miesięcznego i 9,5 kilowego synka Feliksa (!). Wkładka Lela Blanc magnetyzuje więc nad wyraz intensywnie, bo w przypadku Feliksa - było co przyciągnąć.
Liski na śpiworku robią też za zabawkę. Zdarza mi się wyjść w teren kompletnie nieprzygotowanej. Wtedy i tak Pola ma co robić, bo po prostu łapie wzór na materiale i bawi się liskami. Potrafi to robić nawet do pół godziny. Kiedy jest ciepło odpięty śpiworek robi za zabawkę, którą można tarmosić, przypięty też pozwala się gnieść w małych rączkach, ale dodatkowo chroni przed chłodem.
Śpiworek może też zastąpić ubranko w sytuacji awaryjnej, czyli przepuszczalności pieluchy i braku zapasowych spodni. W ciepłe dni zwyczajnie zapinałam w nim Polkę i było jej cieplutko, milutko, a ja spokojnie dojeżdżałam do domu z zaopiekowanym i nieprzeziębionym niemowlęciem (no bo przecież nie będzie jechała w brudnych i mokrych spodenkach. Nie pojedzie też bez spodni na wietrze (no, chyba, że upał, to wtedy pojedzie).
Dużo by wyliczać jeszcze: śpiworek usypia (robi klimat ciepło i przyjemnie, Polka odpada w kilka minut), poduszka pomaga przy karmieniu (kiedy trzyma mi Polkę w pionie i mogę ją nakarmić obiadkiem w restauracji czy na wakacjach), wkładka zapobiega zjeżdżaniu dzidziusia w wózku (mała siedzi stabilnie), ale najważniejsze chyba, że wkładka Lela Blanc powoduje uśmiech na buzi mojej małej Poli.
P.S.
Mowa oczywiście o Lela Blanc, których non profit reklamowałam już wielokrotnie (skutecznie, jak się okazuje, bo Zuzkę zaraziłam, i pewna rzeszowianka się przymierzała swego czasu do zakupu).
Jaka wkładka jest - każdy widzi: śliczna. Materiał w liski, który to wzór kupiłam to wesołe zwierzaczki hasające na zielonym tle. Pięknie zestawiona kolorystyka różu, zieleni, pomarańczu i bieli tworzy mozaikę przyjemną dla oka. Liski są uroczo dziecięce, skaczą po lasku jak małe chytruski i pięknie się prezentują w terenie. Materiał absolutnie fantastyczny, ładnie asymiluje się z dziecięcymi ubrankami, które z zasady są dosyć pstrokate. Poza tym piękne wykończenie polarkiem minky w kolorze mango rewelacyjnie przełamuje całą dziecięcość i tworzy z wybranej przeze mnie wkładki do wózka produkt najwyższego wzornictwa. Słowem - podoba mi się.
| O, proszę, jak jej ładnie! |
Napiszę też, że wkładka do wózka miewa i inne cechy. Przede wszystkim łagodzi konflikty z teściową, a za to warto dać każde pieniądze! Poprosiłam teściową z sanepidu o taki właśnie prezent dla Polki na Dzień Dziecka. Liczyłam na samą podusię, a dostaliśmy cały komplet. Teściowa obkupiła nas w poduszkę i wkładkę ze śpiworkiem twierdząc, że prezent robi dla całej rodziny. Słusznie! Ponieważ zaś komplecik spisuje się na medal, a Polce dodatkowo w nim ŚLICZNIE mam temat do rozmów z teściową podczas wspólnych spacerów. Kiedy mnie wkurza (no mimo najlepszych chęci wiadomo jak jest) patrzę na osprzęt wózka i przypominam sobie jak bardzo tą moją Polkę kocha i że zrobi dla niej wszystko, jak o nią dba i te wszystkie inne słodkości cudowności - złość mi przechodzi w oka mgnieniu. No, a ponieważ zestawiłam sobie wkładkę Lela Blanc z wkładką La Millou, którą kupiłam do drugiego wózka (tu) i porównanie wyszło na korzyć Lela Blanc (zdecydowanie!) - mogę uprawiać klasyczne podchlibianie się (wersja ocenzurowana słowa d****włazowstwo) mówiąc: "Ty to zawsze wybierzesz lepszą firmę". Działa!
Wkładka Lela Blanc sprzyja też nawiązywaniu kontaktów towarzyskich. Bardzo często zdarza nam się zatrzymać w naszym mini zoo w parku nieopodal. Tam dzieciaki biegają jak szalone wokół sarenek. Przynajmniej raz na spacer podbiega do nas jakieś dziecko, wychyla się z wózka bądź z rąk rodzica i chwyta liska na śpiworku Poli. Inne bobasy interesują się wzorem, a przy okazji i Polą. Dzieci mają chwilę dla siebie, gaworzą, piszczą, dotykają się rączkami zafascynowane innym "małym człowieczkiem" a mamusie tymczasem wymieniają uwagi na temat tekstyliów. Uwielbiam takie momenty! Ostatnio nawet wymieniałam owe uwagi z pewnym tatusiem, który dzielnie trzymał na rękach swojego 6-cio miesięcznego i 9,5 kilowego synka Feliksa (!). Wkładka Lela Blanc magnetyzuje więc nad wyraz intensywnie, bo w przypadku Feliksa - było co przyciągnąć.
| Cały komplecik w pełnym ujęciu. Brakuje mi tylko pasów, zdecydowanie dokupię, bo te z Bebetto są twarde i niemożebne! |
Śpiworek może też zastąpić ubranko w sytuacji awaryjnej, czyli przepuszczalności pieluchy i braku zapasowych spodni. W ciepłe dni zwyczajnie zapinałam w nim Polkę i było jej cieplutko, milutko, a ja spokojnie dojeżdżałam do domu z zaopiekowanym i nieprzeziębionym niemowlęciem (no bo przecież nie będzie jechała w brudnych i mokrych spodenkach. Nie pojedzie też bez spodni na wietrze (no, chyba, że upał, to wtedy pojedzie).
Dużo by wyliczać jeszcze: śpiworek usypia (robi klimat ciepło i przyjemnie, Polka odpada w kilka minut), poduszka pomaga przy karmieniu (kiedy trzyma mi Polkę w pionie i mogę ją nakarmić obiadkiem w restauracji czy na wakacjach), wkładka zapobiega zjeżdżaniu dzidziusia w wózku (mała siedzi stabilnie), ale najważniejsze chyba, że wkładka Lela Blanc powoduje uśmiech na buzi mojej małej Poli.
| :) |
P.S.
Będą posty z pozostałymi gadgetami wózkowymi i nie tylko!
wtorek, 2 września 2014
Dotrzeć do książeczki - Empik i Matras
Jakiś czas temu wpadłam na szalony pomysł: kupię książkę dla dzieci. Szłam w odwiedziny, z pustymi rękami nie pójdę. Matki obdarowywać nie będę, bo wszystko ma. Dam coś córeczce, lat 4. Matka filolog etatowy, postawiłam na książkę.
Jak się później okazało - słusznie, bo wybrałam polecaną przez Ruby Soho serię o Ulicy Czereśniowej. Strzał w dziesiątkę, mała Ola miała już poprzednie części. Zanim jednak pewnej małej dziewczynce dane było pocieszyć się nową lekturą, mnie przyszło ją kupić. I tu zaczęły się schody.
Nie na darmo Empik ma renomę najgorszego pracodawcy roku (co roku). W zasadzie nie wiem, dlaczego ciągle tam chodzę. Pierwszy błąd zrobili znosząc zniżkę na kartę Euro26. Drugi błąd zrobili chcąc dorobić na płatnych reklamówkach. W księgarni? Na miłość boską, przecież kilka książek pod pachą to nie drobnica. Nie będę tu szacować zysków potentata księgarsko-papierniczego, ale biedni nie są, reklamówki mogli zostawić. O eko trend nie posądzam.
Trzeci błąd popełnili w logistyce placówki. Na ślepo wchodzę i już chcę swoim zwyczajem przdefilować przez pół sklepu do działu dziecięcego, a tu nagle niespodzianka. Główny dukt zasłany jest stolikami z promocjami. Stoliki szerokie na dwa metry każdy, po obu stronach ok 50cm. A ja z wózkiem! Nawet mikro Quinny nie sprostał takiemu wyzwaniu. Poszłyśmy na około. Kącik dziecięcy, zazwyczaj mieszczący się w zacisznym fragmencie sklepu, na pięknej wykładzinie, tuż obok zabawek - tego dnia zmienił miejsce bytowania. Zostawili zabawki, książki przenieśli - na drugi koniec sklepu, tam, gdzie byłam jeszcze 10 minut temu. "Jak mogłam nie zauważyć działu" - myślę. Literatura dziecięca obfituje przecież w nieskromną kolorystykę. Już z daleka widać zawsze regały upstrzone wszystkimi kolorami tęczy. Jak mogłam coś takiego przeoczyć? Otóż, jak się później okazało - mogłam. Geniusz logistyki firmy Empik postanowił poukładać książki grzbietami do góry w ten sposób, że frontem do klienta stały de facto spody książek. Jakiś debil (no co się tu będziemy bawić w eufemizmy, mówmy, jak jest!) przeniósł cały dział książek dziecięcych na regały o zbyt małej wysokości półek. By się nie narobić wymianą połowy sklepu ułożyli książki "żeby weszły" i tak zostawili.
Nie ułatwili zadania matce z wózkiem. By dotrzeć do wybranej przeze mnie sekcji +3 musiałam w rzeczy samej przesunąć sobie przynajmniej cztery specyficzne, drewniane stopnie zawalone stosami książek. Ciekawa praktyka. Stopnie mają chyba służyć lekkiemu zdejmowaniu książek z wyższych półek. W rzeczywistości robią za dodatkową przestrzeń wystawową. Podejrzewam sklep o kolejnego bana dla czytających w księgarni (po likwidacji kawiarni na terenie sklepu, eliminacja wszelkich miejsc do siedzenia była kolejnym krokiem). Chyba właśnie to skłoniło ich do przeniesienia tego kłopotliwego działu na wykładzinie, gdzie przesiadywały dzieci i godzinami czytały książki, zamiast zwyczajnie je kupić i czytać w domu, już za pieniądze.
Efekt:
Kilka blokad alejek później, wkurzona dezinformacją i brakiem upragnionej lektury wycofałam się na wstecznym ze śpiącą na szczęście Polką do Matrasa, gdzie towar nabyłam bez większych przeszkód.
W Matrasie przeszkody były po prostu mniejsze. Dział dziecięcy też usytuowano na tyłach sklepu. Przeciśnięcie się z wózkiem między regałami z nowościami, kawiarenką i kilkoma stand'ami z artykułami papierniczymi - nie było łatwe. Udało się dzięki uprzejmości innych kupujących, którzy zwyczajnie schodzili z drogi. Książki upchnięto tam na jednym regale (choć w istocie zajmowały ich ze trzy) by zrobić miejsce dla wrześniowych podręczników. Kategoria wiekowa 0-12 m-cy została schowana w drugim rzędzie, kategoria +3 znajdowała się na wysokości mojego wzroku (co czyniło ją nieosiągalną dla jej własnej klasy wiekowej). Na poziomie głowy trzylatka stała klasyka literatury młodzieżowej z seksownymi wojowniczkami na okładkach. Współczuję rodzicom, którzy będą się z tego tłumaczyć dzieciakom.
Z dwojga złego - chaos Matrasa uznałam za tymczasowy i związany z 1-szym września za pasem. Fantazję organizacyjną da się jakoś usprawiedliwić. Empik niestety niczym się nie broni. To oficjalny koniec naszej znajomości. Teraz już tylko Zła Buka - oby tu nam się udało.
Jak się później okazało - słusznie, bo wybrałam polecaną przez Ruby Soho serię o Ulicy Czereśniowej. Strzał w dziesiątkę, mała Ola miała już poprzednie części. Zanim jednak pewnej małej dziewczynce dane było pocieszyć się nową lekturą, mnie przyszło ją kupić. I tu zaczęły się schody.
![]() |
| Ola "czyta" Poli |
Trzeci błąd popełnili w logistyce placówki. Na ślepo wchodzę i już chcę swoim zwyczajem przdefilować przez pół sklepu do działu dziecięcego, a tu nagle niespodzianka. Główny dukt zasłany jest stolikami z promocjami. Stoliki szerokie na dwa metry każdy, po obu stronach ok 50cm. A ja z wózkiem! Nawet mikro Quinny nie sprostał takiemu wyzwaniu. Poszłyśmy na około. Kącik dziecięcy, zazwyczaj mieszczący się w zacisznym fragmencie sklepu, na pięknej wykładzinie, tuż obok zabawek - tego dnia zmienił miejsce bytowania. Zostawili zabawki, książki przenieśli - na drugi koniec sklepu, tam, gdzie byłam jeszcze 10 minut temu. "Jak mogłam nie zauważyć działu" - myślę. Literatura dziecięca obfituje przecież w nieskromną kolorystykę. Już z daleka widać zawsze regały upstrzone wszystkimi kolorami tęczy. Jak mogłam coś takiego przeoczyć? Otóż, jak się później okazało - mogłam. Geniusz logistyki firmy Empik postanowił poukładać książki grzbietami do góry w ten sposób, że frontem do klienta stały de facto spody książek. Jakiś debil (no co się tu będziemy bawić w eufemizmy, mówmy, jak jest!) przeniósł cały dział książek dziecięcych na regały o zbyt małej wysokości półek. By się nie narobić wymianą połowy sklepu ułożyli książki "żeby weszły" i tak zostawili.
Nie ułatwili zadania matce z wózkiem. By dotrzeć do wybranej przeze mnie sekcji +3 musiałam w rzeczy samej przesunąć sobie przynajmniej cztery specyficzne, drewniane stopnie zawalone stosami książek. Ciekawa praktyka. Stopnie mają chyba służyć lekkiemu zdejmowaniu książek z wyższych półek. W rzeczywistości robią za dodatkową przestrzeń wystawową. Podejrzewam sklep o kolejnego bana dla czytających w księgarni (po likwidacji kawiarni na terenie sklepu, eliminacja wszelkich miejsc do siedzenia była kolejnym krokiem). Chyba właśnie to skłoniło ich do przeniesienia tego kłopotliwego działu na wykładzinie, gdzie przesiadywały dzieci i godzinami czytały książki, zamiast zwyczajnie je kupić i czytać w domu, już za pieniądze.
Efekt:
Kilka blokad alejek później, wkurzona dezinformacją i brakiem upragnionej lektury wycofałam się na wstecznym ze śpiącą na szczęście Polką do Matrasa, gdzie towar nabyłam bez większych przeszkód.
W Matrasie przeszkody były po prostu mniejsze. Dział dziecięcy też usytuowano na tyłach sklepu. Przeciśnięcie się z wózkiem między regałami z nowościami, kawiarenką i kilkoma stand'ami z artykułami papierniczymi - nie było łatwe. Udało się dzięki uprzejmości innych kupujących, którzy zwyczajnie schodzili z drogi. Książki upchnięto tam na jednym regale (choć w istocie zajmowały ich ze trzy) by zrobić miejsce dla wrześniowych podręczników. Kategoria wiekowa 0-12 m-cy została schowana w drugim rzędzie, kategoria +3 znajdowała się na wysokości mojego wzroku (co czyniło ją nieosiągalną dla jej własnej klasy wiekowej). Na poziomie głowy trzylatka stała klasyka literatury młodzieżowej z seksownymi wojowniczkami na okładkach. Współczuję rodzicom, którzy będą się z tego tłumaczyć dzieciakom.
Z dwojga złego - chaos Matrasa uznałam za tymczasowy i związany z 1-szym września za pasem. Fantazję organizacyjną da się jakoś usprawiedliwić. Empik niestety niczym się nie broni. To oficjalny koniec naszej znajomości. Teraz już tylko Zła Buka - oby tu nam się udało.
| Foto własne, Oxford 2014 |
poniedziałek, 1 września 2014
Co dziś w menu? Kaszki, owocki, jarzynki no i MLEKO!
Plan żywieniowy? Konsekwencja w karmieniu Poli? Dobre sobie! Generalnie rutyna jakakolwiek w naszym życiu praktycznie nie obowiązuje. Po tygodniu regularności następuje zazwyczaj uderzenie meteorytu, które wszystko nam wywraca, zmienia zasady i przywraca wszechobecny chaos i zniszczenie (metafora inspirowana planem obejrzenia Noe, jak tylko Polka zaśnie).
A było tak:
Co rano Pola wypijała pięknie 40ml mleczka z żelazem (malutko, żeby na 100% łyknęła lekarstwo). Później dopijała więcej jeśli chciała lub nie. Drugim punktem programu była kaszka.
Zaczęłyśmy eksperymenty kaszkowe od Holle, ekologicznej kaszki dla niemowląt z płatków owsianych. Robiłam ją na moim mleku, coby była Poli słodszą, ale niestety - zupełnie jej nie spasowała. Nie wiem, czy z racji wieku (za wcześnie, bo zaraz po 4-tym miesiącu), czy przez smak (owsianka nie każdemu podchodzi), ale malutka zaciskała usta i odwracała główkę. Kaszkę jem teraz ja, ale planuję poeksperymentować jeszcze z innymi smakami. Holle, niemiecka firma polecana przez gastrologa, jako najlepsza na rynku, ma w ofercie jeszcze kaszki ryżowe, z prosa, orkiszowe i manne (te ostatnie mnie przekonują). Info na stronie producenta: tu. Będę namawiać jeszcze Polę na te kaszki, bo cena korzystna (ok 12zł), mnie osobiście smakują, lekarze rekomendują.
Ponieważ jednak główka Poli odwracała się w tempie wściekle szybkim zmieniłyśmy jedzonko na Nestle Sinlac, bezglutenowy produkt zbożowy. Ten smakuje Polce zdecydowanie bardziej. Rozpoczęłam podawanie zgodnie z instrukcją na opakowaniu - kilka łyżek wody, kilka gram kaszki. Sinlac robi się bez mleka, sam w sobie nie zawiera laktozy ani glutenu. Jest przez to jak najmniej obciążającym jedzonkiem. Tu przyznam się nie rozumiem zbytnio idei jedzenia takiej kaszki przez niemowlę. Pediatra zapewniała mnie, że dobrze robię, że wybrałam świetny produkt. Zawiera witaminy (które Poli są potrzebne), jest kaloryczny (pomaga jej przybierać na wadze). Niemniej jednak, mam wrażenie, że kaszka powinna być albo pełno-zbożowa (z glutenem), albo chociaż na mleku (moim lub mm). Dlatego zmienimy na inną, kiedy opakowanie się skończy (jutro). Trzeba przyznać, że mała wcina ją jednak równo. Sinlac jest słodki, co maluchy przekonuje. Rodziców nie przekonuje jednak cena, bo jedno opakowanie kosztuje ok 25zł (500g). Wadą jest też kolor kaszki - tak zwany NIESPIERALNY. Barwi na cytrynowo-żółto wszystkie kołnierzyki Poli (no bo śliniak, jak się okazało, nie gwarantuje niczego jeszcze). Dopierałam to ręcznie, mozolnie, trąc materiał gąbką. Potem druga runda w pralce i jakoś to w końcu wygląda, ale białe rzeczy mam chyba do wywalenia.
Na ostatniej wizycie lekarka dała nam jeszcze do wypróbowania kaszkę marki Humana HA/SL (info tu). To też kaszka bezmleczna, można mimo to podać ją na mleku w żywieniu pełno lub pół mlecznym. Instrukcja na opakowaniu doprowadza jednak do szału. Zalecają tam kaszkę mieszać z kaszką innego typu. Nie precyzują na jakim mleku ją robić. Nie jest opisane, jak kaszka "zachowuje się" na mleku mamy, jak na mm (zazwyczaj mleko mamy rozpuszcza kaszki i te robią się bardziej wodniste). Chwilowo więc nie podajemy, ale będziemy, kiedy to Sinlac się skończy (jutro). Do tej pory malutka piła ją raz, ze smakiem. Drugi raz już nie chciała. Popróbujemy jeszcze.
I tyle mojego (i Poli) doświadczenia z kaszką.
Po kaszkach Polka spała. Drzemka kończyła się zazwyczaj mlekiem, a po nim "deserkiem" w postaci owocków z biszkoptem. Słoiczkowe odpadają, bo Pola ich zwyczajnie nie lubi. Jadła więc brzoskwinie zmiksowane z rzeczonym ciasteczkiem, jabłka (te wcześniej lekko podgotowane, bo po surowych krzywiła się i dławiła) i jagody (ale, te odpadły na razie, bo nie da się ich zmiksować na super-gładko, a dla Poli TAK MUSI BYĆ I KONIEC - stwierdziła moja córeczka). Sukcesy mamy duże, bo malutka zjadała całkiem spore porcje takich owoców (od 1/4 do 3/4 brzoskwini na raz!). Wiem, że lepiej, żeby zawsze jadła świeże (i je!), ale nie da się połówki brzoswkini zmiksować skutecznie. Trzeba większą ilość. Nadmiar mrożę więc w systemie podpatrzonym u Makoli z bloga Notes Okołociążowy (tu). Będzie jadła jesienią i zimą oraz w sytuacjach najwyższego pośpiechu (je już teraz, no bywa).
Po owockach Polka dojada mleko. A po mleku, jeśli zmieścimy się w czasie (tj. przed 17:00) zjada jeszcze jakiś konkret: zupkę (Koperkową jadła, uwielbia! Rosół jadła, zachwycona!), jarzynki (marchewkę z ziemniaczkiem, brokuły - te wcina, aż miło). Przyrządzam je podobnie jak owoce, z tym, że wcześniej gotuję w parowarze (jarzynki solo) lub w garnku, tradycyjnie (zupka). Karygodnie ciut solę do smaku (woli słone, przysięgam!). Mdłych słoiczków nie chce jeść, a przetestowałam już chyba wszystkie dostępne na rynku marki. Przyprawione łaskawie zje, ale woli robione domowo, podjada ze stołu (zupy z talerza, dżem!). Ostatnio zaniedbałyśmy się z tym trzecim posiłkiem (babcia, pogrzeb, pośpiech) - moja mea culpa ;), ale dziś ambitnie wracamy do tematu. Planuję zrobić jej w parowarze cukinię. W odwodzie mam jeszcze w słoiczku pasternak z Holle - nie zaszkodzi przetestować.
No i na koniec dnia, do spania, wypija Polka jeszcze mleczka. Udało nam się oszacować średnią - wypija w przedziale 600/700ml na dobę (z karmieniem nocnym) + posiłki stałe. Jestem zdziwiona, że mimo dodatkowego jedzonka mleka wypija zawsze tyle samo (no, czasem 100ml w tą czy w tamtą, zdarza się). Byłam też mocno skonsternowana widząc rewolucje w pieluszce w postaci stałego bobka. Teraz, kiedy przeszłyśmy na mm znów coś się tam dzieje w dolnych rejestrach. Przede wszystkim - śmierdzi. Kupę czuć na metry, mam ochotę przewijać ją w maseczce. Zaniedbałyśmy też jedzonko, więc i kupki bardziej wodniste (o matko, co za niesmaczny wątek!), ale pewnie znów pojawi się zmiana, kiedy wrócimy do regularnych posiłków.
Mleko też sporo zmieniło. Na początku jadła (piła) Nan Pro HA 1. Takie dostawała jeszcze w szpitalu. Mleko hypoalergiczne sugerowała Lady, poszłam w to. Dopiero lektura nowych zaleceń żywieniowych skłoniła mnie do refleksji - dlaczego ograniczam jej alergeny, skoro nie ma jeszcze na nie reakcji? Spytałam o to pediatrę i ta poleciła nam spróbować zwykłego mleka. Dała próbkę do przetestowania
Mleko początkowe HiPP 1 BIO Combiotik (info tu). Sprawdziło się - nie było reakcji alergicznej. Jak się okazało - głównie dlatego, że jadła go mało. Wtedy jeszcze odciągałam na potęgę i mm podawałam tylko, kiedy mojego mleka brakowało. Kiedy przeszła całkiem na mleko w proszku zaczęły się problemy ze skórą. Sucho za uszami (brzydko sucho, do smarowania!), "kaszka" na policzkach, rumieńce (które, jak Lady mi później wytłumaczyła, są oznaką właśnie alergii). Czem prędzej (po kilku dniach) zmieniłyśmy mleko na Mleko początkowe HiPP 1 HA Combiotik® - dla dzieci ze skłonnością do alergii. Poprawa była widoczna od razu! W ciągu 12 godzin zniknęły wszystkie zmiany skórne z buzi. Pozostała suchość za uszami, którą smarujemy Alantan Plus Krem (polecam na wszelkie odparzenia, krostki, zadrapania - działa cuda, nie wysusza, nawilża, dostępny bez recepty. Mamy w domu zapasik!). Polka ma buzię cudną, jak nigdy (no, nie licząc ugryzienia komara z nocy).
Dlaczego Hipp? Zapewne ze względu na próbkę od pediatry - po prostu zasmakowało Poli. Lekarka twierdzi (podobnie Lady, a w końcu jest dermatologiem dziecięcym i na mleku HA się zna), że marki Hipp, Bebilon, Nan są "po jednych pieniądzach" - czyli prawie się nie różnią. Detale wpływają na smak i należy wybrać to, które dziecku zwyczajnie smakuje. Wyższa półka do mleka bez laktozy lub z jej niską i przetworzoną zawartością (jeszcze bardziej przetworzoną znaczy się), np. Nutramigen - te dostępne są na receptę i podaje się je, kiedy dziecko ma bardzo dużą alergię. Decyduje o tym lekarz. Ja opieram swoje wybory o zalecenia naszej pediatry. Dr Piotrowska (info tu), anioł, nie człowiek, lekarz rozsądny i dobrze poinformowany, miły dla pacjentów (i ich mam) budzi moje pełne zaufanie. Niemniej jednak na wizycie kontrolnej u gastrologa (za tydzień) przedstawię specjalistce nasze rewolucje kulinarne modląc się w duchu o aprobatę.
A było tak:
Co rano Pola wypijała pięknie 40ml mleczka z żelazem (malutko, żeby na 100% łyknęła lekarstwo). Później dopijała więcej jeśli chciała lub nie. Drugim punktem programu była kaszka.
| Wszystkie kaszki nasze są... |
Ponieważ jednak główka Poli odwracała się w tempie wściekle szybkim zmieniłyśmy jedzonko na Nestle Sinlac, bezglutenowy produkt zbożowy. Ten smakuje Polce zdecydowanie bardziej. Rozpoczęłam podawanie zgodnie z instrukcją na opakowaniu - kilka łyżek wody, kilka gram kaszki. Sinlac robi się bez mleka, sam w sobie nie zawiera laktozy ani glutenu. Jest przez to jak najmniej obciążającym jedzonkiem. Tu przyznam się nie rozumiem zbytnio idei jedzenia takiej kaszki przez niemowlę. Pediatra zapewniała mnie, że dobrze robię, że wybrałam świetny produkt. Zawiera witaminy (które Poli są potrzebne), jest kaloryczny (pomaga jej przybierać na wadze). Niemniej jednak, mam wrażenie, że kaszka powinna być albo pełno-zbożowa (z glutenem), albo chociaż na mleku (moim lub mm). Dlatego zmienimy na inną, kiedy opakowanie się skończy (jutro). Trzeba przyznać, że mała wcina ją jednak równo. Sinlac jest słodki, co maluchy przekonuje. Rodziców nie przekonuje jednak cena, bo jedno opakowanie kosztuje ok 25zł (500g). Wadą jest też kolor kaszki - tak zwany NIESPIERALNY. Barwi na cytrynowo-żółto wszystkie kołnierzyki Poli (no bo śliniak, jak się okazało, nie gwarantuje niczego jeszcze). Dopierałam to ręcznie, mozolnie, trąc materiał gąbką. Potem druga runda w pralce i jakoś to w końcu wygląda, ale białe rzeczy mam chyba do wywalenia.
Na ostatniej wizycie lekarka dała nam jeszcze do wypróbowania kaszkę marki Humana HA/SL (info tu). To też kaszka bezmleczna, można mimo to podać ją na mleku w żywieniu pełno lub pół mlecznym. Instrukcja na opakowaniu doprowadza jednak do szału. Zalecają tam kaszkę mieszać z kaszką innego typu. Nie precyzują na jakim mleku ją robić. Nie jest opisane, jak kaszka "zachowuje się" na mleku mamy, jak na mm (zazwyczaj mleko mamy rozpuszcza kaszki i te robią się bardziej wodniste). Chwilowo więc nie podajemy, ale będziemy, kiedy to Sinlac się skończy (jutro). Do tej pory malutka piła ją raz, ze smakiem. Drugi raz już nie chciała. Popróbujemy jeszcze.
I tyle mojego (i Poli) doświadczenia z kaszką.
Po kaszkach Polka spała. Drzemka kończyła się zazwyczaj mlekiem, a po nim "deserkiem" w postaci owocków z biszkoptem. Słoiczkowe odpadają, bo Pola ich zwyczajnie nie lubi. Jadła więc brzoskwinie zmiksowane z rzeczonym ciasteczkiem, jabłka (te wcześniej lekko podgotowane, bo po surowych krzywiła się i dławiła) i jagody (ale, te odpadły na razie, bo nie da się ich zmiksować na super-gładko, a dla Poli TAK MUSI BYĆ I KONIEC - stwierdziła moja córeczka). Sukcesy mamy duże, bo malutka zjadała całkiem spore porcje takich owoców (od 1/4 do 3/4 brzoskwini na raz!). Wiem, że lepiej, żeby zawsze jadła świeże (i je!), ale nie da się połówki brzoswkini zmiksować skutecznie. Trzeba większą ilość. Nadmiar mrożę więc w systemie podpatrzonym u Makoli z bloga Notes Okołociążowy (tu). Będzie jadła jesienią i zimą oraz w sytuacjach najwyższego pośpiechu (je już teraz, no bywa).
| Najpierw zamrażamy zmiksowane jedzonko w foremce do kostek lodu. Można użyć też woreczków na lód (np. do zupek). Tu - mrożę cukinię z dzisiaj. |
| Potem tylko wyciskamy kostki do pojemnika, opisujemy i chowamy do zamrażarki. Mrożone owoce i warzywa mogą być przechowywane od 8 do 12 miesięcy (źródło). Ponieważ owocki mrożę z biszkoptem ich ważność to max. 2 tygodnie. Warzywa j.w. - 8-12 m-cy. Zupki - 8 m-cy. |
Po owockach Polka dojada mleko. A po mleku, jeśli zmieścimy się w czasie (tj. przed 17:00) zjada jeszcze jakiś konkret: zupkę (Koperkową jadła, uwielbia! Rosół jadła, zachwycona!), jarzynki (marchewkę z ziemniaczkiem, brokuły - te wcina, aż miło). Przyrządzam je podobnie jak owoce, z tym, że wcześniej gotuję w parowarze (jarzynki solo) lub w garnku, tradycyjnie (zupka). Karygodnie ciut solę do smaku (woli słone, przysięgam!). Mdłych słoiczków nie chce jeść, a przetestowałam już chyba wszystkie dostępne na rynku marki. Przyprawione łaskawie zje, ale woli robione domowo, podjada ze stołu (zupy z talerza, dżem!). Ostatnio zaniedbałyśmy się z tym trzecim posiłkiem (babcia, pogrzeb, pośpiech) - moja mea culpa ;), ale dziś ambitnie wracamy do tematu. Planuję zrobić jej w parowarze cukinię. W odwodzie mam jeszcze w słoiczku pasternak z Holle - nie zaszkodzi przetestować.
| Dziś np. jadła cukinię. Z dużym apetytem! |
Mleko też sporo zmieniło. Na początku jadła (piła) Nan Pro HA 1. Takie dostawała jeszcze w szpitalu. Mleko hypoalergiczne sugerowała Lady, poszłam w to. Dopiero lektura nowych zaleceń żywieniowych skłoniła mnie do refleksji - dlaczego ograniczam jej alergeny, skoro nie ma jeszcze na nie reakcji? Spytałam o to pediatrę i ta poleciła nam spróbować zwykłego mleka. Dała próbkę do przetestowania
Mleko początkowe HiPP 1 BIO Combiotik (info tu). Sprawdziło się - nie było reakcji alergicznej. Jak się okazało - głównie dlatego, że jadła go mało. Wtedy jeszcze odciągałam na potęgę i mm podawałam tylko, kiedy mojego mleka brakowało. Kiedy przeszła całkiem na mleko w proszku zaczęły się problemy ze skórą. Sucho za uszami (brzydko sucho, do smarowania!), "kaszka" na policzkach, rumieńce (które, jak Lady mi później wytłumaczyła, są oznaką właśnie alergii). Czem prędzej (po kilku dniach) zmieniłyśmy mleko na Mleko początkowe HiPP 1 HA Combiotik® - dla dzieci ze skłonnością do alergii. Poprawa była widoczna od razu! W ciągu 12 godzin zniknęły wszystkie zmiany skórne z buzi. Pozostała suchość za uszami, którą smarujemy Alantan Plus Krem (polecam na wszelkie odparzenia, krostki, zadrapania - działa cuda, nie wysusza, nawilża, dostępny bez recepty. Mamy w domu zapasik!). Polka ma buzię cudną, jak nigdy (no, nie licząc ugryzienia komara z nocy).
| Nasze mleko. A w tle butla z Mam. Pola nadal odmawia jedzenia z czegokolwiek innego. |
Ale chyba nie jest źle! Polka na razie utrzymuje się na 50-tym centylu. Chciałabym, żeby była na nim dłużej (np. miesiąc, dwa jeszcze) i obrała jakąś stabilną drogę przyrostu masy (na tym albo na innym, ale konsekwentnie). Wtedy będę mogła się wyluzować i zwyczajnie karmić ją, kiedy jest głodna ufając, że mała wie co robi (teraz pediatra kazała nam notować pory posiłków i zjedzony mililitraż).
A póki co przyjmę wszelkie rady, historie i opinie dotyczące tych kontrowersyjnych w moim mniemaniu kaszek (czy dziecko musi je jeść?), mleka w proszku (które pija się najczęściej? Medium opiniotwórcze Mamo to ja twierdzi, że Enfamil, a blogosfera?), posiłków i sposobów na karmienie (bo wg Poli krzesełko jest be, na kolanach u mamy nie zje, a w ogóle to najfajniejszy jest śliniak). PISZCIE bo mi brak wiedzy i doświadczenia jeszcze, a chcę Polę karmić najlepiej (tak, wiem, najlepiej piersią, ale wierzcie mi - nie da się).
A póki co przyjmę wszelkie rady, historie i opinie dotyczące tych kontrowersyjnych w moim mniemaniu kaszek (czy dziecko musi je jeść?), mleka w proszku (które pija się najczęściej? Medium opiniotwórcze Mamo to ja twierdzi, że Enfamil, a blogosfera?), posiłków i sposobów na karmienie (bo wg Poli krzesełko jest be, na kolanach u mamy nie zje, a w ogóle to najfajniejszy jest śliniak). PISZCIE bo mi brak wiedzy i doświadczenia jeszcze, a chcę Polę karmić najlepiej (tak, wiem, najlepiej piersią, ale wierzcie mi - nie da się).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
