poniedziałek, 15 grudnia 2014

Tydzień z bazylią

Moje przygody z bazylią trwają zazwyczaj krótko. Co jakąś kupię to albo wyjazd albo nieszczęśliwy zbieg okoliczności i biedny Bazyl ginie śmiercią tragiczną. Jak ten, którego kiedyś postanowiłam "przewietrzyć" i wiatr zdmuchnął mi doniczkę z 3-go piętra na sam dół. Innym razem Bazyli nie przetrwał przeprowadzki. Inny Bazyleusz padł z wycieńczenia, kiedy został sam w domu na całe wakacje. Jeszcze jeden - po prostu zakwitł. Bywało, że się psuły te bazylie, czerniały, łamały czy zjadał je kot (!). Słowem - no nie szło nam.

Od jakiegoś czasu nauczyłam się więc, że kupioną w doniczce bazylię trzeba szybko wykorzystać, żeby w razie kolejnej katastrofy - nie było żal. Prezentuję zatem kilka potraw, które można, dzięki takiej roślince, nieźle skomponować.

Pesto a'la Genovese

Mieszkałam w Genui blisko rok. Dowiedziałam się tam, że Genueńczycy wynaleźli na świecie 3 rzeczy: banki (oj, wieje tam bogactwem od majestatycznych kamienic, wieje!), Amerykę (Kolumb w końcu) i... pesto. Trzeba im przyznać - jedyne mają to pesto na całym świecie. A domowe, robione przez mamę zaprzyjaźnionej Silvii - nie ma sobie równych. Niestety, w Polsce takiego pesto nie ma. Można próbować robić samemu, ale wychodzi słabe (bo bazylii trzeba nakupić z 10 donic, a i tak będzie mało!). To w słoiczkach radzę omijać szerokim łukiem: suszone zioła (dają tragiczny posmak), tani substytut sera, podły olej zamiast dobrej oliwy no i słynne orzechy nerkowca zastępujące orzeszki piniowe - kiepsko, prawda? Jedyne pesto na rynku, które nadaje się do konsumpcji jest z Lidla (w sezonie, więc KUPOWAĆ!). W miarę dobre proporcje (za dużo czosnku, ale już trudno, niech ma), krótka data ważności, oryginalne składniki. Nada się.



Składniki:
- pesto (1 kubeczek na 2 osoby)
- makaron (pene, krótkie rurki lub inny, który makaron łatwo oblepi)
- 1 spory ziemniak (sekret dobrego spaghetti z pesto)

1. Ziemniaka kroimy w dużą kostkę.


2, Gotujemy makaron wg przepisu na opakowaniu razem z ziemniakiem w osolonej wodzie.



3. Makaron odcedzamy, ale odlewamy wcześniej ok. pół kubeczka wody z makaronu. Odcedzony makaron (NIE PRZELEWAMY ZIMNĄ WODĄ!) wrzucamy z powrotem do garnka, dodajemy pesto, dolewamy wody, mieszamy.


4. Dekorujemy świeżą bazylią i startym serem (parmiggiano riggiano)


Sałata z bazylią (na wieczory z laptopem i dietą)

Każda z nas zna te porywy diety: dziś się odchudzam. Na takie właśnie wieczory polecam sałatkę dwuskładnikową o dobrym i wyraźnym smaku bazylii:

Składniki:
- bazylia, garść liści
- sałata wedle uznania
- oliwa czosnkowa Borges (lub inna, dowolna)


1. Sałatę myjemy, rwiemy na kawałki.


2. Wymyte liście bazylii mieszamy z sałatą.


3. Całość polewamy do smaku oliwą, solimy (szczypta).


Sałatka z pomidora, bazylii i selera naciowego

Utrzymana w poprzedniej topice potrawa:

Składniki:
- bazylia, liście
- seler naciowy (1/3)
- pomidor (podłużny)



1. Składniki kroimy na małe kawałki (kostka). Nie kroimy liści bazylii...
2.... te dodajemy w całości. Mieszamy wszystko.
3. Przyprawiamy do smaku: solą, pieprzem, oliwą lub majonezem.
4. Jemy.



Pasta - way 

Czyli makaronowy fast food. We Włoszech przyswoiłam sobie wszystkie zwyczaje żywieniowe - ma być zdrowo i smacznie. Niestety polska rzeczywistość zweryfikowała moje założenia. Zdrowo często oznacza też drogo. Nie ma co, Nigelli Lawson w kuchni nie urządzę, czasem trzeba przyciąć koszty. Trzeba też zredukować czas, bo turbo mobilne niemowlę śmiga po całym domu, w kojcu jest nieszczęśliwe, a domowników do pomocy akurat brak. Tak oto powstało spaghetti w stylu bardzo to go, bo powstaje w jakieś 10 minut (i jest to determinowane długością gotowania makaronu). Jak to działa:

1, Gotujemy dowolny makaron (pod warunkiem, że jest z semoliny albo pszenicy durum i nie zawiera jaj).
2. Do ugotowanego makaronu dodajemy serek Philadelphia i dosypujemy liści bazylii. Solimy do smaku (lub wcześniej przesalamy nieco makaron).
3. Jemy. 



Skąd w ogóle ten post, taki kulinarny? Tydzień z bazylią - na odetchnięcie od tygodnia z festiwalem, bo ten zaczynam już jutro - rano.

piątek, 12 grudnia 2014

Historia czterech choinek

No, to choinka już stoi. Dlaczego tak wcześnie? Takie samo pytanie dręczy mojego męża. Ten uwięziony w ciemnogrodzie tradycji jest święcie przekonany, że choinkę powinno się znosić do domu najlepiej w Wigilię. Ubierać też w ten pełen magii wieczór.

A mnie zawsze tej choinki było mało i szczerze mówiąc w dupie mam tradycję i przesądy. Rozdawali w RMF właśnie dzisiaj to co, na ogrodzie mam ją trzymać? Bo swoją choinkę zdobyłam, tak samo jak rok wcześniej, dwa lata wcześniej, trzy lata wcześniej i w końcu cztery lata wcześniej.

Za pierwszym razem na Choinki RMF'u wychodziłam z kawalerki, którą wynajmowaliśmy na Uniwersyteckiej, Była cudowna. Pamiętam ten dzień, taki leniwy i spokojny, pełen szalonego entuzjazmu, kiedy już zdecydowałam się pójść pod Spodek. Dawno, dawno temu widywałam relację, słyszałam coś o tych choinkach, ale zawsze była to rozrywka nie dla mnie. No, bo panience nie przystoi. A tu nagle okazało się, że na folwarku już nie mieszkam, że w zasadzie mam szansę na pierwszą, autonomiczną choinkę. Świerczek - coby być bardziej precyzyjną. A nie sosnę, jak co roku. Bez możliwości negocjacji. W domu choinka zawsze była ojca: on wybierał drzewko, przywoził do domu, jak Bóg przykazał w Wigilię. Pewnie dlatego obaj z moim mężem dogadują się tak wspaniale. Ozdoby były już nasze: moje i mamy. My wybierałyśmy łańcuchy, choinki. Kiedyś, w akcie desperacji (by przyoszczędzić i nie zmieniać wszystkich dekoracji tylko dlatego, że Lady Mama zdecydowała się na kompozycję złoto plus czerwień) pomalowałyśmy bombki sprayem. Złotym oczywiście. Rozwiązanie sezonowe - które swoją drogą wisi na rodzicielskiej choince do tej pory i dwuton złota i rubinu utrzymuje się już z dziesięć lat. Nie, żebym nie lubiła, wręcz przeciwnie. Choinka w domu rodzinnym ma swój specyficzny urok, wspomnień z dzieciństwa, tych lampek metodycznie rozwieszanych pod odpowiednim kątem, tych zabawek coraz bardziej eklektycznych. Cudna jest, wiadomo. Ale własnej mi się zachciało, więc poszłam, wyśpiewałam i wróciłam do domu z tarczą, a dokładniej z drzewkiem i koszem słodyczy od Wedla.

RMF: Czym się zajmujesz?
Ja: Doktoryzuję się z literatury.
RMF:... (po czym bez słowa wręczają mi kosz pełen smakołyków i ze współczuciem poklepują po ramieniu).


Już sama nie pamiętam co śpiewałam, ale obstawiam Przybieżeli do Betlejem. Wygrałam w ten sposób najpiękniejszą choinkę, jaką w życiu widziałam. Zaniosłam ją z dumą do naszej mikro kawalerki, postawiłam na środku, napoiłam wodą i odśpiewałam Choinko Zostań Wśród Nas, co czynię każdego roku na przywitanie nowego drzewka.




Rok później nie zdążyłam na Choinki. Akurat wtedy wypadło mi spotkanie z dziekanem czy innym rektorem. Wydawało mi się wtedy, że to ważne, ale gdy tylko spotkanie się skończyło a choinki zostały rozdane wiedziałam już, że tak tego nie zostawię. Ostatniego dnia konwojowania RMF'u, o godzinie 8 rano, stałam już w ogonku po choinkę na małym rynku w Krakowie.

Ten sam pan z RMF co rok wcześniej: Co robisz w takim razie dzisiaj w Krakowie? (po ustaleniu miejsca zamieszkania)
Ja: No... jestem po choinkę.
Pan: ....

Wprowadzanie prowadzącego w konsternację zaczęłam więc traktować jako element gry i tak już zostało. Śpiewałam chyba Gdy Śliczna Panna, ale ręki sobie uciąć nie dam. Pewnie gdzieś są archiwa. Długo, kiedy googlowałam swoje nazwisko, choinki RMF wyskakiwały w pierwszej trójce. 


Wtedy pamiętam, jechałam z mężem (świeżutkim jak z piekarni Lidla) do tego Krakowa lekko zaniepokojona. W końcu na ten właśnie dzień planowali Majowy czy inny tam Aztecki koniec świata. Niby to bzdura, ale co, jeśli? No, i w imię tego zaciągnęłam mężna na gorącą czekoladę w Tribbece w myśl słynnego carpe diem (swoją drogą, dlaczego knajpkę zlikwidowali - nie zrozumiem). A choinkę wywalczyłam sobie piękną. Z lekkim dysonansem postawiłam ją w salonie naszego poddasza. Przeprowadziliśmy się już wtedy trzeci raz, tym razem do rodziców. Choinka stała trochę jak uzurpator, bo przecież i tak królowała ta na dole. Nasze święta, marginalizowane i trochę traktowane po macoszemu zaczęły i skończyły się na tamtej choince. Symbol i opadające igiełki, nic więcej.


W zeszłym roku byłam już w ciąży, co nie powstrzymało mnie przed wystąpieniem na mikro scence RMF'u. Poszłam, ale nie sama. Na miejsce dokulała mnie Jane, która razem ze mną wyrugowała ze sceny Anię Wyszkoni:

RMF(znów ten sam koleś): To dziewczyny, mam dla was niespodziankę, zaśpiewa z wami Ania, nasza dzisiejsza gwiazda!
Ja: A mogłaby nie (do mikrofonu na pół Spodka, wiadomo)? Bo to jest dla mnie taka trochę osobista sprawa.
Pan z RMF: ...
Ania Wyszkoni: ...



Ta choinka okazała się nerwową. Ubierałam ją do czwartej nad ranem, bo wszystko miało być tak bardzo idealnie. Wycinałam ozdoby z papieru i oskarżałam męża o brak względu na świąteczną atmosferę. Z resztą, zeszłoroczne Święta to i tak był niewypał. Czułam się jakaś taka zapomniana i pominięta. Na choinkę łypałam z ukosa, jakbym z nieudanym początkiem sezonu wiązała całą późniejszą atmosferę. Co nie przeszkodziło mi w zaprzyjaźnieniu się z choinką. Płakałam jak bóbr, kiedy mąż ją ciął na kawałki i wynosił do spalenia.




W tym roku pojechała ze mną siostra. Przytaszczyłyśmy obie nasze małe dzecięta i chwytem "na niemowlę" odśpiewałyśmy kolędę w preferencyjnej kolejności. Z resztą, nie wyobrażam sobie marznięcia na dzisiejszym, przejmującym wietrze, z marudną Polką na rękach. Mała zniosła wystąpienie nad wyraz dobrze, mimo głośnej muzy i tłumu obcych ludzi. Dziś również Pan z RMF nadział się na moje specyficzne poczucie humoru:

Ja: Czy możecie mi podpisać płytę?
Pan: Pisaczka nie mamy.
Ja: Co, taki budżet?
Pan: ...



Zaraz, zaraz - jaką płytę? Zapomniałam w tym wszystkim dodać, że co roku wchodzę do top three i można na mnie (jak i dziś, o tu) głosować. Z moim wykonaniem nagrano więc płytkę i wydano wespół z choinkami i koszem od Wedla, na odchodne obwieszając jeszcze trzema smyczami.

Mimo pretensji męża, choinkę w domu już mam. Teraz pozostaje tylko szybko uwinąć się z Festiwalem, i można stawać za stolnicą piec pierniczki.






Jaka jest choinka w tym roku? Obawiam się, że wyjdzie nam zagonione drzewko, bo czasu przed Świętami mniej niż kiedykolwiek wcześniej. Mam też nadzieję, że choinka będzie naszym światełkiem w mroku spraw codziennych i pomoże nam oderwać się od problemów, potaplać się trochę w blasku świątecznej tandety, bo inaczej zwariuję. Wszyscy wpieprzają się we wszystko i najchętniej wyjechałabym na te Święta do tej Bachledówki, z której dopiero co wróciliśmy. Rodzina działa na nerwy, jak nigdy jeszcze, nie szanuje ani grama prywatności, autonomii, włazi z butami w każdy absolutnie obszar naszego życia. Gdyby jeszcze było to od czasu do czasu wszystko, ale non stop, można zwariować - słowo. Posiadówa przy stole też średnio mnie kręci. Na elegancką kieckę nie mam ochoty. Mam za to chęć na książkę, sernik, i zamnięty na klucz pokój przed kurtuazyjnymi gadkami o pogodzie czy innym tam cudzie natury. Gdyby nie Polka to zwyczajnie bym się upiła.

Mała też ma święta jeszcze w głębokim poważaniu. Idea niewiele jej mówi. Dogmatów wiary jeszcze nie ogarnia, więc zakładam, że cały temat traktuje raczej przypadkowo. I też wiem, że wolałabym solo, w domu, z rodzicami, wyspać się porządnie. Jeszcze nie czas na jej świętowanie pełną parą. Mój najwyraźniej też, bo w tym roku, jak i rok wcześniej, Boże Narodzenie obchodzić będą moja Mama i Teściowa, ja nie. I coraz lepiej mi z tym tumiwisizmem.

O.

wtorek, 9 grudnia 2014

Hotel Bachledówka w Cichym

Hotel znaleźliśmy na Grouponie, jednak sprawdzając dostępne terminy okazało się, że mają w zanadrzu kilka jeszcze promocji - skorzystaliśmy. Pomijając pośrednika i wilk syty, i owca cała: my zapłaciliśmy mniej, hotel nie płacił prowizji.

Dlaczego ten hotel właśnie? Bo chciałam wszystko: i luksus, i spa, i góry, i wieś, i internet w pokoju i wiele innych detali, które zaraz dokładnie opiszę. Hotel jest bardzo ładnym, nowym obiektem (stoi na wierchu blisko rok dopiero). Pokoje urządzone ma klasycznie, bez zbytniego przesytu, ale z miłymi, designerskimi akcentami (decor, żyrandol itp.). Dbają tu o detale, a to ważne. Do każdego klienta podchodzą z należytą wyjątkowością. Podoba mi się, że nawet Poli (która spędza tu czas za darmo, jak i inne dzieci do 3 lat) kładą w łóżeczku pięknie złożony ręcznik kąpielowy.



Infrastruktura hotelu jest dostosowana do małych dzieci, a to ważne. W restauracji hotelowej stoją dwa krzesełka dziecięce rodem od Szweda. W karcie widnieje menu dla dzieci. Kelnerzy są wyrozumiali dla kaprysów małej damy i z najwyższą dbałością podchodzą do rozkazów królewny. Podgrzewają słoiczki stosownie do instrukcji na opakowaniu, przynoszą małe łyżeczki, kromeczki i wszystko, czego Polunia potrzebuje.


Od samego początku obsługa hotelu stara się sprostać naszym potrzebom. Udostępnili nam w cenie pokoju pościel dziecięcą i czajnik (bo czajników normalnie w pokojach nie ma). Można tu jeszcze poprosić o wanienkę i też będzie w cenie pokoju, ale trzeba to podkreślić przy rezerwacji bo niestety mają tylko jedną na cały hotel. W razie "w" można też wypożyczyć łóżeczko turystyczne, ale to jest dodatkowo płatne - 30zł/doba. No... przy siedmiodniowym pobycie to już bardziej opłaca się kupić własne.


Basen też jest (w pewnym sensie oczywiście) przystosowany dla niemowląt. Ja - mama znaczy się - mogę stanąć w każdej części basenu z łatwością. To pomaga w powożeniu niemowlęcia i w wykonywaniu zeń różnych ćwiczeń w wodzie. Dodatkowo hotel oferuje za darmo możliwość skorzystania z pałąków do wody, piłki i innych gadgetów pływackich.


Sam basen generalnie robi wrażenie: dość spory (będzie z 10 metrów na 5 spokojnie, pewnie więcej), ładnie zrobiony. Cały jeden bok zajmuje wielkie okno z widokiem na góry. Zimą wrażenia są bezcenne, bo ten śnieg i ten kostium kąpielowy - wszystko razem daje przyjemne wrażenie dysonansu empirycznego. Lubię takie miejsca. Na basenie jest też jakuzzi, które można regulować trzema przyciskami (2 tryby bąbelków i jeden tryb światełek). Woda w jakuzzi 35 stopni - dla niemowlęcia jak znalazł. Basen zimny, ale Poli nie przeszkadzała temperatura wody, wręcz przeciwnie. 



Ponadto hotel dysponuje (o czym już pisałam) przestronną i dobrze wyposażoną salą zabaw dla dzieci.



Na stanie mają: domek, dwa stoliki z krzesełkami, basen z piłkami, rurę do pełzania, kręgle plastikowe, klocki Lego Duplo, kilka książeczek, sprzęt do rysowania i inne detale dla większych dzieci, na których się nie znam. Sala cieplutka, wyłożona miękką wykładziną. Pola z radością eksplorowała tam wszystkie niemal sprzęty. Znalazła nawet towarzysza zabaw, niejakiego Dominika, którego rodzice są jednymi z najmniej odpowiedzialnych, jakich udało mi się poznać. Kto, no kto, się pytam, jedzie do hotelu z dzieckiem zaziębionym, zakatarzonym i kaszlącym? Najpierw miła Pani narzeka przez kwadrans, że dziecko jej choruje przez żłobek, bo inne dzieci przychodzą tam chore, a potem sama robi dokładnie to samo zabierając chore dziecko do hotelu i puszczając je siorbiące i chyrlające do wspólnej sali zabaw. Na dodatek cała rodzina postanowiła jeszcze do kompletu wpuścić do sali zabaw swojego uroczego psa. Ja rozumiem miłość do zwierząt i własnemu kotu po domu chodzić pozwalam (bo po nim sprzątam), ale na cudze brudne łapki nie mam ochoty, zwłaszcza w miejscu, gdzie dziecko generalnie wszystkiego dotyka, wszystko bierze do buzi, a pies w najlepsze aportuje piłki z basenu dla dzieci liże moją zdezorientowaną córkę w twarz. Nie, nie, nie! No, ale to nie wina hotelu, a braku pomyślunku pewnej rodzinki z Trójmiasta.

Infrastruktura pro-dziecięca zakłada jeszcze: miejsce na wózek tuż przy recepcji, możliwość wypożyczenia sanek, bobslay'ów i jabłuszek, kijków do nordic walkingu i mini autka dla dziecka do jeżdżenia.

Poza tym wszystkim hotel nie zapomina też o doroślakach i udostępnia gościom:
- ręczniki
- szlafroki
- mini szampony, płyny do mycia ciała i mydło,
- codzienne sprzątanie pokojów z wymianą ręczników bądź pościeli na życzenie
- w cenie pokoju mieliśmy śniadanie i obiadokolację, miejsce parkingowe, wi-fi.


Trzeba im przyznać, że hotelem są ze zdecydowanie wyższej półki. Restauracja to absolutny hit. Dania dopracowane nie tylko kulinarnie, ale także estetycznie. Cieszyłam się jak dziecko, że ktoś będzie za mnie gotował przez 6 dni, ale nie sądziłam, że "obiadokolacje" będą czymkolwiek innym niż domowym wiktem w zbiorowym żywieniu. Nic bardziej mylnego. Hotel Bachledówka (który nie płaci mi niestety, ani zniżek nie daje za te pochlebstwa wszystkie) to eko przedsięwzięcie: wielkie info w łazience o korzystaniu z ręczników, tryb eko nawet na klimatyzacji pokojowej. W kuchni same regionalne produkty dostarczane przez rodziców właściciela: codziennie, o 6 rano przywożą! Jaja od chłopa (wiadomo, góralskie, duże), świeże sery, bundz, oscypek itp. Na środku jadalni stoi wielki regał z domowymi przetworami, które można nabyć w całkiem rozsądnych cenach (np. słoiczek powideł za ok 8zł - można odżałować, a mieć eko-agro-wiktuał). Do kupienia są też domowe nalewki, i te ceny mają nieco wyższe: wino 50zł, śliwowica ok 130-140zł (zależnie od procentów). Nie znam się, ale to chyba dość sporo.


No, ale nikt nam kupować nie każe. Rekompensata są z resztą ceny w menu - całkiem rozsądne. Zupa ok 10-15zł, danie główne ok 20-30zł. Niby dużo, ale jakie te dania są! Bachledówka to jedno z tych miejsc, gdzie przyjeżdża się, bo pracuje tam dobry kucharz (nie odwrotnie). Mimo małego ruchu dostawaliśmy wszystko zawsze świeże i pysznie przyrządzone. Przykładowo dziś na obiad miała być ogórkowa, do tego ryba z ryżem i sałatką oraz deser. Całkiem domowe żarcie się zapowiadało. Tymczasem ogórkowa była pyszną, kremową zupą o wyrazistym smaku ogórków i warzyw towarzyszących, podana w pięknej kolorystyce z płatkiem suszonego bakłażana. Dorsza podano pod krusznoną panierką z migdałów. Do tego risotto z trawą cytrynową i śmietankowa sałatka z selera i rodzynek. Na deser był suflet czekoladowy z kremem budyniowym w środku podlany syropem cytrynowym. I tak goszczą nas każdego dnia przy każdym posiłku. Na śniadanie pani sobie życzy to czy tamto - nie ma problemu, przygotujemy. 



No, ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła w tym cudzie hotelarstwa kilku wad (w końcu mają te 3 gwiadki, a nie więcej). Przede wszystkim - ogrzewanie/klimatyzacja w pokoju. Nijak się nie udało nam tego cholerstwa ustawić. Ciągle dogrzewa albo chłodzi, buczy non stop. Dobra - nie buczy tylko szumi. Gdyby trafiło na bardziej wrażliwe ucho - nie do wytrzymania bo włącza i wyłącza się co 5 minut nawet w nocy. System zamontowany pod sufitem - nic dziwnego, że nie jest w stanie optymalnie dogrzać pomieszczenia. Coś spieprzyli w całej tej instalacji. W pokoju potrafiło być jednocześnie duszno, wilgotno i zimno. Ja nie wiem... A do tego brak wentylacji w łazience - to generalnie duży minus. Lekko przeciekający prysznic i brak ręczniczka na podłodze to kolejny minus. Niedokręcona klapa toalety - kolejny. Na szczęście nic z tych rzeczy nie popsuło nam wyjazdu, bo wszystko to detale, ale uważam, że przy tak małym obłożeniu (ok 3 rodziny/cały hotel) powinni byli wszystkiego dopilnować. 

Minus należy im się też za basen, a raczej brak ratownika na basenie. Nie wiem, jaki mają tam monitoring, ale w przypadku jakiegoś wypadku reakcja obsługi mogłaby być zbyt wolna. Regulamin pływalni nie jest wystarczająco dobrze wyeksponowany a obsługa hotelu nie udzieliła nam żadnych informacji odnośnie basenu. Uważam, że w takich miejscach powinno być 100% bezpieczeństwa i gorszy standard hotelu nie ma tu nic do gadania.

Negatywnie oceniam też menu dla dzieci. Potrawy są tłuste, często smażone, z gatunku "przekupnych" (placuszki). W jednej potrawie pojawia się nawet curry. To wszystko jak dla mnie było dużym problemem. Ogólnie jedzenie w Bachledówce było tak dobrze przyprawione, że Pola musiała sobie odpuścić ich obiadki i jeść własne. Ale kiedy zamówiłam jej rosół z karty dań dziecięcych, i dostałam tłuszcz o smaku bulionu z makaronem - nawet mała Pola się rozpłakała, że musi to jeść. Nie musiała. Takich rzeczy, jak jakość rosołu, nie można zmienić na zamówienie. Niemniej jednak obsługa poinformowała nas, że prosząc o mniejszą ilość przypraw bądź specyficzne przyrządzenie potrawy - szef kuchni jest w stanie przygotować niemal wszystko. To nieco niweluje moje niezadowolenie kuchnią dziecięcą. Nie zmienia jednak faktu, że w restauracji hotelowej preferuje się zdecydowanie slow food. Kuchnia na innym poziomie co restauracja oznacza mniej więcej +15 minut dodatkowego oczekiwania nawet na durną łyżeczkę. Posiłki wjeżdżały na stół za wolno i Polka dostawała już kręćka na swoim krzesełku.

Poza tymi kilkoma rzeczami hotel na serio jest świetny i nam szalenie się tu podobało. Za rok (bo planujemy tam wracać, na pewno!) Pola będzie już mogła jeść pełne dania, więc wyeliminujemy minus w postaci własnych słoiczków dla malutkiej. Może zmienią do tego czasu menu dla dzieci. Poprosimy o cieplejszy pokój, nie rogowy i będziemy już na maksa szczęśliwi. 

Warto jeszcze, na koniec, dodać, że obsługa w hotelu jest bez zarzutu. Kelnerstwo na najwyższym poziomie, recepcja staje na głowie, by zrealizować nasze najbardziej odjechane zachcianki ("Czy może nam pani zorganizować konia", "Dzień dobry, potrzebny mi skaner i drukarka"). Bar mają wyposażony tak, że nawet ja byłam usatysfakcjonowana (Ach, ten Spritz na Aperolu! Powiew Italii w środku zimy). Kelnerzy z okolicy przy śniadaniu zagadują czasem, coś doradzą, poproszeni o wskazówki powiedzą gdzie, co, jak. Pomocni są wszyscy. Strefa wellness daje radę (przetestowaliśmy 2 masaże i na obu prawie zasnęliśmy, co jest najlepszą chyba rekomendacją dla masażysty). Nie dotarliśmy tylko do sauny, ale ja w sumie nie mogę, więc nie ma tego złego. Muza na stołówce dobrana do kotleta idealnie, zastawa przednia, wystrój wnętrza niczego sobie - czego chcieć więcej? Może zniżki na kolejny pobyt? 

Podsumowując: jeśli hotel w Tatrach z niemowlęciem to tylko ten. Dla dorosłych też będzie jak znalazł. Recenzja Bachledówki wypada w ostatecznym rozrachunku na duży plus. Pokój w typie standard okazał się na tyle duży by pomieścić naszą trójkę, łóżeczko turystyczne i zostawić jeszcze sporo miejsca dla Poli na brykanie. Przestrzeń pokoju też jest na tyle przyjazna, że mało jest niebezpiecznych dla raczkującego brzdąca miejsc (dwa rogi). Otwarte półki w szafkach nocnych będą zmorą dla rodziców ciekawskich dzieci. Podobnie mała szafeczka na poziomie podłogi - trzeba było ją zablokować gryzakiem na cały pobyt. Przez to zmniejszyła się nam ilość placu roboczego, a wiadomo - butelki, mleko itp. Mimo to pokój piękny - dwa balkony, jeden zabudowany, drugi ze szklaną barierką (jeden sprawdzi się do wypasania raczkującego dziecka latem, drugi nie). Duże okna, piękny widok. 

Wszyscy (ja, Pola, mąż) polecamy, bo mimo niedociągnięć hotelu wypoczęliśmy, aż miło!


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Organizacyjnie

W Tatry z niemowlęciem? Zimą? Phi, toż to preludium do naszego jeszcze bardziej zimowego wyjazdu z Alpu z niemowlęciem. Przyjechaliśmy odpocząć, to jasne, ale także przetestować kilka rozwiązań technicznych na nasz przyszły wyjazd.

Garderoba bobasa
Wziąć ze sobą trzeba, w hotelach nie dają. A co zabieramy? Wszystko. Wcześniej pisałam tonę maili z recepcjonistką hotelową uzyskując informacje na temat sprzętów hotelowych i ogólnie warunków na miejscu. Pani zapewniała mnie, że każdy pokój ma indywidualnie sterowany panel ogrzewania, że mogę ustawić sobie tak, jak chcę. To prawda, ale biorąc pod uwagę pokój nasz rogowy - jest tu co najmniej chłodno i zwiększanie ogrzewania nie skutkuje szybkim ogrzaniem pokoju. Mimo podkręcenia temperatury w pokoju panuje cały czas przyjemne 21 stopni. Jak dla mnie trochę za zimno, więc cieszę się, że zapakowałam ciepłe ciuchy dla Polki:

Spodnie/legginsy/ogrodniczki - wzięłam wszystko. Dwie pary orgodniczek (jedne welurowe, cieplusie, drugie z grubej bawełny), ocieplane jeansy, dwie pary dresów szerokich od Natalii z Ekoubranek, jeden dres z Lidla (luźny i się podwija, ale od biedy daje radę), dwie pary cienkich legginsów (pod spód, do biegania po pokoju - wiadomo), jedne wełniane legginsy świąteczne. Wszystko (poza cienkimi legginsami) w ruchu.

Reprezentatywna, czysta część arsenału spodni Polki


Body - sztuk 10 (na 5 dni). Pranie na urlopie jakoś mi się nie uśmiecha, zapakowałam więcej. Słusznie, bo ząbkujące niemowlę się ślini, samo usiłuje jeść, generalnie brudzi się na potęgę. Dorzuciłam jeszcze 3 zapasowe body z krótkim rękawem (bo 10 jest z długim), i dobrze - pakuję pod piżamki, bo zimno w nocy.

Body na zimę koniecznie w śnieżynkowy print! Pięciopak ze Smyka w darze od Teściowej


Piżamki - czyli pajace bądź rampersy z długimi rękawami i nogawkami. Trochę żałuję, że wzięłam tylko jedną taką ocieplaną piżamkę (tu byłyby jak znalazł), ale ostatecznie body+zwykły pajac też dają radę (choć jeden diwajs z pewnością praktyczniejszy).

Bluzy/bluzki - bluzy bierzemy, to pewne. My mamy ze cztery (jedną przez głowę, reszta z kapturem i na zamek). Dodatkowo spakowałam jeszcze bawełniane bluzeczki z długim rękawem, ale to niewypał na taką temperaturę tu. Spokojnie można wziąć jedną (tak a nóż, a widelec).

Skarpetki, rajtuzy - absolutny must have. Rajtki wkładamy pod spodnie, kiedy wychodzimy na dwór, czasem nawet zostawiam je na pupie w hotelu, bo korytarze chłodne, od podłogi ciągnie, niech ma cieplutko.

Fajnie jest, jak rajtki mają ABS na stópkach, pomaga w sytuacjach bezkapciowych


Outwear - wzięłam dla małej kurtkę z Zary, puchową, mega ciepła, kupiona za 70zł, uwielbiam! Do tego kupiony last minute przez babcię (zdalnie) kombinezon ze Smyka - fajny, funkcjonalny, cieplutki, niby dziwczyński (bo kotek, bo róż, bo futerko), ale fajnie brązowy. Odpinane stópki to jakieś totalne nieporozumienie jest. Niektóre kombinezony mają taką gumkę, która od spodu fiksuje nogawkę na stópce - ten nie ma (dorobię, kiedy tylko wrócimy do domu). Odpinane stópki robią taką dziurę niefajną w kostce, zimno przez nią wlatuje. Kiedy odepniemy zupełnie bucik i założymy regularnego buta wszystko gra i jest cieplusio, no ale te "firmówki" jakoś ni leżą. Mogłyby być na suwak (bo generalnie ideę odpinanego bucika rozumiem i uważam za całkiem słuszną, zwłaszcza w obliczu podrygów Polki na stojąco). Do outwear'u dodajemy więc jeszcze buckiki (2 pary - kozaczki po kuzynce z twardą podeszwą i góralskie kierbce). Niestety obie pary już ciut małe więc te stragany na Gubałówce - wietrzę zakupy. Do tego czapki (sztuk trzy: pilotka, zwykła ciepła, mikołajowa bawełniana) i apaszki (obie od Zazzu: polarek minky + bawełna, regulowane zapięcie). Niestety mimo zapięcia apaszki odstają od małej szyjki dlatego przed zapięciem konieczne jest wywinięcie apaszki i dopiero tak zapięta ściśle przylega. No i rękawiczki na sznurku - uwielbiam (2 pary).





Wzięłam jeszcze oczywiście śpiworek do wózka z Elodie Details wzór Apple of My Eye (pisałam o nim tu), kocyk polarowy i jedną kołderkę bawełniano-minky ocieplaną (jak się okazało niekoniecznie, bo obie te rzeczy hotel zapewnia).

Nie zapewnia natomiast łóżeczka turystycznego, więc spakowaliśmy też nasze archaiczne Baby Design już 7-letnie, po siostrzenicy. Generalnie jestem z niego bardzo zadowolona. Jak na tak wieloletni sprzęt łóżeczko ma się nad wyraz dobrze: ortalion równiutki, nigdzie się nie marszczy, siatka naprężona jak nówka sztuka. Dno łóżeczka stabilne, całe w ogóle stabilne. Kółka z jednego boku chodzą jak ta lala. Wejście odpinane z drugiego boku też bez zarzutu. Jedynie mechanizmy blokujące bok się trochę wyrobiły, a dokładniej jeden - nie działał (do momentu, aż zdenerwowana nie rozcięłam materiału i własnoręcznie nie przymusiłam mechanizmu do zadziałania - teraz chodzi równo).

Łóżeczko Baby Design jest na prawdę dobrym łóżeczkiem turystycznym:


  • W komplecie ma: 

- materacyk (harmonijka, składany, szału nie ma),
- podwieszane małe łóżeczko dla noworodka (rewelacja),
- nakładkę-przewijak,
- dwa komplety kieszeni (jedna na przewijaku, druga na łóżeczku) do utrzmania wszystkich dziecięcych akcesoriów w ryzach.


  • Jest spore (60x120), ale po złożeniu malutkie (65x20x20), 
  • Chowa się je do fajnej torby i w drogę. 
  • Wykonane z przyjaznych dziecku i certyfikowanych materiałów.
  • Jest przyjazne w kolorystyce (nie drażni dziecka ani rodzica, a to też ważne). 
  • Plusem jest odpinane wyjście - dzidziuś może kursować tam i z powrotem - nie nudzi się, a w hotelu różnie bywa z rozrywkami dziecięcymi.
Ma też minusa:
  • Ten materacyk jak kto lubi, ale ja nie lubię i wzięliśmy z domu normalny materac z polkowego łóżeczka.
1. Kieszeń na łóżeczku. My wykorzystujemy na zabawki, ale można też na pościel. 2. Łóżeczko, jego atrakcyjny spód, logo i generalnie całe łóżeczko. 3. Impresja pod tytułem: rozpieprzony mechanizm do blokowania boku.


Generalnie oceniam je na plus, weźmiemy je też do Austrii, potem postawimy u dziadków na stałe. Zastanawiamy się nad zakupem nowego (ale to już przy kolejnym bobasie) i też wybierzemy tę firmę.

W góry wzięliśmy oczywiście sanki (z tego posta). Sprzęt jest pożyczony od chrześnicy męża, Ulki, lat 2. Biorąc pod uwagę wiek właścicielki - oddać trzeba, czyli Polce kupić. Zastanawiam się nad wyborem optymalnych, bo te są całkiem niezłe: obite pianką, mięciutkie, różowe (wiadomo, dla królewny). Metalowe, ale stabilne i solidne (jak drewniany oldschool). Gdyby były w ofercie Smyka nadal, pewnie kupiłabym. Choć przemawia przeze mnie też pragmatyzm (po dwudzieciatej siostrze odziedziczony) i może kupimy sanki dwuosobowe (takie przykładowo). Albo zwykłe, drewniane, dwie sztuki, i psa do zaprzęgu. 

I na koniec organizacja żywieniowa dziecka na wychodnym:
- 3 butelki (jedna mała, dwie duże),
- mleko 4 puszki (lubię na zapas),
- słoiczki obiadkowe 6 szt., deserowo-śniadaniowe 4 szt. (choć jeśli Pola może zjeść z mojego talerza to zjada "normalne" jedzenie. Słoiczki dostaje w terenie lub jeśli potrawa jest bardzo mocno przyprawiona).
- smoczki (na potęgę - ile znalazłam tyle wzięłam).

Obiadki idą nam dość szybko, bo Pola lubi przegryźć coś o 12, 13 (a tu kolacje od 15 dopiero), za to "śniadaniówek" nie ruszamy prawie wcale - taaaaakie tu dają specjały, że Polka dziś 2 parówki wrąbała. Duże! W kawałkach po 2cm każdy.


Wzięłam też łyżeczki dziecięce, ale nie użyłam ANI RAZ (łyżeczka od herbaty daje radę).

Hitem, absolutnym hitem, są śliniaki wielorazowe, które dorwała teściowa na jakiejś promocji. Sprawne, po obiadku do wywalenia, nie trzeba prać, myć, można przykleić do ubranka (więc się nie przesuwa). Są z grubego, śliskiego papieru, ale mięciutkie, mają delikatny print w zwierzątka. Kolorystyka i wzorek jak z żurnala. Jestem zachwycona. W paczce 10 sztuk, spokojnie nam tu wystarczą na wyjazd.


Śliniak ma taką taśmę samoprzylepna z tyłu, można wyregulować zapięcie wokół szyi. Do tego rynienka (jeśli potrzeba) i taśma samoprzylepna na odwrocie - jeśli chcemy, można do ubranka przykleić. Nie jest to superglue, ale obiad przetrwa.


Nie brałam dla Polki ręcznika - kąpielowy, hotelowy wystarcza w zupełności. Szlafroczek dostała w prezencie mikołajkowym, więc też mamy (przydaje się na basenie). Wzięłam (też z racji basenu) pieluchy do wody i zwykłe pieluszki 1 mega paczkę Pampers Sleep&Play rozmiar 4. Bez zarzutu są. Do tego cały arsenał mazideł do pupy (bo wyjeżdżaliśmy z domu na końcówce wstrętnego odpieluszkowego zapalenia) - Linomag, Alantan Plus Krem, Alantan maść, Sudocrem, Tormention (awaryjnie) i Pimafucort (w razie "W"). Do mycia mamy specyfik od Lady Mamy vel babci Bioderma ABC Derm Gel Moussant (Łagodny żel do mycia dzieci i niemowląt do włosow i ciała). Daje radę, choć w kontakcie z twardą, górską wodą skóra Poli jest dość sucha (żałuję, że nie kupiłam jej w Rossmannie turystycznej oliwki - zwykła oliwka, tylko rozmiar mikro-mini). Mamy ze sobą szczotkę i pastę do zębów (śpiewamy, wiadomo). Do tego zapakowaliśmy matę do wanny i spokojnie kąpiemy się pod prysznicem.

Z książeczką do kąpieli - cudo dostała Pola w prezencie od innej Poli i bardzo jej się podoba historia o krówce. Nauczyła się pięknie robić "muuuuu" i jeszcze piękniej pokazuje na krówkę. No, ale kiedy na ostatniej stronie do akcji włącza się koń - cała krowia historia idzie w niepamięć, a Polka krzyczy na pół hotelu: KOŃ!!!


Warto przed takim wyjazdem zadzwonić/napisać do hotelu i zapytać, jakie mają zaplecze dziecięce (o hotelu post osobny będzie niebawem). Dzięki temu uniknęliśmy taszczenia niepotrzebnych rzeczy ze sobą, można wtedy zniwelować bagaż do niezbędnego minimum. 

Ostatecznie oceniam naszą organizację na 4/5 (za brak ciepłych piżamek), bo za niczym nie tęsknię (a nie, tęsknię za oliwką, bo twarda woda + basen to zło dla miękkiej skórki niemowlęcia).