czwartek, 15 stycznia 2015

Jedziemy na ferie!

Jedziemy na ferie. A dokładniej pakujemy się na ferie. Oczywiście w myśl mojej nowej lektury postanowiłam zrobić to z Małgosią Rozenek i jej rozdziałem o tożsamym z moim tytule Jedziemy na ferie.



Propozycja PPD odnośnie spakowania walizki jest rewelacyjna i zapewne niejednemu wczasowiczowi sporo ułatwi. Moje zamiłowanie do tworzenia list i wieloletnia w tym zakresie praktyka świadczą, że znam się na temacie i potwierdzam – da się na tym zestawie przetrwać podczas wyjazdu na narty:

· kurta puchowa i sportowa
· ciepłe spodnie narciarskie
· 2 swetry
· 4 koszulki pod sweter
· 1 bluza z polaru
· Czapka
· Szalik
· Rękawiczki
· Śniegowce
· zestaw bielizny (w tym sportowej)
· skarpety (jak są to narciarskie)
· kask
· gogle

Za przydatny uważam również fragment o tym, jak dbać o narty, sanki i łyżwy, bo zazwyczaj się o tym zapomina. Zamiast jednak bawić się w ostrzenie i smarowanie osobiście uważam, że lepiej oddać narty do serwisu, a jeszcze lepiej (co uczynię) wypożyczyć na miejscu. Specyfika sprzętu zmienia się z roku na rok, wypożyczenie nie jest już aż tak kosztowne jak kiedyś. Swoje warto mieć tylko buty i kask, bo wiadomo, że pożyczanie tychże nie bywa aż tak bezpieczne (z dermatologicznych względów).

Brakuje mi jednak u Rozenek stosownej porady na temat wyboru sanek, bo żeby je zakonserwować, warto je najpierw kupić, a sanek na rynku polskim (i zagranicznym) dostatek.

Jakie sanki wybrać?
Sanki – prosta sprawa – wydawałoby się. Nic bardziej mylnego. Mogą być drewniane, metalowe, z pianką, ze śpiworem, z oparciem, bez, plastikowe, z pchaczem, dwuosobowe, ze zdejmowanym oparciem – cała masa. Widziałam np. w Dechatlonie standardowe, drewniane saneczki za kosmiczną cenę ok 150zł. Jest też oczywiście wersja droższa, za 199zł. Nie zgłębiałam różnic, bo na pierwszy rzut oka różnią się nazwą. Do kompletu można jeszcze dokupić oparcie do sanek przykręcane (niepraktyczne rozwiązanie), odkręcane (ok 50zł). Jak na mój gust - za drogo. Okazuje się jednak, że rynek ma na ten temat inne zdanie, bo np ten sklep oferuje różne sanki w zbliżonych i wyższych cenach. Atrakcyjnie brzmiące drewniane sanki składane i cena 200-300zł może mylnie sugerować kupującemu, że dostanie kompaktowy produkt, który złoży się na płasko i zmieści w każdym aucie. Tymczasem za tą zawrotną cenę dostaniemy nic więcej, jak tylko zwykłe drewniane saneczki i oparcie, które od biedy będzie można położyć obok. Ciągle są to zwykłe drewniane sanki i ciągle zajmują pół auta. 

Identyczne sanki można kupić np. w Praktikerze za cenę ok 80zł (zdecydowanie lepsza opcja!). Natomiast zwykłe drewniane saneczki, jak te od Dzieci z Bullerbyn można dostać w sieci (Allegro) już za rozsądne 50zł. 

Sanki drewniane są śliczne, ale czy na pewno są praktyczne? 

Są dość bezpieczne, bo nie mają żadnych ostrych krawędzi. Oparcie zapewnia stabilizację dziecku (i moim zdaniem powinno być używane przynajmniej do wieku przedszkolnego, sanki bez oparcia zostawmy łobuzom z podstawówki) i spokój rodzicom. Sanki są lekkie a dziecko może też samo je pchać świetnie się bawiąc. Niestety nie jest to zakup na lata, bo bez konserwacji lakier może zacząć odpryskiwać, mogą łatwiej nasiąkać wodą. Mogą też łatwiej pęknąć podczas zderzenia, np. z innymi sankami, skoku na zaspie czy innych szaleństw, kiedy zostawi się dziecko samo z ojcem - wiadomo.

Można zawsze kupić sanki metalowe. Obawę o "przytulność" i wygodne siedzisko niweluje wszechobecna gąbka, która zapewnia miękki podpupnik każdemu maluchowi. Ceny metalowych sanek są o dziwo ciut niższe niż tych drewnianych (w Praktikerze 10zł mniej, w Smyku ok 100zł).Tu z kolei trzeba dbać o ostrość płóz i pilnować, żeby nigdzie nie wdała się korozja.



Są jeszcze sanki plastikowe, które ze wszystkich uważam za najmniej bezpieczne i najmniej wygodne dla takiego małego dziecka, jak np. Pola, ale za to świetnie zmieszczą się w bagażniku i kupimy je już za 30zł. W razie niskiego budżetu można takie kupić, ale należy pamiętać, żeby zapewnić maluchowi dodatkowe podparcie, nie jechać za szybko, a szaleństwa sankowe odłożyć, aż dzidziuś podrośnie. 

Wybierając sanki pamiętajmy też o własnym komforcie: czy chcemy je ciągnąć czy pchać? Jeśli mamy psa, który lubi ciągnąć taki sprzęt warto pomyśleć o sportowych sankach do psiego zaprzęgu, ale to koszt ok 2-3 tys. zł! Ale w sumie nie widzę przeszkód, żeby nasz Atosek pociągnął takie zwykłe (pod warunkiem, że nauczy się perfekcyjnie komendy STÓJ!). 

Zwykłe sanki z pchaczem, mimo, że wyglądają okazale, nie zajmują aż tyle miejsca w samochodzie, bo pchacz się odpina, podobnie oparcie. Sanki ze sznurkiem czy z pchaczem - różnica logistyczna niewielka. Za to duża, jeśli idzie o rozmiar i śpiwór. Jeśli chcemy wydać trochę więcej można kupić ze śpiworem, który zawsze później można przełożyć do wózka. Jeśli natomiast myślimy perspektywicznie - warto kupić sanki dwuosobowe. Nie zawsze trzeba ich używać w taki sposób - oparcia są odpinane. To koszt ok 170-200zł (np. takie), ale za to bez kłótni pojedziecie całą rodziną na niedzielny, zimowy spacer. Poza tym taki koszt rozłożony na dwójkę dzieci nie jest aż tak duży. To też świetny pomysł na prezent świąteczny, urodzinowy czy inny dowolny. 

My połączymy wiele z powyższych opcji i pożyczymy (najbardziej ekonomiczna wersja) sanki metalowo-drewniane z pchaczem od mojej siostry, a na kolejne święta kupujemy podwójne!

Wracając jednak do PPD: Małgosia pisze o konieczności przeglądu samochodu przed wyjazdem. Zgadzam się, bo hamulce zimą mają działać, jak żyleta, nie można utknąć nigdzie z niemowlęciem na pokładzie. Przegląd jest równie ważny, co odpowiednie zapakowanie samochodu. Bezpieczeństwo nie kończy się na wymianie płynów w aucie i zimowym spryskiwaczu. 

Jak przygotować auto do podróży?
Wiadomo - standardzik: zimowe opony (przypominam - wymieniamy, gdy temperatura spada do 6-7 stopni, nie poniżej zera!), wymiana piór w wycieraczkach (brudna szyba to bardziej zmęczone oczy i zmniejszony czas reakcji na drodze), zimowy płyn do spryskiwaczy. Jedziemy bezpiecznie, na śliskiej nawierzchni zmniejszamy obroty - te sprawy. 

Ale jest kilka rzeczy, o których lubimy zapominać, a mają ogromny wpływ na bezpieczeństwo. Przede wszystkim: czy wiesz ile ważą rzeczy podczas zderzenia? Komórka standardowej wagi (200g) przy zderzeniu ok 50km/h uderza z siłą 6 kg! Walizka - 900kg. Torba z laptopem - 45kg, zwykła butelka z piciem - 30kg. Pies (15kg) rozpędza się i uderza z siłą 450kg, a zwykły tablet z siłą 15kg. Więc mając to na uwadze pamiętajmy: kabina auta to nie bagażnik! Płyty przechowujemy w uchwytach, drobiazgi w kieszeniach na drzwiach bądź siatkach za siedzeniami. Dodatkowo przy pojazdach typu combi/SUV stosujemy maty na bagażnik lub siatki trzymające bagaże w ryzach, jeśli mamy kratkę to wystarczy. Najcięższe przedmioty wkładamy na spód, żeby w przypadku hamowania nie nabrały pędu i nie "wjechały" w pasażerów z dużą siłą. Pasażer przedniego siedzenia nie wiezie nic na kolanach (chyba, że marzy, by torba z kanapkami odbiła się od poduszki powietrznej i uderzyła go w twarz z prędkością 300km/h - co kto lubi). Jest więcej takich zasad, ale zamiast je wszystkie tu przytaczać odeślę do playfulskoda.com, gdzie znajdziecie ich więcej - nie wszystkie przydają się na wyjazdach zimowych - wiadomo.

Warto pamiętać jeszcze o bezpieczeństwie w razie wypadku/awarii: gaśnicę, trójkąt i apteczkę wyciągamy na wierzch, żeby mieć do nich dostęp (ludzie uwielbiają je przewozić w schowku na koło zapasowe). Narty przewozimy na dachu, przewóz w środku, kiedy jedzie z nami niemowlę, zostawmy miłośnikom ekstremalnych wrażeń. 

Nie wspominam o fotelikach (wiadomo, RWF, do poczytania tu), ale dodam tyko, że dziecko powinno jechać od strony pasażera. W razie wypadku łatwiej jest ratownikom dostać się do dziecka od strony pobocza. Poza tym - umieszczamy na szybie naklejkę, że jedziemy z dzieckiem. Wtedy, w razie wypadku, ratownicy najpierw szukają dziecka, potem dorosłych. 

Apteczka
Rozenek pisze jeszcze o apteczce. PPD radzi by wziąć: maść na stłuczenia (Voltaren, Altacet), środki przeciwbólowe, środki przeciwgorączkowe (teraz to to samo), opaskę elastyczną, kompres, bandaż podtrzymujący, środki do dezynfekcji (Octenisept), maść na odmrożenia (np. Cicaplast z La Roche Pose), środki na przeziębienie. My dorzucamy jeszcze leki na alergię (bo oboje mamy po kilka każdy) i osobną apteczkę dziecięcą, a w niej: paracetamol w syropie, woda morska do nosa (na wypadek kataru), plastry dziecięce (mają inny klej i ciekawe wzorki - warto kupić te dedykowane maluchom), lek na alergię dla maluszków (Ketotifen), sól fizjologiczna. Przed podróżą na wszelki wypadek przypominamy sobie zasady pierwszej pomocy i w drogę. 



My jedziemy na noc, bo Pola nadal protestuje w czasie jazdy. Dlatego nie potrzebujemy wypełniaczy czasu dla dziecka i będziemy się rzadziej zatrzymywać. Pytałam pediatry i mówi, że w naszej sytuacji niesubordynacji i buntu pasażerskiego mamy po prostu jechać ile się da. Pola jest też duża, więc zakładam, że na trasie 800-900km uda się z 2-3 przerwami dojechać. To nasza pierwsza, tak duża wyprawa autem, ale w sumie w najgorszym wypadku posiedzimy dłużej w jakimś austriackim auto-grill'u, Pola będzie się bawić do zmęczenia, a ja pochłaniać szarlotkę z sosem waniliowym na gorąco i zdawać relację na blogu z międzynarodowych wojaży naszej córy. 






środa, 14 stycznia 2015

Pola i zwierzaki

Poszłam dziś z Polą na spacer - czego nie robiłam chyba z miesiąc albo i dwa. Spokojnie, bywała w terenie z innymi. Ja po prostu niecnie wykpiwałam się od tego jakże przykrego obowiązku. Z przyjemnością zauważyłam wyraźną zmianę w zachowaniu Poli.

Nadal nie jara się jakoś wybitnie, gdy przychodzi do spacerowania. Moja kochana dziewczynka noszona w ciepłych prysznicach i pod leniwym serduszkiem mamusi woli, jak jest jej ciepło i wygodnie. W wózku jej nie jest bo wierci się niemiłosiernie i ostatnie 10 metrów przejechała na syrenie. Ale przez resztę spaceru wykazywała bardzo duży entuzjazm. Pewnie dlatego:



Od jakiegoś czasu towarzyszy nam w domu Atos - pies przywieziony z firmy od Ojca. Pilnował na budowie, budowa się skończyła, zaczęła się za to zima. Ojciec pracował nad Lady Mamą, aż w końcu przeciągnęliśmy ją na naszą stronę i buda Atoska stanęła na ogrodzie. Pies wiedzie refleksyjny żywot pełny rozmarzonego wzroku zawieszonego nad horyzontem. Co jakiś czas niezmącony spokój zwierzęcia przerywa pojawienie się naszego kota, który to cichaczem próbuje polować na tym samym ogrodzie, po którym Atosek przechadza się majestatycznie. Albo na którym zwyczajnie śpi nieświadom kocich harców urządzanych tuż przed jego nosem. Korzystając jednak z każdej możliwej nadarzającej się okazji Atos ucieka chcąc posmakować jeszcze więcej tej wolności. Gradację ma niezłą - z kojca na ogród, z ogrodu na łąkę, z łąki na całą wieś. Nie martwimy się, wielki jest, jakby komuś przeszkadzał to by policja zadzwoniła. Daliśmy im numer w razie czegoś. Komenda z resztą pięć posesji dalej, więc widzę już jak władzom Atos wsadza swój uciekinierski nos do kanapek. Nie zdziwiłoby mnie to bo respektu dla autorytetu nie ma zbyt wiele. Siad, waruj, miejsce - ciągle pozostają dla niego niezrozumiałymi metaforami. Czasem mam wrażenie, że robi to wszystko specjalnie, bo ładnym w życiu łatwiej, jak rżną głupa. Swój psi nos ma i hierarchię rodzinną przykładowo skumał w jeden dzień. Głupi nie jest, zdecydowanie. Poza tym lubi moje dziecko: pozwala się klepać małym rączkom, ciągnąć za sierść, jeździć na sobie. Pokornie wstaje, kiedy Polka zasiada mu na grzbiecie i popędza oklepując łydkami jak konia. Chwilę później go przytula, bo myśli, że to misiu. Kota też tuli. Tego trzeba niestety przytrzymać mocniej, bo atencje nigdy nie były w jego obszarze zainteresowań. Pokornie czeka, aż wać panna skończy swoje umizgi i zluzuje uścisk wokół szyi. Malutka zupełnie bez wyczucia, w ramach miłości, kota: poddusza, szczypie, ciągnie, tarmosi, tłamsi. Czasem na nim siada. W akcie skrajnej desperacji kot jej się odwinie. Wtedy na małej rączce pojawia się charakterystyczna szrama a rączka... znika schowana za plecami, żeby "mama nie widziała, bo mnie przeniesie w miejsce bez kota" - jak mniemam, bo innego wytłumaczenia nie widzę.



Na taką jak powyżej poufałość z psem jej jeszcze nie pozwalamy. Atos jest kochany, ale mamy go dopiero od miesiąca, więc wiadomo, uważać trzeba. Poza tym na Polce pies robi największe wrażenie, kiedy widzi go w ruchu, albo przez szybę. Matka, czyli ja, i moja matka, czyli Lady Mama, podejrzewamy też, że w grę może wchodzić jakaś alergia. Oczka coś za bardzo czerwone, kichanie też wzmożone, wszystko po zabawach z psem. No, ale może to zwykłe przeziębienie.

Jak widać na załączonym obrazku - Polka karmi. Karmi kota (najczęściej plastikiem, co kot przyjmuje z obojętnością, pies natomiast plastik zjada), psa, rodziców przy obiedzie. Karmi lalę, kotka-pluszaka i resztę pluszaczków. Podaje rzecz (która jest jedzeniem bądź stanowi jego reprezentację) misiowi do buzi i robi "mlask, mlask". Dziś rozbroiła mnie całkowicie: założyła, że muszę być bardzo głodna, skoro jem swoje ręce (zadziorek) i bez słowa wsadziła mi do buzi butlę mleka, które właśnie piła. Kochana jest. Dzieli się z nami swoimi posiłkami, sztucznym jedzeniem z Ikei, wyimaginowanym jedzeniem. Na hasło dziadka "nakarm lalę" chwyciła bez wahania gumowego, fioletowego delfina i z determinacją przytknęła lali do ust. Awwwwww....

Dziś miałyśmy ciężki dzień. Do południa uziemiona byłam przy laptopie robiąc rzeczy projektowe do pracy. Nie przeszkodziło mi to zrobić szybkich porządków, pozmywać po śniadaniu, wypić kawy z Lady. Później drzemka (Poli), ergo mama w kuchni (ależ mi się nie chciało!). Potem spacer z psem i nadwyrężone oba barki bo nie włożyłam bydlęciu kolczatki i zwykłe szarpnięcia nie robiły na nim wrażenia (nie będę przecież przy dziecku krzyczała na zwierzę, a stanowczy ton właścicielki pies wsadził sobie między szumiące liście a mijaną kozę).






Mimo, że spacer piękny (cała wieś w Biedronce albo na poczcie), bo park pusty a zachód słońca rewelacyjny, to wróciłyśmy obie wymęczone. Ja bardziej, bo po uporządkowaniu kuchni, przekupieniu Polki portfelem (!), by usiedziała w ten czas w kojcu, miałam ochotę paść na pysk, a malutka wolała zrobić kurs zjazdowy na pupie dwa piętra w dół, sprawdzić czy nie ma dziadków, wspiąć się znów na nasze trzecie i ponownie wracać na dół (w sumie 3 kursy w każdą stronę). Udało mi się ją nakarmić w kwadrans, czemu przysłużyła się produkcja Disney'a z lat 30-tych Farmyard symphony. Widziałam to dzisiaj 4 razy - disneyowska wariacja na temat motywu muzycznego z opery Carmen w wykonaniu zwierząt wiejskich. Hit! Polecam dla takich maluszków bo akcja niezbyt wartka, postaci dobrze rozpoznawalne, dialogów nie ma, muzyka ładna, fabuła rozczula. Być może z musu, ale polubiłam tę produkcję:


Rozbijają mnie prosiaczki ssące mimo ewakuującej się matki, prosiak jako motyw przewodni, romans koguta, relacje na linii koń-krowa, kogut bonapartysta i maszerujące niczym armia szkocka - gęsi - wszystko piękne w tym filmie! Polka śmieje się na głos, podskakuje, myśli, że może dotknąć zwierzątek. A ja odsuwam laptopa jak najdalej się da, bo już między V i B mam sporo dżemu z owoców leśnych.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Konkurs: do wygrania produkty HIPP (i trochę o słoiczkach)

Dostałyśmy z Polką paczkę od firmy HIPP. Jak do tego doszło? Na blogu Raczkując w świat przeczytałam dawno, dawno temu o różnych firmach, które oferują swoim klientom miłe upominki - np. za zapisanie się do Klubu Maluszka HIPP - co natychmiast uczyniłam. Lubię gratisy, bo kto ich nie lubi? To taki miły gest ze strony producentów świadczący o ich dbałości o mnie, o klientkę. Czuję się wtedy doceniona, jakby ktoś rozumiał, że zapracowałam na każdą złotówkę w portfelu i wydawanie ich na tę a nie inną firmę to akt zaufania. Doceniam producentów, którzy cenią swoich klientów. Ale Klub Maluszka z HIPP to nie tylko szansa na darmowe jedzonko. To przy okazji fajna platforma pełna informacji na temat żywienia dzieci. Można tam wziąć udział w czatach z lekarzami, poczytać fachowe porady. Ba, jak odpowiednio wypełni się wszystkie rubryki HIPP będzie prowadził nas za rękę w zasadach żywienia i co miesiąc przysyłał update na temat tego, co można już, a czego jeszcze nie można wprowadzać do diety naszych maluszków. Świetna opcja dla mam, które są zapracowane, albo zwyczajnie nie wiedzą, skąd wziąć te wszystkie informacje. Zwłaszcza, że dane dotyczące przykładowo rozszerzania diety dzieci ewoluują i co chwila ukazują się jakieś eksperckie aktualizacje, jak chociażby rewolucja z jajkiem: jak to? Nagle podajemy całe? I to z białkiem? - zawrzało w konserwatywnych kręgach naszych mam i babć. Warto być na bieżąco, a dzięki takiemu portalowi nie trzeba się specjalnie wysilać w szukaniu informacji rozsianych po całym Internecie. A HIPP źródła ma dobre, bo co chwila firmują to dobrymi nazwiskami ekspertów albo instytucjami z wieloletnim doświadczeniem w żywieniu dzieci.



Ale jak to? - powiecie zaraz. To nie gotujesz dla swojego dziecka? Tylko słoiczki? To przecież jak fast food dla dzieci! - czytałam taki i podobne opinie na temat podawania niemowlętom jedzenia ze słoików. No, ale ja tak nie myślę. Pewnie, wolałabym, żeby mała wcinała razem z nami polędwiczki wieprzowe w sosie z pomidorów suszonych i żurawiny, na śniadanie jadła z nami jogurt z domowym musli albo piła kompoty z naturalnych owoców - niestety nie da się. Moje dziecko przeszło gehennę z rozszerzaniem diety, a ja razem z nią. Świetnie idzie jej jedzenie kawałków, ma perfekcyjnie opanowany chwyt szczypcowy. Finezja, z jaką pochłania makaron doprowadziłaby Małgosię Rozenek do zapaści. Pola uwielbia bawić się jedzeniem i dla niej to, co na talerzu to zwyczajnie wyzwanie - zachęta do rozrzucania. Ma też ograniczoną wysiedzialność, a karmienie jej kawałkami trwa u nas bardzo długo. Zmikswoanego żarcia od mamusi zwyczajnie nie chce, bo papki już jej nie interesują. Słoiczki natomiast pasują jej bardzo. Konsystencja jest fajnie zróżnicowana, smaki są dobrze dobrane do niemowlęcych możliwości poznawczych. Jeden słoiczek to jeden obiad i kolejnego dnia można już podać coś innego. Kombinacji multum, do wyboru, do koloru. Poza tym warzywa w słoiczkach i mięsa z pewnych źródeł, dobrze dobrane - a umówmy się, ja nie mam czasu (ani ochoty) latać po eko bazarkach i kupować turbo drogiego kurczaka dla Polki, a dla nas barachło z Tesco. Robię jedne zakupy dla całej rodziny, ok 23:00 w całodobowym Tesco, zamawiam często przez Internet. Dla Poli kupuję słoiczki bo są bezpieczniejsze jakościowo niż mięso pakowane 3 dni temu kupione w środku nocy. Nie zjada tylko tego. Pola uwielbia jajka (do wczoraj), więc zjadała jajecznicę, jajko na miękko, na twardo. Dziś na śniadanie jadła (o zgrozo!) parówkę! I dogryzła serkiem Tartare, choć jej nie wolno (bo mleko). Czasem łaskawie zgodzi się zjeść kaszę manną z sokiem owocowym albo owocami (jabłko bywa w łaskach, częściej śliwki). Przy niedzieli rosół, okazyjnie zupy (gęste, z mięskiem), np.: na ten tydzień planuję ogórkową, dyniową. Na kolację będą kluski na parze albo szparagi - jeszcze nie zdecydowałam. Nie gotuję więc specjalnie dla Poli, bo jest już na tyle duża, że spokojnie może jeść to, co jedzą rodzice (a rodzice jedzą zdrowo i dobrze - co widać). Słoiczków nie podaję jako jedynych posiłków, ale są świetnym backupem na wypadek marudzenia przy stole, czy czegoś, co zwyczajnie małej nie smakuje. Sprawdzają się w terenie, na imprezach rodzinnych (gdzie nikt menu nie dostosowuje do dziecka), na wyjazdach są zbawieniem. Nie trzeba się wtedy martwić o to czy kucharz rzeczywiście podsmaża coś bez oliwy, albo czy zupa wystarczająco lekka i nieprzyprawiona. 



Dlaczego wybieram HIPP? Przekonałam się do tej marki od mleka, które kiedyś dała nam pediatra. Kupowałam z HIPP'a produkty, żeby stanowiły swoje uzupełnienie. Poza tym kompozycje smakowe wydawały mi się ciekawsze, niż w innych słoikach (ale o tym dopiero napiszę). Przede wszystkim HIPP ma dużo smaków, które nie zawierają wszechobecnej marchewki, a to dla mnie bardzo ważne, po podejrzewam tę marchew o nieestetyczne grudki na buzi Poli od czasu do czasu. No, i chyba kupowałam HIPP, bo Polce smakowało. Zachęcona dobrą passą na linii ja - marka, zgłosiłam się do testowania produktów i ku mojej (i mojego portfela) uciesze HIPP przesłał nam cudą przesyłkę pełną dobroci, które mała Pola bardzo lubi (o czym też jeszcze napiszę).




No, ale najważniejsze, że dla czytelników Instytutu Doświadczeń HIPP także przygotował małe co nieco! To zestaw: box z łyżeczkami, pudełko na przekąski, kubeczek, teczuszka maluszka, musy owocowe w kubeczkach 4x100g, Jabłka Banany (po 4 mcu). Ktoś reflektuje? Oddam w dobre ręce, ale nie całkiem darmo. Trzeba przysłać do mnie (na instytutdoswiadczen@gmail.com) zdjęcie maluszka z jego ulubionym produktem ekologicznym HIPP. Konkurs potrwa do 7 lutego 2015 do godziny 23:59. 



Na koniec jeszcze tylko trochę formalności:

Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest blog Instytut Doświadczeń.
2. Sponsorem nagród i wysyłki nagród jest firma HIPP.
3. Konkurs trwa do 7.02.2015 do godziny 23:59. 
4. Zgłoszenia proszę przesyłać drogą e-mailową (na instytutdoswiadczen@gmail.com). W zgłoszeniu powinno znaleźć się imię, nazwisko oraz adres email uczestnika. 
5. Wysyłając do nas zgłoszenie wyrażasz zgodę na publikację Twojej pracy konkursowej na blogu Instytut Doświadczeń i fan page bloga na Facebook'u.
6. Przy wyborze wezmę pod uwagę jedynie te osoby, które spełnią powyższe warunki uczestnictwa.
7. Najciekawsze zdjęcie wygra zestaw upominków od firmy HIPP - box z łyżeczkami, pudełko na przekąski, kubeczek, teczuszkę maluszka, musy owocowe w kubeczkach 4x100g, Jabłka Banany (po 4 mcu). 
8. Wyniki konkursu na blogu do 10 lutego 2015, do godziny 23:59.

Zapraszam do zabawy!

środa, 7 stycznia 2015

Dzień, w którym mama wróciła do pracy

Czas z Polą w domu wydawał mi się nieskończony - że mam jeszcze kilka lat, zanim wrócę do pracy, że moja córeczka jest za malutka, żeby ktokolwiek inny miał się nią zajmować. Przede wszystkim, że instytucja mamy jest niezastępowalna. Nagle otworzyłam oczy bardzo szeroko, przerażona, na miękkich nogach, wychodziłam dziś z domu i szłam (no dobra, jechałam) do pracy, w której będę teraz na pełen etat. A przecież już przyzwyczaiłam się do bycia mamą na pełen etat właśnie!



Nie mam specjalnie ochoty na kompromisy. Z lekką nerwicą za pasem zawsze chcę wszystko robić na 100%, tylko, że kurczę, wszystkiego się nie da. A pracować trzeba, bo to nie moja fanaberia z tym wcześniejszym powrotem do pracy, a przykra, dorosła konieczność. I dzieckiem się zająć trzeba - najlepiej trzeba. Jak sobie z tym wszystkim poradzić bez permanentnego wycierania oczu zapłakanych tym brakiem czasu na mamowanie. Ryczę mężowi na kolanie nie z mięczactwa albo innego ckliwego, pastelowego histeryzowania, ale dlatego, że nie jestem jeszcze gotowa na zostawianie małej w domu i pójście do pracy. Robienie festiwalu przed świętami dało mi przedsmak wstawania o 7 i wracania do domu o 22, kiedy córeczka już spała. Dni zrobiły się jakieś takie zapaćkane, szare, rutynowe. Tylko czekałam, aż wrócę do domu i spojrzę na nią śpiącą spokojnie w łóżeczku. Odżywałam zawodowo, robiłam coś ważnego i produktywnego, ale co z tego, jeśli z wyrzutami sumienia, bez przekonania, widząc coraz mniej sensu w krzewieniu nauki i wiedzy, coraz więcej w mamowaniu w domu, dresie i bluzie z H&M kupionej na przecenie przy okazji zakupów spożywczych - tak chciałam. Płytko?

Wcale nie. Cholernie dużo roboty przy tym wszystkim jest. Kiedy jest mąż w domu wleczemy się całą trójką leniwie przez długaśny poranek, ja odsypiam co mogę, mąż bawi się z Polą. Kiedy zaś pan domu znika w czeluściach Uniwersytetu wtedy trzeba zwlec się z łóżka i ogarnąć śniadanie, karmienie bardzo zainteresowanej wszystkim, absolutnie wszystkim dziewczynki. Później trzeba na nią uważać, bo chojraczy przy chodzeniu tak, że ostatnio rozcięła nawet dziąsło spektakularnie upadając na swój prezent gwiazdkowy (pchacz z Ikei, o którym niedługo). W międzyczasie należy zrobić obiad, cały czas trzymać mieszkanie w ryzach, od czasu do czasu coś nadplanowo wyprać, zmyć, pozamiatać. Skoczyć na zakupy, albo chociaż zamówić je w internetowej Almie (choć drogie tam mają okropnie!). Jak dzień ładny to spacer, a jak nie spacer to kołysanie małej do drzemki, karmienie obiadkiem, pilnowanie, żeby się napiła, ekstremalne zmiany pieluchy. Wieczorkiem wspólna kąpiel pełna przytulań i zabawy, aż w końcu spokojne, kojące zasypianie w matczynych ramionach. Tak wygląda standardowa dniówka od 7:00 do 20:00. I tak chciałabym, żeby wyglądała. Tymczasem będzie inaczej. Będę wstawała przed 6:00, żeby na 7:00 być już w robocie. Wyjdę z niej najwcześniej o 16:00, więc wracać będę bardzo późno. Na szczęście tylko dwa dni w tygodniu! Pozostałe dni przyjdzie mi w tym samym wymiarze godzin robić w domu, podczas gdy córeczką zajmować się będą jej babcie i tata. W środę za to popracuję tylko do 11:00 i potem będę do pełnej dyspozycji mojej małej, kochanej Poli.

Będę całować ją w nos, ona będzie w odwecie gryzła mój. Będę podbiegać z nią do lustra, a ona będzie głośno się śmiała. Będę goniła ją po domu i udawała, że nie dogonię, no nie dogonię jej! A ona będzie oglądała się do tyłu sprawdzając, jak daleko jestem (słodka jest, no!). Będę zabawiała ją przy obiadkach, a ona w zamian będzie pięknie wcinała koperkową. Będzie też pluła ziemniakami, wiadomo jak jest. Będę jej podpierać pupę, żeby myślała, że nadal stoi. A ona będzie przywierać do mnie ufnie całym ciałkiem. Będę ją kołysała do spania, a ona będzie mlaskała z zadowolenia usypiając. Będę siedziała przy łóżeczku i patrzyła, jaka jest spokojna, kochana i w domu. Będę wyć z nieszczęścia, że kolejnego dnia znów robota. Ale na szczęście tylko do czerwca, bo to w końcu projekt unijny. Potem znów przyjdzie mi szukać jakiejś roboty. Oby na dłużej (najlepiej na stałe) i oby na pół etatu. Bo od każdej roboty wolę być mamą.

Patrzę na książeczkę, którą wypełniam odkąd Pola się urodziła i z przerażeniem widzę, że powoli kończy się ilość wydarzeń, które wydawca przewidział na pierwszy rok życia dziecka. Wspomnień nigdy za mało, więc wklejam zdjęcia, ozdabiam album dedykowanymi naklejkami i wpatruję się oniemiała w kolejne, uciekające wielkie wydarzenia: pierwszy pokój, pierwsza zabawka, pierwszy ząbek, pierwsze wszystko, absolutnie wszystko. A tu już mebluje się w myślach drugi pokój, pierwsza zabawka poszła w odstawkę, ząbek ma towarzystwo 3-ech innych, kroczki są już drugie, a nawet trzecie. A te pozostałe "pierwsze" rzeczy przegapię. Więc notuję jeszcze pilniej, żeby było o czym pamiętać, za czym tęsknić.







Ckliwie się zrobiło, ale nie ma co płakać. Mogłabym siedzieć w korpo 5 dni od 8:00 do 16:00, a tymczasem nowy pracodawca idzie mi na rękę i pozwala dostosować wszystko do Polki. Mogłabym robić na słabo opłacanym stanowisku, a tymczasem zapłacą dość dobrze. Mogłabym w końcu wykonywać pracę bez sensu i polotu. Dostałam jednak taką, w której pomagam innym ludziom, pracuję przy fajnych projektach, ciekawych inicjatywach. Nie jest aż tak źle. Co nie zmienia absolutnie faktu, że już liczę dni do końca czerwca, kiedy to projekt się skończy, a ja jak uczniak rzucę teczkę w kąt i wyjadę na pełne, dwumiesięczne wakacje z Polą zamiast gór, morza czy czegokolwiek.

*Książeczka to Moje pierwsze lata. Dziewczynka wydawnictwa Arkady. 

sobota, 3 stycznia 2015

Mode: urlop

Jak spędzamy nasze urlopowanie w Wiśle? Rewelacyjnie! Ja chodzę nieuczesana i wcinam kolejną tabliczkę czekolady. Mąż gra ze znajomymi w Mortal Combat, w wolnych chwilach dłubie w doktoracie. Bawimy się z Polką, która dla rodziców ma coraz mniej czasu. Woli przebywać z dwoma dziewczynkami ok 2,5 roku i jednym 9-cio miesięcznym kawalerem. Jest zachwycona!



Wczoraj rano jadła jajko z jedną małą dziewczynką. Najpierw karmiłam je na zmianę "na miękko". Moja zachłanna córeczka nie poprzestała jednak na zjedzeniu 2 jajek na pół z koleżanką i przyłączyła się też do nie swojego "na twardo" spektakularnie wywalając zawartość miseczki na podłogę. "MOJE" smutno zawołała koleżanka. Dobrze, że w kuchni było jeszcze jedno, awaryjne jajo, bo nie wiem, jak skończyłaby się ta sytuacja! 

Jak widać na załączonym obrazku chwil "tatowych" jest w Wiśle co niemiara. Nie wiem czy to z racji mojego lenistwa, czy dlatego, że Wisła jest męża. To jego przestrzeń pełna jego dzieciństwa, którym to chce się z Polą dzielić. Razem chodzą po domu, patrzą refleksyjnie w okna, wychodzą na sanki. To mąż powozi na spacerach (co do najłatwiejszych nie należy, bo olaliśmy wkur*****cy całą rodzinę Bebetto i wzięliśmy lekkiego Quinny'acza). Wózek jedzie w zasadzie bez różnicy jeśli droga odpowiednio odśnieżona. Ciężej jest w miejscach gdzie nie ma chodnika albo gdzie polskie służby drogowe... dalej siedzą nad noworocznym piwem, bo z pewnością nie w robocie! Nie da się nim czasem zjechać ze schodów czy innych absurdalnie ekstremalnych powierzchni, ale coś mi mówi, że śnieg generalnie niewiele ma tu do rzeczy. Kiedy tylko pogoda (i chumory) dopisują spaceruje nam się nieźle, choć nie wyrywamy się jakoś specjalnie na dwór, bo rumieńce Polki dalej wpędzają mnie, matkę, w paranoję i wolę nie przesadzać, zanim sprawa nie przygaśnie.





Ale po co wychodzić (skoro pada przykładowo), jeśli w domu tyle do zabawy? Malutka uczy się chodzić próbując nadążyć za tymi dwoma torpedami, które pod jej nosem gonią się, wyrywają sobie zabawki, podają jej książeczki z nonszalanckim "Trzymaj". A Pola trzyma książeczkę wpatrzona w dziewczynki, jak w zjawiska, z buzią otwartą ze zdziwienia, że wszystko tak szybko, nagle i na dwóch nogach. Więc próbuje stać, chodzić trzymając nas za rękę, przy meblach. Jest niesamowita, dzielna, wytrwała, niezrażona, zdeterminowana - moja córeczka!



No i są jeszcze zabawki - cudze, najlepsze. A i własne odkrywa Polka na nowo (no nie tak na nowo, bo w końcu to prezenty gwiazdkowe). Świetnie daje sobie radę z zabawkami dedykowanymi grupie wiekowej 2+ (miś płaczący, bo ubrano go w sukienkę), lalki (wołające uniwersalne mama a resztę wykrzykujące w płynnej angielszczyźnie). Opanowała też laptopa z plastiku i namiot z kulkami. 




A ja mam tu zadziwiająco dużo czasu dla siebie, mimo 9 osób nam towarzyszących. Zgiełk wspólnego urlopowania nie przeszkadza, wręcz przeciwnie - wprowadza atmosferę luzu i wzajemnego tumiwisizmu, co przekłada się być może na zupełnie nieogarnięty dom, ale za to też na uwalniające poczucie pełnego relaksu. Z powodzeniem stosuję się więc do zasady "im gorzej wyglądasz tym lepiej odpoczywasz", więc paraduję w swoim nowym polarze z Lidla, dresie czy innym jeszcze szczycie sanatoryjnej elegancji. W piżamie przyjmuję księdza (bo i kolęda nam się napatoczyła). Z upodobaniem przyłączam się do dwulatek oglądających krecika i włączam mode "urlop". 

czwartek, 1 stycznia 2015

1 stycznia, czyli tradycyjnie: Happy New Year

Co patrzę na blogi to jakieś podsumowanie roku. A ja tak patrzę na swoje foldery zdjęciowe i myślę sobie, że wszystko już było. Daliśmy kalendarz z "Polką na każdy miesiąc" dziadkom i pradziadkom, to było dla nas, jak podsumowanie roku (zakładając oczywiście, że rok zaczyna się w marcu). Bo chyba w marcu ten nasz rok dopiero się rozpoczął. Wcześniej, w końcówce ciąży, kiedy toczyłam się przez świat niczym wielka orka, niespecjalnie miałam ochotę na przeżywanie: urodzin, rodzinnych spotkań, celebrację początku roku. Wypełniałam papiery dotyczące macierzyńskiego, odwiedziłam ostatnie targi rękodzieła przed porodem i utknęłam na porodówce. To było najdłuższe chyba radosne oczekiwanie w historii CSK w Ligocie. A potem poszło z kopyta i nie chce się zatrzymać. Z miesiąca na miesiąc jestem coraz bardziej zachwycona macierzyństwem. Moja córeczka rozwija się wprost książkowo. Perturbacje z jedzeniem chwilowo zawieszone, więc nie mam specjalnie na co narzekać. Tyle podsumowań.



Nie przepadam za wracaniem do tego co było. Wspomnienia są piękne i magiczne przy trzaskającym w kominku ogniu, kiedy z mężem oglądamy albumy i przypominamy sobie nasze, prywatne pierwsze zachwyty małymi rączkami, uśmiechami, nieporadne zmiany pieluchy, wchodzenie w to rodzicielstwo. To takie nasze chwile. Mimo ich niewątpliwego uroku bardziej cieszy mnie zawsze to, co niewiadome, co dopiero ma nadejść. W związku z czym nowego, 2015-go roku upatruję z niecierpliwością, mimo, że już jest, ciągle czekam, aż się rozhula. Wiele się będzie działo: Pola skończy pierwszy rok życia i planuję w związku z tym pierwszy, absolutnie kolorowy dziecięcy bal! Mnie stuknie kolejny rok, planujemy z mężem kolejne dziecko (czego nieco się obawiam, ale mniej, niż się tym ekscytuję na maksa!). W przyszłą środę mam o 8 rano stawić się w pracy, czego obawiam się najbardziej na świecie. Nie samej roboty, bo praca jak praca i do póki nie jest to inżynieria kwantowa to chyba sobie poradzę. Przeraża mnie zostawienie Poli w domu - z Lady Mamą, teściową, mężem. Wiem, że będzie bezpieczna i szczęśliwa, ale nie będzie miała obok siebie mamy, którą woła ostatnio na potęgę (choć czasem nazywa mnie tatą). Zdecydowanie nie jestem gotowa na taki dystans i powrót do pracy (zwłaszcza, że mój macierzyński kończy się dopiero za 2 miesiące, a praca będzie zupełnie inna, nowa). Ufam jednak, że przy wsparciu rodziny dotrwamy jakoś do czerwca. Potem planuję dłuuuugie, szkolne wakacje tylko z Polą. Może pojedziemy gdzieś z rodziną, może zamelinujemy się w Wiśle na trochę, może odwiedzimy Bachledówkę (w końcu chcieliśmy wybrać się w tatry wiosną, latem)?

Cieszę się na remont Pszczyny i nowe mieszkanie, pierwsze na 100% własne, w którym pomieszkamy dobrych kilka lat, a nie tak jak do tej pory: kątem u rodziców, w akademiku, w kawalerce (za drogiej). Nawet nie chodzi o mieszkanie o nie wiadomo jakim standardzie, designerskie wnętrza i leżenie na szezlongu pod kryształowym żyrandolem. Myśląc o Pszczynie przed oczyma mam wspólne śniadania, swobodę, nieporządek bez oceniających spojrzeń reszty domowników. Leniwe weekendowe poranki, snucie się po domu w szlafroku  (którego jeszcze nie mam, ale mam za to urodziny w lutym, więc mężu drogi...), zbieranie skarpetek, kłótnie o porozrzucane po domu kubki i chusteczki (ja) albo ciuchy, książki i papiery (mąż). Widzę, jak Pola spokojnie śpi w swoim nowym pokoiku a ja sprzątam jej zabawki z podłogi w salonie i zasiadam na kanapie z kieliszkiem dobrego wina albo herbatką na zgagę (jak już uda się ta ciąża). Widzę jak przygotowujemy się na nowe maleństwo, skręcamy kołyskę, jak przynoszę do domu nowe ubranka w rozmiarze 56 (i kilka nowych dla Poli w rozmiarze 86+). Na to wszystko cieszę się jak dziecko.

Na nowy 2015-ty rok planuję ponadto: wyprzedaże!! Wymianę wiosennej garderoby mojej córki (kolekcja H&M na wiosnę podoba mi się chyba w całości!). Fajnie byłoby też skończyć ten cały doktorat, bo temat powoli robi się Niekończącą się opowieścią i niechciałabym, żeby jedynym nawiązaniem stało się W poszukiwaniu straconego czasu (swoją drogą czytałam ostatnio, że we francuskim stylu jest mówienie tylko W poszukiwaniu, jakbym z Proustem znała się od podstawówki). Moja paryska obsesja nadal trwa i zanosi się na nową lekturę przewodnią na nowy rok. Rezygnuję z dziecięcych poradników na rzecz tych dla dorosłych i zamawiam już teraz Bądź Paryżanką gdziekolwiek jesteś czyli książkę o wdzięcznym podtytule Miłość, szyk i złe nawyki. Taki planuję mieć 2015-ty rok.

Źródło: Empik.pl


A wszystkim moim czytelnikom (którym dziękuję za każde z ponad 50 tys. wyświetleń!) życzę równie inspirujących, a przy tym lekkich i możliwych do realizacji postanowień noworocznych. Życzę Wam (a pośrednio i sobie), żeby ten blog był też dla Was miejscem relaksu i dobrej zabawy. No i przede wszystkim życzę Wam wszystkim nowych, doświadczeń ;)

A Pola (jak zrozumiałam z jej lakonicznej wypowiedzi) wszystkim życzy wymiennie kota bądź konia. Czasem też mamy i taty.