niedziela, 28 września 2014

Jak przygotować się do niedzielnego spaceru...

Po pierwsze, koniecznie zignoruj mapę i absolutnie nie sprawdzaj, gdzie masz dojechać! Zaufałam linkowi z Googe, przecież wygrałam bieg na orientację, dam radę. Po godzinie krążenia po okolicy, z kontrowersyjnym zapaszkiem z pieluchy Polki, unoszącym się ciężko w naszym małym autku zadzwoniłam do Zuzi z krótkim info: zgubiłam się.

Bezskarpetna i noszona Polka z tatą, który już wrócił do nas

Zuzka zaparkowała tam, gdzie byłam, więc poprosiłam o wskazówki i za 10 minut miałam być na miejscu. I tu kolejna dobra rada: koniecznie pomyl prawo z lewo i skręć źle. Wtedy zaliczysz gratisowy spacer wokół jeziora (które stawikiem ogrodowym nie jest no...). Obchodząc akwen koniecznie podejmij decyzję by nie wkładać niemowlęcia do Tuli, bo to przecież tuż za rogiem (jakim rogiem! jezioro przecież). Po blisko godzinnym marszobiegu z dzieckiem na ręku, kłótni z mężem zbliżaliśmy się do celu.

Milly w zaimprowizowanym namiocie plażowym (Bebetto rulez!)


Jako kolejną atrakcję spaceru polecam koniecznie pokłócić się z jakimś palantem na rowerze. No dobra, wlazłam im na ścieżkę rowerową, ale na miłość boską - miałam małe dziecko na ręku i uważam wjeżdżanie na mnie w takiej sytuacji za nietakt. Jakbym spotkała pieszego na autostradzie to przecież bym nie przejechała z racji innego przeznaczenia drogi. A rzeczony palant jechał za szybko i prawie nas wywrócił - dzieckiem, które na tylnym foteliku zarzuciło prosto na nas. Być może moja rynsztokowa cięta riposta w miejscu pełnym małych dzieci była nie na miejscu, ale uważam się za usprawiedliwioną okolicznościami losowymi.

Polka i Kropka - w przeszukiwaniu torebki


Ostatecznie udało mi się odnaleźć Ruby Soho i Zuzkę mimo zdechłej baterii w telefonie. Bo wyjazd z domu bez ładowarki mimo komunikatu - Battery too low, 10% left - absolutny must have wyjścia! Dziewczyny czekały na nas rozleniwione i w iście letnich nastrojach. Kwestia stroju jakoś sama się implikuje - i tu wykazałam się mistrzostwem zapobiegliwości. Co koniecznie trzeba przygotować? Wskazany będzie brak kapelusza z daszkiem, który przy pełnym słońcu, na plaży, jest przecież zbędny. Analogicznie sprawa ma się z kremem na słońce - nie zabieramy. Do tego pozwalamy dziecku biegać z gołymi stopami, bo zgubienie skarpet w trakcie spaceru to standard przecież. Podobnie w standardzie znalazła się moja nieumiejętność dostosowania się do pogody. Niby ciepło, ale jakoś zimno. I dziecko ubrane miałam analogicznie - niby ciepło, ale jakoś tak zimno. Czapka była w ruchu jak satelita na orbicie (zdejmowana i wkładana), bluzę, na takie okoliczności wybieramy koniecznie wkładaną przez głowę - to z pewnością ułatwi jej ubieranie i zdejmowanie milion razy w ciągu dnia, bo wiatr, bo słońce zaszło itp. No i finał - polecam z całego serca - do karmienia spakować koniecznie smoczek do kaszki, żeby niemowlę absolutnie nie mogło zjeść swojej porcji mleka. Hit, no hit po prostu.

Aż dziw, że mimo wszystko dzień był udany.

sobota, 27 września 2014

Na pohybel pesymistom! & #hasztagmasterintroduction; #hasztagisazarazliwe

Królowa narzekania, ja, biorę się za rozliczenie z utyskującymi zewsząd na niemowlęta wszelakie. Dość!

Krótki wywód (bo właśnie obejrzałam pierwszy odcinek How to get away with murder, więc włączył mi się żargon prawniczy):

Ciesz się ciążą, bo potem będzie tylko gorzej
W ciąży słyszałam tylko: wyśpij się na zapas, jedz to, jedz tamto, bo potem dieta. Pisz ten doktorat, bo potem już nic nie zrobisz. Generalne przesłanie ciotek-dobra-rada było takie: korzystaj z resztki danego życia, choć toczysz się przezeń jak wieloryb na płyciźnie (żenująco), bo potem się skończy. Nic podobnego! Teraz, to dopiero człowiek czuje, że żyje! Niewtajemniczonym tłumaczę: przez pierwszych kilka tygodni życia dziecka hormony matki produkują takie ilości siły i energii, że można nocami nie spać, a i tak jest siła (i ochota!) wstawać do maluszka w nocy. Jedna sesja przytulania ze szkrabem skutecznie ładuje akumulator na kilka dni, a uśmiech od ucha do ucha na widok mamy robi na samoocenę lepiej niż dyplom najlepszej uczelni i to z wyróżnieniem (nie mam :/). Mam ochotę (tu ukłon w stronę Zuzy z MillyMy) na potężny hasztag: #pieprzeniewbambus, #macierzyństwojestsuper, #nieznaciesię, #wcaleniejestgorzej - ergo, jest tylko LEPIEJ:
- nie jestem obolała i opuchnięta
- mam Polkę przy sobie a nie ugniatającą mi wątrobę i pęcherz
- dieta połogowa pozwoliła mi zrzucić całe baby weight
- mój noworodek spał ciurkiem 7 godzin od urodzenia, ostatnio gorzej, bo robi sobie 2 pobudki na jedzenie (ale uważam, że świadczy to o jej inteligencji: po co jeść w dzień i tracić zabawę, skoro mogę dojadać w nocy, na śpiocha?)

Ciesz się noworodkiem, bo potem będzie tylko gorzej
Jak Pola się urodziła to mi powtarzali, że to skarb, że tak śpi i żebym się tymi pierwszymi tygodniami cieszyła jak wygraną w totka, bo przecież zaraz się zacznie: raczkowanie, oczy dookoła głowy, postawa roszczeniowa, problemy z karmieniem, pierwsza manipulacja, problemy przy przewijaniu i inne cuda. No i zaczęło się to wszystko, a ja bynajmniej nie uważam tego za problem:
- Polka wierci się przy zmianie pieluszki, co jest dla mnie zdrowym objawem aktywnego i zainteresowanego światem niemowlęcia
- rozpoczęła przemieszczanie się po mieszkaniu (wstęp do raczkowania, płynny pełz i ekspercki suw płaski), a ja piszczę z radości, bo to oznacza, że jest silna i zdrowa. A do tego śmieje się ona przy tym tak szczerze, że nie wiem jak można w ogóle zaliczać postępy swojego dziecka do #potembedziegorzej
- moje dziecko mną manipuluje - mam tylko nadzieję, że nie za bardzo, i że nadal ja jestem sprytniejsza, ale uważam, że pierwszy przejaw jej świadomej inteligencji należy afirmować i podsycać (być może ukierunkować odpowiednio), ale nie narzekać!
- mamy problemy z karmieniem - ale z tylu innych problemów z dziećmi, o których czytam, to moje na serio są mikro małe i cieszę się, że takie, bo jakieś w końcu muszą być. Nie da się wychować bezproblemowego bobasa, no nie da się.
- postawa roszczeniowa - no krzyczy na mnie, jak ją olewam. Nie dziwię się jej wcale, też lubię być w centrum zainteresowania i nie lubię jak się mnie olewa a conto laptopa czy telefonu. Moja córeczka w ten sposób pokazuje swój stosunek do techniki i prymatu kontaktu osobistego nad wirtualnym #polkasocjologniemaco

Ciesz się, bo jak zacznie biegać, to będzie tylko gorzej
Do tej kategorii można wpisać chyba wszystko to, co czeka nas na kolejnych etapach rozwoju: chodzenie, bieganie, branie przedmiotów do rączek, wkładanie niebezpiecznych rzeczy do buzi, żłobek/przedszkole, choroby i inne cuda wieku dziecięcego. Gdyby to wszystko było łatwe i przyjemne to dzieci rosłyby na drzewach i spadały na ziemię odchowane i czerwone jesienią. Wiadomo, że nie jest prosto, no ale co z tego? Każda z tych rzeczy to objaw zdrowego i szczęśliwego dziecka i trzeba się z tego cieszyć, a nie szarpać o każdy wysyłek, który musimy włożyć w macierzyństwo. Osobiście nie mogę się doczekać, kiedy Polka powie do mnie pierwszy raz "Kocham cię mamo", a jeśli w tym samym czasie wejdzie w etap zadawania miliona pytań ("Mamusiu, co to jest syfon?", "Mamusiu dlaczego gryziesz syfon?") to z radością będę odpowiadać (mając oczywiście w zanadrzu święte "Bo tak" i "Bo nie" wyćwiczone do perfekcji). Będę za nią biegać, kiedy będzie się uczyła chodzić, będę z dumą obserwować, jak dużo ma energii i zapału do robienia wszystkich tych rzeczy, będę ją uczyć wszystkiego po kolei (sporty zostawiając jednak mężowi).

Z wszystkich tych antycypacyjnych pesymistycznych mantr wygłaszanych pod adresem świeżej mamy skorzystałam tylko z jednej: ciesz się.

#Polkalove


piątek, 26 września 2014

A kiedy przyjdzie do pracy czas...?

Czy to w ogóle możliwe - zostawić dziecko i wrócić do pracy? Myślałam nad tym ostatnio, bo robota  (i to przednia) wali drzwiami i oknami (no dobra, sama sobie zorganizowałam to teraz narzekać nie mogę!). Niebawem trzeba będzie się brać do działania, a Pola malutka. Nawet, gdybym zaczynała po urlopie rodzicielskim - nadal nie wyobrażam sobie zostawienia jej gdzieś i pójścia na luzaka do pracy.

Gdzie będzie miała lepiej, niż w swoim Paryżu?


Przeglądałam strony żłobków w okolicy miejsca pracy i miejsca zamieszkania. Wszystkie podłe. Barokowy przesyt zabawek, tandety i kiepskiego gustu doprawiony wielce nieatrakcyjnymi sypialenkami dla maluszków. Wszystko wygląda na zdjęciach smutno i nieciekawie. Co z tego, że zabawek cała masa, skoro wszystkie są kiepskiej jakości? Wszędzie oferują zajęcia dodatkowe tudzież permanentną stymulację dziecka: angielski już w żłobku, do tego rytmika, muzyka, plastyka. A gdzie czas na klasyczne bąblowanie?

Taką mam idealną wizję placówki żłobkowej:

15 dzieci i 5 opiekunek. Śliczna sala do spania z pościelą przyniesioną z domu (żeby maluszkowi było przyjemniej). Do tego bezpieczna sala do zabawy z wielką, piankową matą na podłodze, żeby nikomu nie stała się krzywda. Zabawki posegregowane rodzajami i ułożone w dużych, płóciennych koszach wydawane dzieciom przez opiekunki (żeby nie brały wszystkiego na raz). Widzę zorganizowane zabawy mające na celu integrację dzieci i zapewnienie im dziennej porcji rozrywki, ale też dużo czasu na zajmowanie się sobą, kontemplację nogi czy gubienie skarpet. Widzę łazienkę przystosowaną dla maluszków i bezpieczną przestrzeń do przewijania. Widzę też menu na cały tydzień do wglądu wcześniejszego przez rodzica. Przede wszystkim widzę dbałość o detale, także w wystroju wnętrza, bo nawet taki żłobek ma uczyć dziecka estetyki, która będzie towarzyszyła mu do końca życia. Poza tym 800zł czesnego (bo zazwyczaj tyle jest) to nie jest mało i powinno w tej cenie być też ładnie urządzone wnętrze. A nie bure sale wymalowane wyblakłymi farbami i zawalone zabawkami. Nie wiem, czy gdziekolwiek znajdę taki żłobek, dlatego chyba zmienię front i zastanowię się nad jakąś alternatywą. Ten chyba stoi najbliżej moich wymagań, ale finansowo... cóż, ok 1200zł/m-c to byłaby połowa pensji. Nie lepiej pracować na pół etatu w takiej sytuacji?

Mąż pracuje chwilowo na pół etatu. Drugie pół realizuje swój grant naukowy, więc w zasadzie też pracuje, ale w domu (2 dni w tygodniu). Pozostałe 3 jest w robocie. Obie - teściowa i moja mama nie pracują w piątki (a teściowa dodatkowo w czwartki). Może zgodziłyby się pomóc w opiece, póki Pola taka malutka? Wtedy musiałabym tylko jeden dzień w tygodniu jakoś zagospodarować. Myślę, że dobrym pomysłem byłaby opiekunka, która zostawałaby z Polą nawet wtedy, kiedy mąż byłby w domu (celem sprawdzenia pani, przystosowania Poli i dania mężowi czasu na pracę). Płacąc jej średnią stawkę 10zł/godzina i prosząc, by była z Polą cały jeden dzień i 2x po pół dnia, kiedy mąż jest w domu - mamy szansę nie płacić takiej osobie więcej, niż za żłobek. To chyba jedyna opcja, którą mogłabym rozważyć. Nie na darmo ludowe porzekadło mówi: "Mama może wrócić do pracy wtedy, kiedy babcia jest gotowa na opiekę".

A gdyby babcie się nie chciały tak bardzo angażować, co wtedy? Wtedy, myślę, jedyna opcja to negocjować z pracodawcą elastyczne godziny pracy i jakoś podzielić z mężem te 5 dni w tygodniu. Mogę siedzieć w robocie od 6:00 20:00, byle tylko pozostałe 3 dni być w domu z małą.

A jak się nie uda? No... ale uda się! Matki jakoś to sobie organizują, jakoś wracają do pracy. Nie wiem, czy dla wszystkich jest to takie trudne, jak dla mnie? Nawet myśl o zostawieniu Poli z kimkolwiek innym napawa mnie smutkiem i bezbrzeżną rozpaczą. Wizualizuję w głowie sceny w stylu: płaczące niemowlę, bo nie ma mamy, kalkulacja kilkumiesięcznej dziewczynki, że praca jest dla mamy ważniejsza niż ona, zawód w oczach i poczucie zepchnięcia na dalszy plan, smutek małej Poli, że nie ma mnie przy niej. Żeby jeszcze bardziej podziarać się emocjonalnie widzę oczyma wyobraźni podłą, jesienną słotę za oknem i mały nosek przyklejony do mokrej od płaczu szyby - za mamą. Śni mi się to w nocy! A przecież zostało mi jeszcze ok. 5 miesięcy urlopu rodzicielskiego.

I te nasze codzienne (no... prawie!) spacery (LOVE!)


Nie potrafię sobie wyobrazić, że cokolwiek będzie dla mnie ważniejsze, niż bycie w domu z Polą, która ma pod moim okiem bezpiecznie i spokojnie się rozwijać. Fantazjuję o wygranej w totka, żeby było mnie stać na siedzenie z dzieckiem w domu. Oczywiście tylko teraz, bo mimo trudu rozstania z maluchem uważam przedszkole za konieczny etap procesu socjalizacji. Inne dzieci wpływają na rozwój naszych pociech i bez sensu jest trzymać malucha w domu do oporu. W kwestii żłobka jestem jednak na nie. Zależy mi, żeby do tego 3-go roku życia mała Pola dostawała to, co najlepsze, żeby jej poczucie bezpieczeństwa było niezachwiane, żeby czuła się maksymalnie zaopiekowana i kochana. A tymczasem planuję jednocześnie - przeprowadzkę w nowe miejsce, pełny angaż w nowej pracy, wprowadzenie nagle innego systemu opieki. Za dużo!

Niby wszystko to za blisko pół roku, ale to przecież bardzo mało czasu jest, żeby sobie to porządnie zorganizować i zaplanować. Nie sądziłam, że tak szybko dopadną mnie kwestie związane z wyborem placówki dla mojego dziecka, z planem wychowawczym (czy w ogóle chcę taką placówkę wybierać) i z priorytetami w życiu (bo przecież nie samym macierzyństwem kobieta żyje).

No, zawsze jest jeszcze trzecia opcja - zajść w kolejną ciążę przed końcem urlopu rodzicielskiego i odwlec te dzisiejsze rozmyślania o kolejny rok (bo na wychowawczy, bezpłatny urlop nie mamy z mężem możliwości).

Puchaty miś na puchatym dywanie - dobrze jej w domu.


czwartek, 25 września 2014

Zasnęłam pisząc posta...

... więc kończyć go czas. Mąż wyjechał, Polka  wszystkie swoje pokłady energii. Pełza, raczkuje, podskakuje (!), wszystko robi. Gonię ją po mieszkaniu, bo szybka jest. A potem nie śpi. Albo śpi, i wtedy ja też powinnam, bo cokolwiek by się nie działo - wstanie o 5:00.

video
video

Parowar - przepisy dla mamy i bobasa

Ostatnio gotujemy w parowarze. Jest super, bo jedzenie się robi, a my zrelaksowani zalegamy przed telewizorem. Postanowiłam się Wam przyznać do kilku łatwych przepisów na dobre obiady. Dobre, głównie dlatego, że tanie i szybkie. A do tego ładnie się prezentują. No i najważniejsze - cokolwiek zostanie można zmiksować i dać dziecku - przepisy są przystępne zarówno dla mamy jak i dzidziusia.

Łosoś w sosie koperkowym 

Danie jest proste w przygotowaniu i przepyszne w konsumpcji. Dodałam tu paprykę, jako jarzynkę, ale spokojnie można zastąpić ją dowolnym innym warzywem - świetne będą brokuły. Całość jest dosyć dietetyczna (tylko sos jest zdecydowanie nie light, ale przecież jemy go tylko trochę!). Danie wystarczy na... tyle osób, ile używi się kupioną porcją łososia. Ja gotowałam dla 2 dorosłych i jednego niemowlęcia (ok 30g łososia i łyżeczkę koperku podgotowałam ze szklanką wody, zmiksowałam. Wyszła pyszna zupka rybno-koperkowa dla dzidziusia. Pyszna to, jak się okazało, pojęcie względne, gdyż Polka zdecydowanie łososia jeść nie chciała.)


Składniki:
- łosoś (dowolny: filet, dzwonko, ze skórą, bez skóry...)
- papryka (3 szt.)
- dodatki (kuskus, ryż - do wyboru)
- serek Mascarpone
- koperek (pęczek)










1. Paprykę kroimy w cienkie słupki i wkładamy do parowaru n 1-sze piętro. Nie przyprawiamy (papryka sama w sobie ma bardzo wyrazisty smak. Można połączyć kilka kolorów, wtedy połączymy też kilka smaków)
2. Łososia obieramy ze skóry, myjemy, wkładamy do parowaru na 2-gie piętro. Solimy szczyptą soli.
3. Nastawiamy parowar na 35 minut.
4. W trakcie parowania można: obejrzeć serial, poczytać książkę, przygotować dodatki, np,: kuskus (5 minut roboty) czy ryż (20 minut z gotowaniem).
5. Na patelni rozpuszczamy 1/3 serka Mascarpone, dodajemy pęczek koperku.
6. Gotowego łososia przekładamy na talerze, układamy obok paprykę. Rybę polewamy sosem i gotowe!

The Left Overs Risotto

Jak często zdarza się wam patrzeć z dezaprobatą na słynne "rosołowe", z którym nie ma co zrobić? Otóż... jest! Ja wkroiłam je do pysznego risotto. Dodałam tylko paprykę 3 colore, ale można pomieszać jarzyny i dodać (zamiast 3 papryk) trochę fasolki szparagowej pokrojonej w kostkę, groszku, cukinii, bakłażana, papryki czy brokułów i kalafiora. Smakuje rewelacyjnie w każdym zestawie warzywnym.

Składniki:
- mięso rosołowe
- papryka (3 szt.)
- ryż

1. Mięso rosołowe obieramy i kroimy w małą kostkę. Wsypujemy do parowaru na 2-gi poziom. Nie będziemy go gotować, tylko podgrzewać. Dodatkowo para sprawi, że stanie się bardziej wilgotne.
2. Ryż - ok. jednej torebki ryżu wysypujemy do plastikowej miseczki i umieszczamy na 3-cim piętrze parowaru. Parująca woda wsiąknie w suche ziarenka i ryż nabierze objętości. Solimy do smaku. Co 10 minut przemieszać.
3. Paprykę kroimy w kostkę i wrzucamy do parowaru na 1-sze piętro.


4. Ustawiamy parowar na 35min.
5. Wszystkie składniki przekładamy do miski, dodajemy łyżkę masła, mieszamy. Można doprawić do smaku, ale saute jest pyszne. Woda z papryki parując przeniknęła już do mięsa i zabarwiła smakiem ryż - nie ma sensu psuć tego dodatkowymi smakami. I tak krąży w tym wszystkim posmak rosołu.



Indyk z kalarepką i groszkiem cukowym z ziemniakami

Jak głosi tytuł - takie są składniki. Ilości są absolutnie dowolne. Groszek wkładamy do parowaru w łupinkach i parujemy razem z kalarepą i ziemniakami przez 35 minut. Mięso parujemy analogicznie przyprawione jedynie przyprawami suchymi (sól, pieprz itp.). Te same składniki (w mniejszych ilościach) gotujemy osobno i zupka dla towarzyszącego w obiedzie niemowlęcia - gotowa!
\
Zupka dla Polki: Ziemniak ok. 50g, kawałek kalarepy ok. 100g, 25g mięsa z indyka (lub królika),
kilka ziarenek groszku cukrowego (ja dałam z 10 mikro-małych.
Entuzjam Polki jest niewspółmierny do smaku zupki!

Dla doroślaków: gotujemy groszek cukrowy w strączkach. Rozgotowany łatwiej wyjąć. Dodatkowo jest to roślina o wyrazistym smaku, a taka pozwala innym składnikom czerpać od siebie pełnymi garściami - warto dodawać.

Wszystko pyszne, a przyprawione tylko solą morską!





poniedziałek, 22 września 2014

Krótki serial o mobilności Polki

Episode 1
Najpierw zdobyła pada...

Potem zabrała się za koszyk.

Zdecydowanie próbowała wyjąć Mortal Combat.

Nie akceptowała ponownego uporządkowania i...

... rozpoczęła zabawę od nowa.



Episode 2


Zainteresowała się brystolami...
... i butelką!
Szła dalej.



Episode 3

Dotarła do arcy niebezpiecznych wiklinowych siedzisk podrapanych przez kota. 
Nie przejęła się stanem faktycznym i macała dalej.


Episode 4

Wybrała się na zwiedzanie wcale nie aż tak czystego dywanu...

[tu widzimy, jak akurat przekracza granicę maty (bez dokumentów zezwalających na przemieszczenie!)]

....by na nim trochę... polatać. 


Episode 5

Dotarła do swojej ulubionej najwyraźniej półki na książki. Tu kontempluje magazyn krytyczno-literacki.

Tu autentycznie czyta Słownik Terminów Literackich. Marry Poppins jest kolejna!


Episode 6

Dała buzi misiowi...

... po czym padła wykończona przygodami.




Episode 7 (Season Finally)

Jadę do Ikeki po kosze do regału i inne zabezpieczenia mebli.







niedziela, 21 września 2014

Rybka zwana Polą!

Weekendowy deszcz wpisał się idealnie w nasze "mokre", niedzielne plany. Wybraliśmy się na basen.

Polka zaczęła swoje pierwsze zajęcia pozalekcyjne. Spokojnie, nie będziemy rodzicami w stylu "7 dni w tygodniu po kilka godzin dziennie zajęć dodatkowych". Chcieliśmy zapisać ją na basen ponieważ oboje uwielbiamy pływać i dobrze byłoby, gdyby i Pola polubiła taką rozrywkę. Pod czujnym okiem specjalisty nauczy się (mam taką nadzieję) nie bać wody i bawić się w radosne pluskanie bez strachu, obawy o głębokość czy wielkość basenu. Liczę, że dzięki takim zajęciom Polka przede wszystkim będzie się dobrze bawiła (bo średnio wierzę, że w wieku kilku miesięcy będzie śmigać zawodową żabką). Przede wszystkim basen dla kilkumiesięcznego dziecka to rozrywka dla całej naszej rodziny. Podoba mi się, że wszyscy się przygotowujemy, jedziemy na zajęcia, razem pływamy i razem wracamy zmęczeni do domu. To znaczy - będziemy, bo dziś robiłam za fotoreportera. Na pierwszych zajęciach Pola była tylko z tatą.

Polka uczęszcza na zajęcia z pływania do Aquadromu w Rudzie Śląskiej. Prowadzą tam lekcje dedykowane różnym grupom wiekowym. Nasze (poza startowymi w niedzielę) będą odbywały się w środy po południu. Kurs uważam za stosunkowo tani - 350zł za 10 lekcji. W tej cenie dostajemy 30-minutową lekcję pływania z instruktorem, po której można jeszcze przez półtorej godziny zostać w obiekcie pełnym różnych basenów (oczywiście na tych najpłytszych), wodospadów, wielkiego bąbla (takiej jakby wodnej trampoliny), rzeki-basenu i innych cudów. Dostajemy też za każdym razem jednorazową pieluszkę do wody. W ramach karnetu, razem z Polą, na zajęcia wchodzi jeden opiekun. Dokupimy sobie drugi karnet, dla drugiej osoby, żeby na kolejnych zajęciach być już we dwójkę. Będzie też można trochę popływać - jedna osoba zostaje np. w jacuzzi z Polą, druga robi olimpijskie długości - tak to widzę.

Jak wyglądała dzisiejsza lekcja?

Zaczęła się w szatni. Dostałam w gratisie 20 minut na pomoc przy przebraniu Poli. Temperatura była zdecydowanie zadowalająca. Pola w samej tylko pieluszce i tak miała tam cieplutko i przyjemnie. Nie ma tam możliwości zawiania czy przeziębienia bobasa. W przebieralni są dwa stanowiska do przewinięcia maluszka (Ikea like), wszystko czyste i komfortowe, dobrze dostosowane do zajęć z dzidziusiem. W mailu poprzedzającym lekcję dostaliśmy jeszcze dodatkowe instrukcje, jak to wszystko zorganizować, żeby dla malutkiej było bezpiecznie. Jeśli jest się z dzieckiem solo organizatorzy zalecają przebrane dziecko umieścić w foteliku samochodowym, po czym samemu się przebrać. Niby to logiczne, ale miło, że pomyślano za nas o organizacji wszystkiego.

Przebieralnia przyjazna maluchom i pielucha do pływania na Polce


 Dalej mąż poszedł z Polką, a ja (z racji choroby i innych niedyspozycji) udałam się na galerię. No cóż,  za szybą, niewiele słyszałam, ale wiem od bezpośrednich uczestników, że całe zajęcia polegały na oswajaniu się z wodą: polewanie główki, zanurzanie boczków, płynięcie do zabawki (w formie niesienia bobasa w wodzie w kierunku zabawki w pozycji "jakby płynął"). Dzieciaki wyglądały na zachwycone - nie płakały, uśmiechały się, zawodowo chlapały wodą.

Oczywiście podczas pełnienia obowiązków fotoreportera... padła bateria w aparacie, więc cały foto-reportaż sponsoruje nie aż tak dobry (jak się okazało przy zbliżeniach) aparat z iPhone'a (ale i tak dobrze, że zdjęcia są, nie ma co!)

Pani instruktor pomogła Poli wejść do basenu odbierając ją od męża i powoli zanurzając w ciepłej (32 stopnie) wodzie. Ta temperatura będzie teraz stopniowo obniżana, żeby dzieci uczyły się właściwej temperatury wody. Przecież jak na wakacjach wejdą do jeziora czy morza to nie będzie tam modelowej temperatury dedykowanej niemowlętom. 

Wielkie wejście!


Pani pokazywała, jak należy wykonywać poszczególne ćwiczenia na lalce, a później pomagała poszczególnym dzieciom przy okazji demonstrując pozostałej grupie, jak bezpiecznie wykonać któreś z zadań. Raz nawet Pola była jej małą asystentką i moim matczynym zdaniem poszło jej fenomenalnie. Talent pedagogiczny ma w genach, nie ma co!

Zajęcia odbywają się na basenie z ruchomym dnem. Nie do końca wiem, co to oznacza, ale ponoć jest to dostosowane do maluszków (czy raczej ich rodziców.

Część ćwiczeń wykonywana była w kółku tak, żeby bobasy mogły się widzieć, ba - bawić ze sobą! Jedną z zasad jest tam chyba dobra integracja - dzieciaki mają się lubić. Od czasu do czasu rodzice ustawiali się w kółku tak, żeby dzieci mogły się dotknąć, uśmiechnąć do siebie, "pogadać" po swojemu.

Na koniec wszyscy przeszli na pozostałe baseny, których już z galerii nie widziałam, więc tylko z opowieści wiem, że i tam zabawa trwała w najlepsze. Nie ma co się dziwić - Pola w miarę czasu tylko nabierała animuszu. Najpierw była tym wszystkim trochę zaskoczona (bo w aucie ucięła sobie relaksacyjną drzemkę), ale jak tylko się porządnie rozbudziła to zaczęła się śmiać i energicznie machać w wodzie rączkami i nóżkami. Była zachwycona, bo z basenu wyszła do mnie zmęczona, ale uśmiechnięta ta mała dziewczynka. Odetchnęłam z ulgą, bo bardzo mnie ten pomysł z basenem niepokoił. Bałam się, że będzie tego wszystkiego dla niej trochę za dużo: wielki basen, obcy ludzie, zimna woda, zamoczona głowa, brak mamy, a tu proszę - mam dzielną i rządną przygód córeczkę! I męża, który całkiem nieźle sobie dzisiaj poradził (jako jedyny w basenie bez asysty drugiego rodzica).

Moja marcowa rybka czuje się w wodzie... jak w wodzie.

Mnie rozsadza duma, Polkę radość, męża zmęczenie. Już nie mogę się doczekać środy, kiedy razem z tą dwójką weteranów wejdę do wody! W skrócie - JARAM SIĘ!

piątek, 19 września 2014

Raport o stanie badań

Do tej pory myślałam, że potrzebuję dwóch laptopów. Na jednym mogłabym oglądać seriale, na drugim pisać na bloga, sprawdzać Internety i pracować nad doktoratem (koniecznie w tej konieczności). Trzeci sezon Scandal wciągnął mnie tak intensywnie, że nie jestem w stanie zrezygnować z kolejnego odcinka, kiedy przychodzi chwila wolnego do Polki.

"Wolne" to dobre określenie. Jak to trafnie dzisiaj ujęła moja gastrolog: "Przychodzi taki moment, kiedy macierzyństwo staje się dla matki uciążliwe, a nie powinno tak być". Miała na myśli nasze karmienia - co godzinę po 30 mililitrów. Karmienia posiłkowe po kilka łyżeczek. Podobnie sprawę widziała nasza pediatra - coś tu nie gra i trzeba to zmienić.

Cały tydzień biegałyśmy z małą po lekarzach - gastrolog, który skierował nas do neuro-logopedy, pediatra, która znów odesłała nas do Centrum Pediatrii. Do tego badania krwi (nie tak bezproblemowe, jak ostatnio). W końcu ci wszyscy lekarze i specjaliści osiągnęli wspólny front. Mam zrezygnować z permanentnego dokarmiania Polki. Do tej pory strasznie się spinałam, że mała nie je za dużo. Przy każdej okazji próbowałam jej dawać coś do jedzenia, żeby wyrobiła jakąś rozsądną dawkę. Przez to Polka nauczyła się jeść często i mało. A teraz, kiedy jest szalenie zainteresowana całym otaczającym ją światem - jest jej to wybitnie na rękę. Trzeba jej to wyperswadować i przyzwyczaić do stałych por posiłków co 3, 2,5 godziny. Bez względu na jej protesty w okresie przystosowawczym. Obawiam się tylko, że będzie to trudniejsze dla mnie, niż dla niej.

Niektóre matki przeżywają traumę ucząc swoje dzieci zasypiać solo - te płacze w łóżeczku i zasada, żeby np. przez kwadrans nie przychodzić do dzidziusia. Nie dałabym rady przeprowadzić takiego treningu. Nie wiem, czy wytrzymam też, kiedy Pola wypija np. 30 mililitrów przekonana, że za godzinkę znów dostanie tyle samo. A potem będzie się domagać jedzenia przez kolejne 2,5 godziny! I znów zje mikro ilość i tak w kółko, aż zgłodnieje na tyle, żeby wypić porządną porcję i dalej iść cyklem opracowanym przez gastrologa.

Polkę sprawdzono dokładnie pod każdym chyba względem:
Waży 7700g (no, solidny, przyrost, stabilny od 2 miesięcy 50-ty centyl - rewelacja!!);
mierzy 71cm (ładnie!).
Obwód główki - 42cm, obwód klatki piersiowej - 41cm.
Pediatra stwierdziła, że dziecko jest zdrowe i silne, cyt.: "Jeszcze ze dwa tygodnie i będzie siadać!" (to znaczy posadzona, bo zanim sama siądzie jeszcze sporo czasu minie).

Neuro-logopeda najpierw stwierdziła, że malutka ma bardzo silny odruch wymiotny, co może powodować nasze problemy z karmieniem. No, ale ja też tak mam (a jem nieźle!), więc samo w sobie nie stanowi to większego problemu. Polka ma też odruch kąsania (zamiast ssania) i należy go stymulować, by przeszedł w gryzienie. Robi się to... jedzeniem. Mogę dawać jej chupka od czasu do czasu (czego absolutnie nie chcę!), podawać jedzenie w gryzaku silikonowym (bo siateczka jest za miękka) i wkładać tam coraz większe i twardsze kawałki jedzenia. Mogę też dawać jej cząstki jedzonka, ale tylko takie miękkie, którymi się nie zadławi - cukinię, brokuła. Do gryzienia skórkę od chleba (bo ta z kolei jest za twarda i Pola jej nie odgryzie kawałka). Dziś na kontroli doprecyzowano, że Pola ślicznie potrafi jeść: zbiera z łyżeczki, zaczyna jakby gryźć po bokach (a nie na środku), więc wszystko w normie (no cóż... jadła o 5:00 rano, kontrola była o 12:00 i w między czasie nie chciała zjeść nic więcej, no to nie dziwota, że ładnie jadła. Ja też nie nalegałam, nie dawałam jej kaszki, owocków, mleka w małych porcjach - no bo kazali mi przynieść córkę głodną). Zjadła w gabinecie logopedycznym 3/4 obiadku. Kolejną porcję dostała dopiero 2,5h później i o dziwo wypiła duszkiem ok. 120ml mleka! Kolejna porcja o 17:00 i będzie to mleczko. Potem 19:30 (co może się nie udać, bo mała zasypia wcześniej), ale spróbujemy! No i przede wszystkim jesteśmy wszyscy dobrej myśli. Skoro dziecko mam w 100% zdrowe, stabilnie siedzi na 50-tym centylu od blisko 2 miesięcy to czas zastosować się do pradawnej zasady, że "dopóki w domu jest jedzenie... dziecko z głodu nie umrze" (co dedykuję mojej Rzeszowiance!).

czwartek, 18 września 2014

Zakupy planowane

No i stało się, kilka rzeczy mi się spodobało, będę na nie zbierać i kupować!

Śpiworek zimowy
Zazzu, foto stąd.


La Millou, poprzedni sezon. Foto stąd
 Śpiworek - trudny wybór. Kupić z renomowanej formy (La Millou), mojej ulubionej (Lela Blanc), czy z tej, która ma najładniejsze grafiki (Zazzu)? Ostatecznie zdecyduję, kiedy zimowe kolekcje faktycznie trafią na rynek, bo chwilowo wszędzie jeszcze wieje wiosną.

Wiosennie zaś być przestaje, mimo słońca na dworze i zdradliwych 22 stopni w słońcu. Tak na prawdę jest podstępnie chłodno i przenikliwie wietrznie. Świadczy o tym nasz (Poli i mój) katar (i Zuzy i Mill też!). Kiedy zmarznięta siedzę przed komputerem i zawijam się we własne bluzy i swetry  - to oczywiste, że myślę o zimowym ciepełku dla Poli.

Prognozy pogody na zimę 2014/2015 zgodnie twierdzą, że nie wiadomo jak będzie, a najprawdopodbniejsza diagnoza to klasyczne fifty-fifty. Czy w przypadku ciepłej zimy śpiworek będzie mi potrzebny? Otóż - będzie.

To nie tylko ochrona przed mrozem, ale też przed jesiennym zimnem, wiatrem i podwiewaniem pod kocyk. Kupię śpiworek dla Poli na 100%. Waham się tylko co do wzoru, choć nowy Chick Pink na brązie czekoladowym od La Millou przekonuje mnie i to bardzo!! Zwłaszcza, że reklamowana przeze mnie wkładka do wózka została wymieniona na pięknego Angel Wingsa w tych kolorach (który idzie do nas kurierem, post o tym również idzie...).




Do kompletu mufka

... a jeszcze lepiej designerskie rękawice. Już widzę, jak powożę Polkę po śnieżnym parku, ona siedzi i cieszy się oglądając jelonki i kozice, a ja z dłońmi w cieplutkich mufeczkach trwam przy sterach wózka. Czy to aby nie zbędny wydatek? Lekka ekstrawagancja? Może trochę, ale trochę też praktyczny pomyślunek. Wyobrażam to sobie tak: Pola, ubrać, kombinezon, czapka, rękawiczki, być może jakieś buty. Wózek, śpiworek do wózka, mleko - co zrobić, żeby na spacerze zimą nie zamarzło!? Do tego jeszcze zabawka, aparat, telefon, cuda niewidy. I nagle w pół drogi orientuję się, że swoich rękawiczek nie mam. Zapominałam ich całe życie, to nagle przestanę? Mufki, coś tak czuję, są dla mnie!

Te są stąd. Marka: La Millou. Wybiorę je takie same, jak pozostałe tekstylia do wózka.

Kurtka

Zakochałam się w stylizacji z Zary

Foto
Obawiam się tylko, że kurteczka może być za bardzo przejściowa. Ufam podszewce z baranka, śpiworkowi, który przecież będzie ją ochraniał. Na jesień i wczesną zimę powinna wystarczyć. 

Kombinezon

W zasadzie nie mam tu nic upatrzonego. Podobają mi się ciuchy zimowe z porządnych firm typu BURTON, bo sama wolę mieć na sobie sprawdzone i ciepłe ubrania. Dziecku też chcę coś takiego sprawić: ciepłe, dobre jakościowo, fajne kolorystycznie.

Foto stąd. To kombinezon BURTONA właśnie z poprzednich edycji (zwany także spodniami narciarskimi).

Pościel do łóżeczka

Nie wiem, jak Wasze pociechy, ale moja córeczka kręci się przez sen jak szalona. Mała (phi! 70x100cm) kołderka powoli robi się za mała. Planuję, wraz z nastaniem mrozów, kupić małej Poli porządną pościel (ktoś coś poleca?), a do tego piękne poszewki. Udało mi się już kupić słonie (do kompletu z ochraniaczem na łóżeczko w Wiśle), ale jeden zestaw to za mało. Potrzebuję 3 - do łóżeczka, w praniu i na zmianę.

Spodobała mi się ta: firma Leotti, sprzedają na daWandzie. Przyznam jednak, że ok. 150zł za pościel - no ja śpię pod tańszą (z Ikei za 50zł max!). Może jako wyjątkowy zakup się zdecyduję, albo przyjmę w prezencie gwiazdkowym?

Ta też jest fantastyczna, a kosztuje jakieś 25zł (na Allegro). Mają też inne wzory i kolory, więc warto przeszukać frazę "pościel do łóżeczka" ;)

Skarpety antypoślizgowe i kapcie

Ach, kapcie! Co tu dużo pisać - nie znam się! Myślałam, że temat będzie prosty, a tu istnieje tyle zagrożeń ortopedycznych, że wybór kapci urasta do rangi prezydenckiej rozgrywki między Stanami a Iranem! Kiedyś, na Pikniku Śniadanie w Katowicach, zakochałam się w papciach marki Titot. No, popatrzcie sami:


Zd

jęcia pochodzą z ich Facebooka i koniecznie musicie obejrzeć tam galerię
Papcie / Slip-on baby shoes.



Księga dźwięków

Książeczka, która ma stymulować poznawanie nowych dźwięków przez moją córeczkę. Opis publikacji głosi: "Samochód robi brum brum, kaczka - kwa kwa, a zegarek - tik tak. Świat jest pełen dźwięków, a ich naśadowanie to dla maluchów świetna zabawa. Ta książka aż kipi od najróżniejszych odgłosów. Bim bom, apsik, kum kum, gul gul, dzyń dzyń, eoeoeo! Są tu dźwięki wydawane przez zwierzęta, przedmioty i ludzi: łatwe do powtórzenia, zabawne, a czasem zupełnie zaskakujące. Pomyślcie sami: czy wiecie, jak robi szpinak, a jak - gniazdko elektryczne? "Księga dźwięków" zaskoczy Was objętością: to prawdopodobnie najgrubsza książka kartonowa na rynku. Sto dwanaście odpornych na uszkodzenia stron zapewni dzieciom rozrywkę na długie godziny!" - generalnie jestem pewna, że nie ma tu (w przypadku Poli) mowy o długich godzinach nad jedną tylko zabawką, ale i tak chcę ją mieć. Wlepianie małych oczek w aplikację w telefonie imitującą dźwięki świata uważam za niestosowne w tym wieku i książkę kupię. Np.w Złej Buce na katowickim Rondzie za ok 33zł (foto ze strony Złej Buki)

Drewniana książeczka Skip Hop Safari

Książeczka ma formę puzzlo-podobną. Można ją składać i rozkładać na wiele sposobów, bawić się w przemieszczanie obrazków i tworzenie nowych kompozycji. Jestem pewna, że Poli się spodoba.

Książeczka do kupienia na Wafelkach za 59zł


Apaszka, zagłówek podróżny, ochraniacze na pasy z Lela Blanc 

Maniakalnie chcę skompletować cały zestaw, a tych rzeczy tylko mi brakuje!

Liczę, że poduszka usprawni nieco nasze podróżowanie, bo chwilowo łatwo nie jest. Może to kwestia wygody?

Ochraniaczy potrzebujemy, bo te z Luca, Quinny czy fotelika samochodowego są ze sztucznego tworzywa, nieprzyjazne dla buzi maluszka. Te z Lela Blanc wykonane są z bawełny i polaru. Oby się sprawdziły!
(Zdjęcia pochodzą ze strony Lela Blanc)

Jeszcze coś by się znalazło... na pewno musi mieć Pola strój elfka lub Mikołaja. Chciałabym też kupić jej więcej interaktywnych zabawek. Obym znalazła na to wszystko finanse! Na to, i na kilka innych rzeczy, o których tu zapomniałam pewnie.

A Wy? Jakie robicie zakupy na Fall Autumn/Fall Winter? Czy są jakieś sezonowe must have?